Chłód jaskiń. “Podziemia. W głąb czasu” Robert Macfarlane

podziemia_300dpi-704x1024_macfarlane_wydawnictwo_poznańskie

Do książki Podziemia. W głąb czasu podchodziłam z potężną dawką niepokoju. Po pierwsze świat skryty pod naszymi stopami napawa mnie lękiem. Z wiadomych przyczyn – śmierć nie jest dla mnie szczególnie miłą perspektywą i myśl o eksploracji głębin Hadesu otwiera drzwi panicznego strachu. Po drugie to pięćsetstronnicowa książka o zwiedzaniu podziemi całego świata – jaskiń, lodowców i innych miejsc skrytych głęboko pod naszymi stopaki w Skandynawii, Słowenii, Wielkiej Brytanii czy Włoszech. Spodziewałam się rozwlekłych opisów eskapad, pełnych szczegółowej wiedzy przyrodniczej, z których nic nie zrozumiem. Moje obawy szybko okazały się niesłuszne. Dostałam jedną z najciekawszych książek roku, napisaną w osobisty sposób, z naukowym zapleczem, filozoficznymi przemyśleniami i odniesieniami do literatury i takich badaczy jak Freud, Bataille czy Sebald. Takie tytuły jak Patyki, badyle Urszuli Zajączkowskiej i Książka o śmieciach Stanisława Łubieńskiego pokazały mi, że można świetnie łączyć humanistykę z biologią czy ekologią. Natomiast Macfarlane osiągnął w tym połączeniu jeszcze większy rozmach – to książka o wszystkim, stworzona na przecięciu wielu gatunków, w której literatura przygodowa przenika się z literackim esejem i zaangażowanym reportażem o ludzkości – przeszłości i przeszłości jej relacji z naturą.

Dzieci Saturna

Do opisania wszystkich intrygujących mnie wątków Podziemi potrzebowałabym co najmniej tylu stron, co autor publikacji. Zatem zasygnalizuję tylko najciekawsze elementy, by nakreślić szeroki zakres rozmyślań autora i podkreślić jego erudycję. Zacznę od początku, czyli od Freuda, którego autor przywołuje podczas penetracji jaskiń i rozważań na temat stalaktytów – myślę, że ze względów zrozumiałych. Macfarlane wspomina jednego z ojców podświadomości, co wydaje się naturalnym wyborem przy próbach pojęcia podziemi, ale też Rilkego, którego pojmowanie świata i poezja, w obliczu niebezpiecznej i zachwycającej przyrody, zdają się być najlepszym sposobem jej opisu. To połączenie wędrówki z humanistycznym namysłem, zestawianie krajobrazów z fragmentami wielkich dzieł od razu skojarzyło mi się z Pierścieniami Saturna Sebalda, erudycyjnym esejem, w którym autor opisuje spacery po nostalgicznych, angielskich przestrzeniach, łącząc je z rozważaniami na tematy filozoficzne i literackie. Przeczucie mnie nie myliło, na 268 stronie autor odwołuje się wprost do przytoczonego przeze mnie tytułu:

Przypominam sobie słowa W.G. Sebalda, który pisał o krajobrazie i reliktach przemocy. Narrator jego Pierścieni Saturna idąc spokojnym, choć koszmarnie zmilitaryzowanym wybrzeżem Anglii Wschodniej, wspomina doświadczenie „pięknej swobody” mieszające się z odczuciem „paraliżującej zgrozy” „na widok śladów zniszczenia, sięgających nawet w tej ustronnej okolicy głęboko w przeszłość”. Pamiętam jak zabrałem przyjaciółkę na nieużywany poligon atomowy Orford Ness niedaleko wybrzeża Suffolk – gdzie trafił również Sebald – a ona na moich oczach zaczęła w niekontrolowany sposób łkać na kamienistym wybrzeżu przy brązowych falach Morza Północnego. Pod wpływem drzemiących tam śladów przemocy państwowej do świadomości przyjaciółki przebiły się niechciane wspomnienia koszmarnego związku, w którym przecierpiała wiele lat.

Sposób, w jaki Macfarlane odnajduje okruchy swojego doświadczenia w literaturze lub przeciwnie – do tekstu dołącza prawdziwe przeżycie, w tym wypadku swojej przyjaciółki, bardzo kojarzy mi się z Łubieńskim. Podoba mi się tendencja łączenia prywatnego ze społecznym, osobistego doznania z przeczytanym lub nauczonym. Relacja między twórcą Pierścieni Saturna i autorem Podziemi jest bliska, mimo odmienności ich pisarstwa. Różnica między pisarzami tkwi w języku – Macfarlane posługuje się konkretnymi słowami badacza lub językiem potocznym, Sebald mową poetycką, czasami nawet akademicką. Moim zdaniem to zaleta pisania autora Podziemi, ponieważ prostota języka niewątpliwie ułatwia zrozumienie treści, bez ograniczania liczby odbiorców do humanistycznej bańki. Poza tym Sebald był samotnikiem, naznaczonym melancholią, natomiast Macfarlane, choć nie ulega wątpliwości, że czarna żółć nie raz zalała i jego organy, kocha ludzi, a jego przygody są związane z relacją z nimi – pełną wdzięczności i wzajemnego wsparcia.

Dzieci antropocenu

Dlaczego podziemia tak fascynują pisarza? Ponieważ skrywają tajemnicę. Pod ziemią jest wszystko to, o czym nie chcemy myśleć, co staramy się ukryć, chcemy zapomnieć. Jak celnie pisze w jednym z fragmentów – druga strona lustra tak naprawdę jest pod naszymi nogami. Przeraża, gdy to, co pogrzebane, wydobywa się na światło dzienne – Macfarlane doświadcza tego dosłownie w krainie lodowców, gdzie przez zmiany klimatyczne wiele z nich wypływa na wierzch. W znacznej mierze Podziemia są książką o antropocenie (którą warto zestawić z filmem Antropocen: epoka człowieka, reż. E. Burtynsky, J. Baichwal, N. de Pencier, 2018) – wszystkich zmianach, a właściwie krzywdach, jakie człowiek wyrządził naturze. Autor w kontakcie z przyrodą okazuje jej wielki szacunek, bada, w jaki sposób poszczególne krajobrazy działają na niego, docenia wzniosłość i piękno gór czy jaskiń. Szczególnie utkwił mi w pamięci fragment, w którym przy okazji kontaktu z czarnym lodem Macfarlane przywołuje camusowską „nieprzenikalność”, czyli właściwość materii, w której „zaczyna się dziwność” (s. 440), gdzie kamień czy krajobraz mogą nas negować, być nam wrogie i budzić w nas złe uczucia, czy nawet, jak w wypadku bohatera, mdłości.

Kolejną ważną warstwą do rozważań jest świat podziemi, rozumiany jako lustrzane odbicie naszego świata. Macfarlane odwołuje się m.in. do dawnych legend:

Od jakiegoś czasu prześladuje mnie lapońska wizja świata podziemnego jako inwersji ludzkiej rzeczywistości. Powierzchnia ziemi odgrywa w niej rolę lustrzanej granicy, w ten sposób, że „stopy zmarłych, którzy muszą poruszać się do góry nogami, dotykają stóp ludzi żyjących, którzy stoją wyprostowani ku górze” (s. 29).

Nie mogę powstrzymać się od porównania z filmem To my (J. Peele, 2019), w którym pod ziemią skrywają się podziemne bliźniacze odbicia ludzi, które po latach nędznego życia wychodzą na powierzchnię, by dowodzić, w dość brutalny sposób, swoich praw. W Podziemiach pojawia się jeszcze jeden pomysł na nieco kontrkulturową inwersję:

– Mam taki plan – ciągnie Merlin – że do każdego artykułu naukowego będę tworzył jego mrocznego bliźniaka, podziemne odzwierciedlenie: prawdziwą opowieść o tym, jak faktycznie przebiegało zbieranie danych do tego powalającego na łopatki, eleganckiego rozumowania złożonego z hipotezy, dowodów i rozstrzygnięcia. (s. 130).

Dzieci wojny

Macfarlane nie idzie na łatwiznę i pisząc o podziemiach, wykorzystuje cały potencjał ich znaczeń – metaforycznych i dosłownych. Jak wspomniałam, wymienione konteksty to tylko część prawdziwego bogactwa wątków. Wyrzuty sumienia nie pozwoliłyby mi żyć, gdybym ominęła jeszcze jeden, szczególnie bolesny motyw – wojenny.

W Podziemiach jest wiele fragmentów opowiadających o absurdach historii, dziwnych przypadkach, połączeniach, zbiegach okoliczności, które rzucają nowe światło na nasze dzieje. Jednym z nich jest opis odkrycia jaskini w Lascaux, w której znajdują się rysunki z okresu paleolitu. Znalezisko zbiegło się w czasie z odkryciem Auschwitz, a właściwie tego, co zostało po obozie – stosów ubrań, włosów oraz innych dowodów zbrodni. Autor komentuje tę zbieżność słowami Georgesa Bataille, filozofa transgresji, który w 1955 roku napisał po odwiedzeniu jaskini: „To doprawdy niesłychane (…), że okoliczności naszych narodzin ujrzały światło dzienne akurat w chwili, kiedy w oczy zajrzało nam widmo śmierci” (s. 329). Podziemia to ciemność „dołu bez dna” (s. 266), jak pisze autor znalezionego przez Macfarlane’a wiersza, opowiadającego o dokonywanych w latach czterdziestych zbrodniach w słoweńskich lasach (temat masakr foibe jest najbardziej wstrząsającym wątkiem Podziemi). Ta ciemność oznacza całkowitą niezdolność do empatii, w uniwersalny sposób charakteryzująca działania wojenne.

Dziecko

Twórcy udaje się odpowiednio zbalansować ciężar podejmowanych tematów z lekkością spotkań ze współpracownikami i przyjaciółmi, zamieszkującymi zwiedzane przez niego miejsca. Macfarlane pokazuje ludzi, którzy odkrywają przed nim tajemnice podziemi, razem z nim biorą udział w niebezpiecznych wyprawach, ale też gadają o muzyce i sprawach codziennych. Autor jest pasjonatem, ciekawym świata, drugiej osoby i własnej natury, co przekazuje na kartach powieści. Jednocześnie jego relacje z podróży czyta się jak powieści bitników – pełne wolności, chęci przeżycia najbardziej intensywnych doświadczeń i dążenia do zrozumienia świata. Swoboda, literatura i przyroda – czy może być lepsze zestawienie? Przy tych wszystkich zasobach autor ma jeszcze jedną, niewątpliwą zaletę – jest bardzo sympatycznym, wrażliwym gościem (a przynajmniej na takiego się kreuje). Mam nadzieję, że nie zdradzam zbyt wiele, ale bardzo wzruszyło mnie zakończenie, w którym opisuje obecność swojego syna na łonie natury. Koncepcyjnie, zwraca uwagę na przyszłość ludzkości, na nowe pokolenie, natomiast emocjonalnie – pozwala czytelnikowi jeszcze bardziej zjednać się z tą szczerą, pełną piękna i smutku pozycją, która daje równie wiele tematów do refleksji, co wrażeń do pozazdroszczenia.

Robert Macfarlane: „Podziemia. W głąb czasu”, tłum. Jacek Konieczny. Wydawnictwo Poznańskie. Poznań 2020.

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu.

Comments: no replies

Join in: leave your comment