Silent All These Years

MV5BZWEyZjUwNWItOWM0Mi00ZWYwLWIzZmQtMjczYWY5ODRiNjA2XkEyXkFqcGdeQXVyODM5NjI5NTA@._V1_

To, że żyjemy w ciekawych czasach, nie ulega wątpliwości. Choć wiele rzeczy jest okropnych i nieuchronnie zmierzamy ku zagładzie, chciałbym zaryzykować stwierdzenie, że wiele rzeczy na przestrzeni ostatnich lat zmieniło się na lepsze. Świetną rzeczą, którą zauważam jest to, że ludzie nauczyli się mówić o sobie i rozmawiać ze sobą. Nie żeby od razu w tej dziedzinie zapanowały nie wiadomo jakie sukcesy, ale dekady oswajania psychoterapii pozwoliły wielu osobom otwarcie mówić o krzywdach, jakich doznali. Dopiero ostatnie lata przyniosły metoo czy realne zajmowanie się problemem pedofilii w kościołach na całym świecie, choć wiadomo, że są to problemy trwające od dekad. Lubię obserwować jak globalne przenosi się na indywidualne. Jak celebryci, ale też zwykli ludzie, coraz bardziej otwarcie rozmawiają o przemocy, której doznali w dzieciństwie, przestają się wstydzić i ukrywać przed światem. Chciałabym dziś na przykładzie dwóch książek i dwóch filmów (właściwie filmu i serialu), które ukazały się w ciągu ostatnich dwóch lat w Polsce, prześledzić w jaki sposób autorzy opowiadają o przemocy domowej, jakie stosują środki i przede wszystkim czemu ich wypowiedź służy – umacnianiu czy obalaniu zastanego porządku. Drugie ważne pytanie brzmi – po co odbiorca ma zapoznawać się z historiami przemocy? Czy niezbędne jest nam konfrontowanie się z gradem trudnych do zniesienia emocji, które nie mają nic wspólnego z naszym doświadczeniem?

Gula w gardle

Wydaje mi się, choć być może wchodzę w jakiś niepotrzebny stereotyp, że uczucia przekazane w literaturze bardziej wchodzą w świadomość odbiorcy. Choć podczas oglądania trudnego kina mamy w sobie taką samą gulę w gardle jak podczas trudnej lektury, to odnoszę wrażenie, że w tym drugim przypadku bardziej absorbujemy odczytywane emocje i pozostają one z nami na dłużej. W moim przypadku tak właśnie było po przeczytaniu dwóch powieści pełnych niełatwych do przepracowania spraw.

Pierwsza z nich, „Taśmy rodzinne” to debiut Macieja Marcisza, w którym fragmenty swoich wspomnień, a może i teraźniejszości, zobaczy znaczna część współczesnych trzydziestolatków. Autor opisuje życie nowobogackiej rodziny w latach dziewięćdziesiątych i zerowych oraz konsekwencje, jakie wywołało zachłyśnięcie się przez nich konsumpcjonizmem. Główny bohater, Marcin, ma 63 tysiące złotych długu i zamknięte drzwi do serc i portfeli wszystkich członków rodziny. Powodem tego stanu rzeczy jest ujawnienie przez niego w projekcie artystycznym faktu, że był bity przez ojca. Przemoc w książce Marcisza zdaje się być tłem, tylko jednym z piętrzących się problemów, ale tak naprawdę opisane przez niego sceny bicia są najważniejszymi doświadczeniami w tworzącej się tożsamości Marcina i jego ojca Jana. Wychowywany w bardzo biednej rodzinie Jan, mocno bity przez ojca alkoholika był wyśmiewany przez rówieśników. Samozaparcie pozwoliło mu w końcu przeciwstawić się podwórkowym oprawcom i ojcu siłą własnych rąk oraz zdobyć szacunek wszystkich – zarabiając od najmłodszych lat spore sumy pieniędzy. Majątek nie pomógł Janowi pozbyć się poczucia niższości, więc wszystkie wewnętrzne i zewnętrzne problemy wyładowywał na dzieciach. Myślenie Jana jest bardzo proste – łoży ogromne kwoty na wychowanie i rozwój swoich dzieci, więc wymaga od nich całkowitego podporządkowania. Marcisz opisuje strach, jaki wywoływała obecność ojca i dystans jaki oddzielał go od dzieci, który budził w nim jeszcze większą frustrację i niezgodę. Jednak najciekawsza jest scena, w której Jan przesadził i pobił syna zbyt mocno. Marcin wychodzi z tej sytuacji zmieniony, staje się ofiarą, co o dziwo, daje mu poczucie wyższości i pozwala manipulować pogrążającym się w wyrzutach sumienia ojcem. Pieniądze w tej powieści są plastrem, mającym nie tyle ukoić czy zatamować krwawiące rany, lecz ukryć przed światem ich nieczystość, utrzymując pozory bycia idealnymi egzemplarzami ludzi z idealnej rodziny. „Taśmy rodzinne” są powieścią o manipulacji, którą posługuje się zarówno kat jak i ofiara. Marcisz nie ogranicza się tylko do opisu przemocy fizycznej i psychicznej, ale też opowiada o poczuciu wyższości, które jest przyczyną klęski bohaterów oraz cechą charakterystyczną ówczesnych dorobkiewiczów. Narracja pisarza jest tak bliska czytelnikowi jak tylko można, przez co, nawet jeśli jego doświadczenia są dalekie od przeżyć bohaterów, jest w stanie całkowicie z nimi empatyzować. Co ważniejsze, przez konstrukcję książki Marciszowi udaje się także zasiać w odbiorcy ciekawość dotyczącą jego własnej relacji z rodziną i późniejszych związków. „Taśmy rodzinne” przypominają psychoterapię, która otwiera oczy na rzeczy, które wydarzyły się w dzieciństwie, a z których wpływu na teraźniejszość nie zdawaliśmy sobie sprawy. To powieść o wielu, często nieoczywistych odcieniach przemocy, która skłania czytelnika do bycia bardziej czujnym wobec jej przejawów.

Jak opowiadać o rzeczach, o których się nie mówi

„Zielone sari” Anandy Devi to lektura znacznie trudniejsza, której nie da się przeczytać jednym tchem. Zacznę od formy, bo to ona uczyniła z powieści Devi dzieło o ogromnej sile oddziaływania. Pisarka opowiada o wielopokoleniowej traumie. Lekarz, niekoniecznie ceniony, ale przekonany o swojej wielkości, znęca się nad swoją żoną, a później nad córką i wnuczką. Czytelnik stopniowo odkrywa kolejne okropne czyny, których dokonał znajdujący się na łożu śmierci mężczyzna (wierzcie mi, mam dość wyeksploatowaną wrażliwość i trudno mnie czymś zszokować, ale sposób w jaki Devi pisze o przemocy – bardzo sensualnie, szczegółowo i przede wszystkim rozwlekle – sprawia, że musiałam odkładać książkę co jakiś czas). I właśnie tu pojawia się świetny literacki koncept – wszystkie okropieństwa nie są opowiedziane przez ofiary (choć one też zabierają głos w dialogach), ale przez oprawcę. Lekarz opowiada o swojej rodzinie z niewyobrażalną pogardą, wciąż wylewając żółć i złoszcząc się o przypalony ryż sprzed kilku dekad czy niewystarczająco wysprzątane mieszkanie. Pewność siebie mężczyzny i jego przekonanie o własnej doskonałości, nawet w obliczu dość nieprzychylnej mu sytuacji, w której jest przykuty do łóżka i wydala pod siebie, budzi głęboki niepokój. Właśnie jego poczucie wyższości, brak skruchy i pogarda, jaką okazuje kobietom, jest przemocą znacznie bardziej dotkliwą niż fizyczne akty jego nienawiści do świata. Historia okrutnego despoty jest też historią patriarchalnego społeczeństwa. Tym, co pozwala przeżyć lekturę „Zielonego sari” jest cząstka nadziei na przemianę obyczajową – w Mauritiusie i poza nim – jaką dostajemy w postaci wnuczki lekarza. 40-letnia kobieta jest tą, która ośmiela się głośno mówić o uczynionych krzywdach i nie chce, tak jak jej matka i babka, żyć pogrążona w lęku. Właśnie ona demaskuje niedołężność uważającego się za wszechmocnego lekarza i metaforycznie, odkrywa tym samym niedołężność samego patriarchatu.

Filmowe terapie

Patrick Melrose to daleki kuzyn Marcina z „Taśm rodzinnych”. Bohater serialu o tym tytule jest pochodzącym z arystokratycznej rodziny nieszczęśnikiem, walczącym stale z własnymi demonami i nałogami. Nie jest to jednak jego największym problemem. [spoiler] Ojciec Patricka dopuszczał się na chłopcu przemocy fizycznej i seksualnej, czego wspomnienia nie dają mu spokoju w dorosłym życiu. Podobnie znęcał się nad jego matką, która będąc cały czas na haju, nie potrafiła uchronić chłopca przed ojcem, a już w jego dorosłym życiu nie dała mu należytego wsparcia i współczucia. Serial jest psychoterapią Patricka – w sensie dosłownym np. podczas jego rozmów z przyjacielem-psychoterapeutą i żoną czy spotkań dla uzależnionych, ale też w sensie budowania narracji. Konstrukcja serialu jest doskonałym odtworzeniem procesu terapeutycznego. W pierwszym odcinku poznajemy młodego narkomana Patricka, któremu umiera ojciec i z której to śmierci, nie wiemy dlaczego, mężczyzna zdaje się być niepokojąco zadowolony. Drugi odcinek to powrót do dzieciństwa bohatera i otwarcie niezabliźnionych ran. W trzecim odcinku następuje katharsis i Patrick szczerze wyznaje, co go spotkało, dzięki czemu może rozpocząć swoje prawdziwie dorosłe życie. Kolejny odcinek rozpoczyna się sielanką – rodzina, dzieci, praca i spełnienie, po czym przeradza się w załamanie, związane z nową krzywdą doznaną ze strony rodziny oraz powrotem do nałogów i autodestrukcji. Ostatnia część serialu podkreśla ogromną pracę, jaką musiał wykonać bohater, by dojść do punktu, w którym czuje się w miarę ok ze sobą i pełni rolę odpowiedzialnego ojca. „Patrick Melrose” w genialny sposób pokazuje przemoc i jej konsekwencje oraz drogę, jaką musi przejść ofiara, by psychicznie uwolnić się od oprawcy i uporczywie powracających wspomnień (z czego to drugie jest niemożliwe, udaje się jedynie je zaakceptować i nauczyć się z nimi żyć). Serial wychodzi poza opowieść o przemianie jednostki i w bardziej uniwersalnym kontekście opowiada o arystokracji, która, znacznie bardziej niż bohaterowie „Taśm rodzinnych”, uważa się za najlepszą z klas, znajdującą się poza prawem. Poruszony zostaje problem pedofilii, przemocy i próżniaczego życia, ale także wzajemnego poniżania i niewyobrażalnego okrucieństwa. Ciekawa pod tym względem jest jedna z drugoplanowych bohaterek, Bridget, która wchodzi w świat arystokracji z zewnątrz, konkretnie z klasy robotniczej, i choć przez pewien czas zachłystuje się jego blichtrem to udaje jej się zachować resztki empatii i wolności. Kobieta pochodzi z zupełnie innego środowiska, tego bliższego rzeczywistości, w której żyje widz, i jest jego głosem w tej dziwnej, odpychającej klasie społecznej.

Do psychoterapii odwołuje się także Marek Koterski w filmie „7 uczuć”. Jego bohater, Adaś Miauczyński, podczas sesji opowiada o czasach swojego dzieciństwa. Reżyser, który przyzwyczaił widzów do tego, że lubi eksperymentować z filmową materią, odważył się tu na bardzo ciekawy zabieg – w role dzieci wcielają się dorośli aktorzy. Z jednej strony jest śmiesznie, z drugiej – okrutnie smutno. Dziecięce zachowania i uczucia, okazywane tak ekspresyjnie i szczerze, odgrywane przez dorosłych aktorów są znacznie mocniej odczuwane. Koterski opowiada o przemocy domowej – bijącym (i pijącym) ojcu, topiącym z synem szczeniaki i znerwicowanej matce oraz o szkole – bastionie społecznych nierówności i niesprawiedliwości. Przemocą są nie tylko klapsy i bicie pasem, ale przede wszystkim przedmiotowe traktowanie dzieci, które stale eskaluje, by wybuchnąć w finale zbiorową depresją. Koterski nie mówi o indywidualnych przypadkach, służą mu one jedynie jako przykłady do tezy o ułomności systemu, w jakim przyszło mu spędzić dzieciństwo i młodość. Systemu, który kazał dzieciom uczyć się dopływów Nilu, zamiast pokazywać im emocjonalność człowieka i tłumaczyć tytułowe siedem uczuć oraz który zmuszał niekochających się rodziców do mieszkania pod jednym dachem.

7 uczuć

Wymienieni autorzy dla wzmocnienia swoich wypowiedzi stosują różne środki, jednak łączy ich jedno – chęć obalenia dotychczasowego porządku i nakłonienie odbiorcy do otwarcia się i mówienia, podobnie jak bohaterowie, o swoich traumach. Wymienione przeze mnie przykłady pozwolą odbiorcy na autoterapię, stawiając pytania, na które często unikamy odpowiedzi. Do czego te opowieści mogą się przydać osobom, które żadnej traumy nie mają (co jest raczej niemożliwe)? Uważam, że podstawową misją sztuki jest uczenie empatii, a nie sposób być empatycznym bez poznania najgłębszych mroków i największych cierpień. Wspomniane tytuły pozwalają zrozumieć konkretne mechanizmy i uwrażliwić się na nie, dzięki czemu może udzielimy kiedyś pomocy komuś, kto tego potrzebuje, albo łagodniej spojrzymy na czyjeś zachowanie. Czyli po prostu mogą pomóc nie być dupkiem, a to niezwykle ważne w tych szczególnie trudnych czasach.

Comments: no replies

Join in: leave your comment