10. American Film Festival – ja to ktoś inny

gf-ZXto-GPps-3PTq_american-film-festival-2019-program-664x442-nocrop
Moje tegoroczne wyjścia do kina kończyły się jednoznaczną konstatacją. To jest bracie wojna. Biednych z bogatymi. Nieudaczników ze zwycięzcami. Tych, którym nic się nie udaje, z tymi, którym udaje się wszystko. “To my” – walka klas w psychoanalitycznym wydaniu. “Pewnego razu w Hollywood” – pokrzepiająca opowieść o nieudaczniku, któremu w końcu się udało, ale też o biedocie (chyba przede wszystkim umysłowej), która zostaje ukarana. Bo tu bogaci nie są tymi złymi, a biedni tymi dobrymi. Podobnie w “Parasite” – trudno polubić któregokolwiek z bohaterów, choć faktycznie – tych biednych łatwiej nam zrozumieć. Empatia zawsze jest po stronie tych, co mają gorzej, trudniej. Bardzo chcemy, żeby młody chłopak z poprawczaka był księdzem po wieczne czasy. Bohater “Bożego ciała” świetnie spełnia się w nowej roli i przede wszystkim daje ukojenie miejscowym wiernym. Jak z nim nie sympatyzować? Życiowego położenia szalenie współczujemy “Jokerowi”. Dla niego świat jest szczególnie niemiły. Po latach upokorzeń mężczyzna bierze los w swoje ręce i zanurza się po gardło w słodko-gorzkiej zemście. Tu mówię pas. Bo choć cieszy mnie, że w tym roku kino obrodziło tak świetnymi społecznymi diagnozami, to jednak ich przewodnia myśl  mnie nie przekonuje. (Oprócz “Pewnego razu w Hollywood”, który jest “Królem komedii” naszych czasów, mimo tego, że to właśnie w “Jokerze” pojawia się najwięcej inspiracji filmem Scorsese). Z klasy społecznej i danego środowiska nie ma ucieczki. Próba zmiany swojej roli społecznej musi się skończyć fiaskiem. Oszustwo musi się wydać. Jaka jest zatem nadzieja dla aspirujących? Możliwość zemsty. Nie, nigdy nie dopasujecie się do wymogów społecznych, nie będziecie pasować do grupy, do której chcecie należeć, nie spełnicie marzeń. Ale możecie je zniszczyć. Możecie rozjebać wszystko w koło i zabić każdego, kto wyrządził wam krzywdę. Tako rzecze kino i przyznam Wam szczerze – nie bardzo mi taki punkt widzenia odpowiada.
Seberg
Dlatego, choć byłam na American Film Festival tylko przez chwilę, zobaczone filmy zadziałały jak plaster na zbolałe serce. We Wrocławiu tendencje są zupełnie inne. Jean Seberg, świetnie odtworzona przez Kristen Stewart, też aspiruje i też w radykalny sposób chce zmienić swoją funkcję w społeczeństwie. Pragnie zerwać z wizerunkiem błahej aktoreczki i wejść w buty aktywistki, kobiety, robiącej rzeczy istotne. Jej wspieranie Czarnych Panter jednocześnie imponuje i wzbudza współczucie. Rozumiemy jej motywację, ale też chcielibyśmy zakryć oczy, kiedy widzimy jak przyczynia się do rozpadu dwóch rodzin. Równie wysoką cenę za robienie rzeczy ważnych ponosi June (Naomi Watts), pisarka, której ceniony debiut przyczynił się do śmierci ojca i skłócenia z rodziną. Bohaterka “Godziny wilka” musi całkowicie przeorganizować siebie i swoją relację ze światem. Poznajemy ją w stanie pomiędzy, kiedy postanawia na wiele miesięcy nie opuszczać własnego domu. Jest 1977 rok. Na zewnątrz upał i zbliżająca się apokalipsa, a wewnątrz równie intensywnie i gorąco. Papierosy, samotność, neuroza, pisanie i “Ghost Rider” Suicide w tle. Praca nad sobą jest największym wyzwaniem. “Waves” to zupełnie inna opowieść. Rodzeństwo: siostra i brat. Brat jest tresowany. Dosłownie tresowany do wypełniania roli “doskonałej maszyny”. Gdy w jego rzeczywistość wchodzą rzeczy nieplanowane to kompletnie nie potrafi sobie z tym poradzić. Nie ma też nikogo, kto mógłby mu coś poradzić, bo każdy wymaga od niego określonych zachowań. Próba wyjścia z tej roli jest szczególnie bolesna i powoduje rozpad ról wszystkich członków rodziny. Na tle tych tytułów “The Lighthouse” lśni jak czarna perła. Psychodrama dwóch genialnych aktorów. Jeden stoi po stronie tradycji, drugi wciąż poszukuje, lecz obaj wpadają w otchłań szaleństwa z równą mocą. Eggers nie tylko tka najpiękniejsze filmowe kadry, ale też umiejętnie zanurza swój film w mitologii – Prometeusz i Ikar splatają się ze sobą, a w tle słychać syreni śpiew. No i mewy. Które nie są tym, czym się wydają.
W kontekście wspomnianych tytułów mój ulubiony cytat – “Ja to ktoś inny” – nabiera zupełnie innego znaczenia, niż zawsze mu nadawałam. Każdy, niezależnie od położenia, przechodzi etap, o ile nie jest to stan na całe życie, kiedy chce być kimś innym i zaczyna transformować swoje “ja”. Tyle o życiu od dr mnie.
Na 10. edycji AFF widziałam tylko te cztery filmy. Niedługo ogólnopolskie premiery dwóch najważniejszych produkcji pokazanych na Festiwalu – “Irlandczyka” i “Historii małżeńskiej”. Jednak już dzisiaj możecie na Netflixie nadrobić jeszcze jeden tytuł, który układa mi się w spójny obraz walki o zmianę swojej sytuacji w świecie. “I Don’t Feel at Home in This World Anymore” to opowieść o dziewczynie, która bardzo chce być w porządku, ale nie potrafi wytrzymać, że reszta świata nie ma takiej potrzeby. W końcu sama zaczyna robić rzeczy istotne. Bo może, wbrew temu, co mówi w jednej ze scen, mimo tego, że zamienimy się w taki sam węgiel, to, co stanie się przed ostatecznym aktem, ma jednak jakieś znaczenie.

Comments: no replies

Join in: leave your comment