Nowe Horyzonty 2019

NH 2019 plakat B1 3

Na wstępie przepraszam, że nie bawię się w lata i nazwiska reżyserów, ale notka powstaje w przyśpieszonym tempie, pomiędzy jednymi wakacjami a drugimi. Między rozpakowywaniem, praniem i ponownym pakowaniem (dodatkowy smaczek jest taki, że kryzys klimatyczny pozbawił mnie internetu, więc notka i tak pojawi się z opóźnieniem). Na szybko wrzucam kilka impresji z tegorocznych Nowych Horyzontów. Chcę je tu umieścić, póki trwa festiwal, bo być może kogoś zachęcę lub zniechęcę do filmu, który był lub nie był mu pisany.

Najbardziej podobał mi się Krzew jałowca. Bardzo prosty i tradycyjny w formie, ze świetną rolą Bjork i pełny intensywnych uczuć. Baśnie będą działać zawsze, nie ma innej możliwości. Film pojawił się w sekcji o czarownicach i duchowości, cudownej w swoim zamyśle, ale – bardzo niestety dla mnie – nieco rozczarowującej. Lapu to niezwykle ciekawy film pokazujący rytuał pożegnania powracającej we śnie zmarłej przez odkopanie jej szczątków. Pod względem tematu intrygujący niesłychanie, ale nieco nużący w formie. Film uprzedził pokaz krótkiego metrażu – Jak używać piramidy – któremu nie mam nic do zarzucenia. Calypso, inny tytuł z cyklu, to niezwykłe doświadczenie. Nie rozumiem wszystkich symboli, np. tatuaży na ciele mężczyzny, czy haftowania dłoni i stóp, ale te obrazy nieustannie do mnie wracają. Zaś sam film i jego bohaterka mieli w sobie niebywałą, prawdziwie czarowniczą moc. Z kolei Zombi Child to również rozczarowanie. Film był ok, ale czuję, że zmarnował swój potencjał przez to, że chciał być za bardzo pomiędzy i nie poszedł ani w stronę pierwszej, ani drugiej połowy. A szkoda, bo chętnie zobaczyłabym i rozwinięcie pierwszej części, konsekwentne z jego stylistyką i film, który w całości opiera się na kulcie voo doo. Zupełnie od czapy muszę dodać, że zachwyciła mnie kuratorka sesji, estetycznie i znaczeniowo – w czerwonej sukience i rozwianych włosach wyglądała jak idealna bohaterka sekcji. Albo inaczej – jedna z bohaterek, które spodziewałam się zobaczyć, ale selekcjonerka utarła mi nosa i kierowała się kluczem dalekim od stereotypu i schematów.

Krzew jałowca

Drugi ulubiony film – Portret kobiety w ogniu. Jak nie lubię melodramatów to związek bohaterek emocjonalnie mnie zaangażował. Jednak nie będę udawać damy o wielkim sercu – dużo bardziej niż emocje doceniłam zdjęcia, krajobrazy i stroje (kolory jak u Żuławskiego!) oraz niezwykłą, naprawdę metafizyczną scenę przy ognisku (nie mam tu na myśli tylko tematu tytułowego obrazu, ale przede wszystkim rytualny śpiew zebranych kobiet). Świetna muzyka była też w filmie Jessica Forever. Nie do końca kupuję tę konwencję, ale sam pomysł i bohaterowie sprawili, że moje serce rozpuściło się szybciej niż lody w festiwalowym upale. Chciałabym świata, w którym faceci rozmawiają ze sobą w taki sposób i w którym opiekuje się nimi ktoś taki jak Jessica. Natomiast nie chciałabym powrotu do świata ze Złotej rękawiczki – okrutnego, brudnego i złego. Akin słynie z doskonałych portretów kobiet i w jego nowym filmie nie jest inaczej – to kobiety są najciekawsze i najbardziej złożone. Przegrane, wciąż pijane, godzą się na poniżenie, albo dogaszają papierosa wiedząc, że za chwilę spotka je śmierć. Są silne i słabe jednocześnie, a wszystkie sprawiają wrażenie wyjętych z filmów Fassbindera (nic dziwnego – Akin od lat inspiruje się tym reżyserem, a tu dodatkowym podobieństwem jest czas akcji – lata 70.). Jednak o ile w twarzach aktorek widzę prawdę i faktyczne zniszczenie, o tyle nie jestem w stanie uwierzyć odtwórcy głównej roli. Widać, że jest zrobiony i że nie ma w nim ani grama zła. Naprawdę rzadko zdarza mi się krytykować dobór aktorów, ale tu naprawdę główna rola mi przeszkadzała.

Wiejska ciuciubabka – wspaniałe odkrycie! Osiem i pół w wersji Jodorowsky’ego po nieznanych światu narkotykach i podróży do Japonii. Cudny reżyser, łebski, z otwartym umysłem. Uwielbiam po prostu takie podejście do autobiografizmu – szczere, ale z dystansem i jajem. I lawiną intertekstualności. I psychoanalizy. Wspominałam, że jest tam cyrk? I złe relacje z matką? Serio, porównanie do Jodorowsky’ego wcale nie było na wyrost. A te dialogi. „Kręcisz ten film, żeby odciąć się od wspomnień. Wspomnienia to tylko fikcja. Są potrzebne jak kamień młyński  u szyi”. Kocham. Zmieniam zdanie – to mój numer jeden tegorocznej edycji.

Twoja twarz – lubię kino Tsaia, wiedziałam, że będzie trudno, ale cieszę się, że wybrałam ten film. Odwołanie do eseju Barhesa o Grecie Garbo jest oczywistością, mnie bardziej zachwyciła empatia reżysera, sposób w jaki pokazuje oraz w jaki rozmawia ze swoimi bohaterami. Plażowy haj, czyli opowieść o moim ojcu. Świetnie się bawiłam, ale też trochę się terapeutyzowałam, co oznacza, że jest jakaś prawda w tym filmie. Najbardziej jednak uwiodła mnie scena z Is that all there is?, jednym z moich ulubionych utworów, który nareszcie wybrzmiał w kinie tak, jak trzeba.

Podsumowując – dla mnie była to edycja rytuałów, po której wróciłam zdrowsza i pełna siły (w czym zasługę mają również wspaniali współtowarzysze minionego weekendu). Po tych dziesięciu seansach jestem przekonana, że bardzo potrzebuję rytuałów i że świat ich potrzebuje. Żadne Midsommar mnie do tej teorii nie zniechęci.

 

Comments: no replies

Join in: leave your comment