8. edycja Ars Independent – podsumowanie

Fot. Michał Jędrzejowski

Uważam, że na festiwale powinno się wyjeżdżać. Festiwal w mieście zamieszkania posiada tę zasadniczą wadę, że nie odrywa nas od codzienności w 100%. Idę na festiwal filmowy w mieście, ale i tak do 15 siedzę w pracy (bo po co marnować urlop?). Niby chcę zobaczyć jak najwięcej, ale kurczę, może lepiej się wyspać i odpuścić późniejszy seans? Gęby i krajobraz te same, co zawsze. Na festiwalu „gdzie indziej” żyje się tylko i wyłącznie nim. Jest czas, żeby wszystko zobaczyć, nie wyskakują żadne nieprzewidywalne zdarzenia dnia codziennego. Rozmawia się prawie tylko o kinie i to prawie wszędzie – w sklepie, na piwie, między seansami. I to jest fajne, cykliczne święto, Eliade, te sprawy.

Mimo to dobrze mieć Ars Independent. Chociaż siedzi się w tym samym kinie, co zawsze, obrazy oglądane na ekranie są bardzo dalekie od codziennego repertuaru. Szczególnie w tym roku dominowało kino odważne, artystyczne i buntownicze. Jedna estetyczna perełka przyćmiewała drugą.

Czarny koń filmu

Konkurs w tym roku był najlepszy na świecie! O Dzikich chłopcach pisałam już wszędzie, ale zaskoczyło mnie, że film spotkał się z tak dobrym przyjęciem. Nie tylko nikt nie wyszedł, ale też o mały włos obraz Mandico nie zgarnął statuetki Czarnego Konia (różnica między nim a zwycięzcą to tylko 4,46 do 4,48!). Wygrała Lemoniada, czyli… tak, tak – najbardziej normalny film festiwalu. Realistyczna opowieść o życiu emigrantki w Stanach Zjednoczonych na początku bardzo mi się podobała. Sama się zdziwiłam, że tak bardzo zaangażowały mnie losy bohaterki. Pewnie to zasługa poczucia humoru i paru wybornych scen, z tłumaczeniem używania waty przez Europejczyków na czele. Niestety w pewnym momencie film poszybował w dość ekstremalnym kierunku – bohaterka zaczęła dostawać niewiarygodną ilość batów od życia, zaś zakończenie, w którym kobieta uczy się obsługi mitycznej Ameryki, było dla mnie zbyt przegięte.

Na moim podium znalazł się Król. Oniryczny trip, ślizgający się po konwencjach, formach i gatunkach, które chyba nigdy wcześniej nie były ze sobą wymieszane. W Królu zachwyca przede wszystkim forma – fani Guya Maddina powinni być zachwyceni, gdyż sporo tu stylizacji na kino nieme. A właściwie – na zagubione kino nieme, bowiem zniekształcenia obrazu stanowią dodatkową wartość estetyczną obrazu. Ciekawy jest sposób w jaki reżyser, Niles Atallah, uzyskał ten efekt. Zakopał taśmy z filmem w swoim ogródku i nieoczywista faktura obrazu jest właśnie wynikiem działania matki ziemi.

Trzecie miejsce zajęły u mnie Meteory. Przyznam szczerze, że nie widziałam nigdy takiego filmu o stanie wojennym. Tak poetyckiego, nieco onirycznego i pełnego piękna. Muzyka jest tu genialna, w zestawieniu z obrazem tworzy spójną, hipnotyzującą całość. Warto odnotować, że oprócz obiektywnego spojrzenia najważniejsza jest tu perspektywa kobieca, co też nie zdarza się często w kinie poruszającym polityczno-społeczne tematy.

Czwartym ciekawym eksperymentem są Oczy ważki. Film bardzo interesujący pod względem konceptu, natomiast nieco nieznośny podczas oglądania. Widz dostaje spójną fabularnie opowieść sklejoną z nagrań zarejestrowanych przez kamery umieszczone w publicznych przestrzeniach Chin. Jako eksperyment Oczy ważki doskonale się bronią i łatwo wpisać je w najważniejsze współczesne dyskursy. Dla mnie najciekawsze było pozbawienie pokazywanych ludzi tożsamości i spojenie ich w jedną, fikcyjną osobę. Dużo to mówi o świecie podglądactwa i nowych mediów.

 

Miasto Muzyki

Ponieważ nie widziałam filmu My, płynnie przechodzę do kolejnej sekcji. Czy istnieje ktoś kto nie lubi Iggy’ego Popa? Nie wierzę w taką osobę. Iggy, mimo tego, że jest w ostatnich latach koszmarnie wyeksploatowany, nadal jest najbardziej spoko gościem przemysłu muzycznego. American Valhalla to film, który opowiada o jego współpracy z Joshem Hommem. Fascynująca produkcja, w której obserwujemy nie tyle zderzenie pokoleń i osobowości, co różnice „czasowe” między bohaterami. Czas jest tu trzecim bohaterem, to główny temat wypowiedzi Homme’a. Wiek bohaterów jest bardzo znaczący przy nagrywaniu płyty: Josh Homme jako 40-latek jest w kwiecie wieku i możliwości twórczych, Matt Helders to dzieciak, którego przygniata współpraca z doświadczonym idolem, zaś sam Iggy, grubo po 60-tce, czuje, że to najwyższy czas na zrobienie czegoś nowego, ale też na podsumowanie dotychczasowego życia. Bardzo dobry dokument, otwierający kilka furtek w głowie, ale też dający wiele radości.

Zupełnie inne odczucia towarzyszyły mi podczas projekcji Powracającej fali. Najbardziej miłym akcentem w filmie była obecność śp. Roberta Brylewskiego, który w moim odczuciu stanowił, pod względem eksploatacji przez reportażystów i życiowej fajności, polski odpowiednik Iggy’ego. Poza tym jestem raczej rozczarowana – obecnością najbardziej oczywistych tez dotyczących zestawienia punk rocka w latach 80. i teraz oraz użyciem Pawła Kukiza jako świetnego przykładu osoby, która sprzedała swoje ideały. Za bardzo czarno-białe to wszystko. Z drugiej strony – ile da się wyrazić w 30-minutowym dokumencie?

 

Koń by się uśmiał

Set animacji, wbrew nazwie, bardziej do zadumy i smutku, niż do śmiechu. Choć może przesadzam, przecież czarny, czasem wręcz wisielczy humor, przebijał niemal przez każdą animację. Najbardziej spodobał mi się Manivald, lisia odpowiedź na Tamte dni, tamte noce, jednak dużo bardziej perwersyjna. Doceniam gorycz Granicy, emocjonalnie to ta animacja dotknęła mnie najbardziej. Pod względem pomysłowości wyróżniam Merlota, dowcipną wariację na temat Czerwonego Kapturka, zaś za prawdę o walce o przetrwanie Pieńki, polane naprawdę smolistym humorem. Fabularnie najfajniejsza była Mrówka wychodzi za mąż – wydaje mi się, że humor tej animacji jest najbardziej zrozumiały i trafiający do największej liczby odbiorców.  No i co za pointa!

Comments: no replies

Join in: leave your comment