Kobiety w sztuce: Hilma af Klint i Erna Rosenstein

Altarbilder,
Grupp X, nr 1. Altarbild, 1915
Olja och bladmetall p�uk
237,5 �179,5 cm
HAK187

� Stiftelsen Hilma af Klints Verk

Personal Shopper Oliviera Assayasa to, niezależnie od całościowej oceny, film, w którym pojawia się wiele ciekawych smaczków. Jednym z nich jest dość nowatorskie podejście do intertekstualności w kinie. Znajomi głównej bohaterki, posiadającej mediumiczne zdolności, polecają jej tropy na ten temat. Dokument o seansach spirytystycznych, w które zaangażowany był Victor Hugo, zostaje podany w sposób zaskakujący – postać nie podaje tytułu, tylko radzi, by w wyszukiwarkę wpisać ciąg słów: hugo jersey turning tables. Podobnie jest z Hilmą af Klint, artyską, której nazwisko widz wystukuje na klawiaturze telefonu w tym samym czasie, co filmowa bohaterka. Ten film z 2016 roku jest znakiem czasów, nie ze względu na modę, czy intertekstualność, ale właśnie przez odwołanie do Hilmy. Artystki, która od kilku lat jest absolutnym objawieniem internetu i światowych galerii sztuk.

The Swan (No. 17), 1914-15
Hvete och Malört, 1922 © Stiftelsen Hilma af Klints Verk
Bez tytułu

Hilma af Klint, szwedzka artystka, od wczesnej młodości była zainteresowana kontaktami z “drugą stroną”. Wcześnie odkryła w sobie cechy medium, wraz z czterema znajomymi kobietami regularnie brała udział w seansach spirytystycznych. Uwielbiała sztukę zwróconą “ku wnętrzu”, szczególne wrażenie zrobiło na niej obejrzenie wystawy Edvarda Muncha. Jednak dopiero po czterdziestce jej sztuka nabrała, i to dosłownie, innego wymiaru. Hilma twierdziła, że przemawiają przez nią duchy, stąd jej obrazy znacznie wyprzedziły swój czas. Nie wystawiała ich za swojego życia, rodzinie poleciła niepublikowanie ich, przynajmniej przez dwie dekady od jej śmierci. Pierwsza wystawa jej prac miała miejsce dopiero w 1986 roku, lecz prawdziwy szał nastał trzy dekady później. Hilma jest powszechnie uznawana za prekursorkę abstrakcjonizmu, która o kilka lat wyprzedziła Kandinsky’ego. Obecnie (do 25 kwietnia 2019) jej obrazy są wystawione w nowojorskim Muzeum Guggenheima, czemu towarzyszy prawdziwy wysyp gadżetów z nadrukowanymi reprodukcjami jej prac: apaszek, kolczyków, pierścionków i tunik.

Bardziej rozbudowaną historię Hilmy można przeczytać w artykule Angeliki Kuźniak Wybrana (Przekrój, 3559/2017 – dostępny również w wersji cyfrowej, bezpłatnie!) oraz w wielu artykułach dostępnych na zagranicznych stronach. Niestety o Hilmie wiadomo niewiele więcej niż napisałam powyżej. Co ambitniejsi badacze odwołują się do tajemniczej symboliki dzieł artystki, a nawet do teozofii i łączą jej postać z Heleną Bławatską. Tam, gdzie robi się ciekawie jest najwięcej niewiadomych. Hilma zostawiła po sobie 26 000 stron notatek, w których tłumaczy symbolikę swoich dzieł. Pisze m.in. o spiralach, ślimakach, łabędziach, czy kolorach, wyraźnie inspirowanych Teorią kolorów Goethego. Z dzisiejszej perspektywy obrazy Hilmy przypominają rysunki ozdabiające co drugie studio jogi lub biura co wrażliwszych jednostek. Konotacje geometrycznych figur i tajemniczych znaków zawartych na obrazach artystki są wyraźnie ezoteryczne, inspirowane nie tylko zachodnią duchowością, ale przede wszystkim wschodnimi symbolami (mandale, yin-yang). To, co było nowatorskie ponad sto lat temu, dziś jest typowe. Dlatego boom na Hilmę nie jest według mnie związany z artystyczną wartością jej dzieł. Nie czepiam się, to ładne obrazki i chętnie spędziłabym więcej czasu nad rozgryzaniem ich symboliki, przystawiłabym do nich Junga i paru innych badaczy i byłabym szczęśliwym człowiekiem. Ale. Obrazy Hilmy nie wiszą w Guggenheimie ze względu na to, że współczesne społeczeństwo jest szczególnie zainteresowane duchowością, alchemicznymi symbolami, czy nawet abstrakcjonizmem. Hilma to fajna ciekawostka, łatwa do sprzedania historia, spójna z najważniejszym mitem świata sztuki – artysty odkrytego dopiero po śmierci. Jej postać pozwala też spisać na nowo historię XX-wiecznej sztuki – tym razem w ujęciu feministycznym. Wszak najważniejsze jest to, że abstrakcjonizm stworzyła kobieta, a nie nieszczęsny Kandinsky. I co z tego, że zrobiła to zupełnie nieświadomie. Według samej zainteresowanej, jej rola w tworzeniu obrazów była bierna. Była ona przekaźnikiem, a obrazy pochodziły od duchów z przyszłości. Mając szacunek dla tego, w co wierzyła Hilma, trudno jest wykorzystywać ją do feminizacji historii sztuki. Feminizm jest spoko. Ale nie sprowadzenie artysty do roli anegdoty czy ciekawostki jest spoko dużo bardziej.

Goethe Farbenlehre

Nie chcę być źle zrozumiana. Mam po prostu wrażenie, że przy okazji tworzenia jej współczesnego mitu akcenty są rozłożone nie tam, gdzie trzeba. Hilma jest dla mnie fascynującą osobą, bliską Leonorze de la Cruz i Phoebe Hicks, postaciom stworzonym przez Agnieszkę Taborską. Zarówno Leonora jak i Phoebe to kobiety, których nie ma na kartach historii, a których udział w dziejach surrealizmu i spirtytualizmu był nieoceniony. Obie znacznie wyprzedzają swój czas, inspirując późniejszych twórców. Ważnym spoiwem jest też pismo automatyczne, łączące każdą z trzech kobiet z surrealizmem. Żywot Hilmy byłby świetnym materiałem na trzeci tom zmyślonych hagiografii, oczywiście, gdyby był imaginacją, a nie prawdą.

Zagubione

Dla równowagi – artystka z zupełnie innej beczki. Związana poniekąd z surrealizmem, ale twardo stąpająca po ziemi. Powtarzająca tylko nieświadomie, ale nie automatycznie. Erna Rosenstein. Jedna z najciekawszych artystek polskiej sztuki i prawdopodobnie jedna z najbardziej różnorodnych twórczyń. Kiedy poznałam jej sztukę wydawała mi się bardzo spokojna, oniryczna. Zaczęłam od Bajek, obrazu Zagubione, obejrzanego w Muzeum Śląskim, oraz podobnych mu dzieł. Później odkryłam surrealistyczną stronę Erny. Przedmioty jak z wielkiej wystawy nadrealistów: telefon z odnóżem kraba, oklejona zdjęciami szafa i torebka, groźna i erotyczna zarazem. Erna mogłaby być ikoną współczesnego ruchu zero waste – wykorzystywanie śmieci było jej specjalnością. Szczególnie upodobała sobie wkładki z bombonierek, owe narzędzia segregacji czekoladek, ubrane najczęściej w złoty kolor. Po przeczytaniu świetnej pracy o artystce autorstwa Doroty Jareckiej i Barbary Piwowarskiej pt. Mogę powtarzać tylko nieświadomie, najbardziej zainteresował mnie “cielesny” okres w twórczości Erny, przypadający na lata 60. i 70.. Brudny, bardzo biologiczny, ale jednocześnie fascynujący. Książka Jareckiej i Piwowarskiej jest zbiorem analiz i interpretacji prac Erny, najczęściej w kluczu biograficznym. Każdy z rozdziałów, poświęcony innemu etapowi działań autorki, jest fascynujący, gdyż pokazuje, że tam, gdzie odbiorca może widzieć spontaniczność i przypadkowość, wszystko jest naprawdę głęboko przemyślane, zaplanowane i często też przeżyte. Najważniejszą tajemnicą sztuki Erny oraz jej największym bólem jest śmierć rodziców. Śmierć o tyle dotkliwa, że wiążąca się dla Erny z wyparciem się korzeni oraz ucieczką. W 1942 roku Erna oraz jej rodzice zostali napadnięci w lesie. Kobiecie udało się zbiec, jednak, aby znaleźć schronienie musiała zaprzeczyć żydowskiemu pochodzeniu, a następnie skłamać, że zamordowani nieopodal ludzie nie są jej rodzicami. Portrety rodziców, ale też wojna i dekapitacja są częstymi motywami obrazów artystki. Duchem, który nijak nie poddał się egzorcyzmowi.

Zestawiłam te dwie artystki na zasadzie przeciwieństw, choć zapewne udałoby się znaleźć wiele cech, które je łączą. Zasadniczo Erna występuje tu jako autorka swoich dzieł, mocno zanurzona w kontekście politycznym, historycznym, ale też w odwołaniu do historii sztuki, np. inspiracje surrealizmem są ważnym elementem jej twórczości. Natomiast Hilma, mimo tego, że uznaje się ją za prekursorkę abstrakcjonizmu, jest dla mnie wzorem nie autorki, ale przekaźnika dzieł. Jej obrazy są twórczością transową, nie będącej tworem myśli, tylko ducha. Według mnie nadal Kandinky’emu bardziej należy się tytuł (współ)twórcy abstrakcjonizmu, choćby przez wzgląd na jego świetną pracę pt. O duchowości w sztuce. Swoją drogą, zestawienie treści tej książki z twórczością Hilmy to dopiero świetny punkt wyjścia do ciekawych rozważań. Ale to już temat na zupełnie inną notkę.

 

Użyte zdjęcia pochodzą przede wszystkim ze stron:

https://www.hilmaafklint.se/hilma-af-klint-foundation/

https://www.dwutygodnik.com/artykul/2288-zamknelam-oczy-chce-widziec-czyli-sztuka-erny-rosenstein.html

Comments: no replies

Join in: leave your comment