Rocky Horror Picture Show (1975)

rocky3

Tekst dedykuję Magdalenie Kocur. Przyjaźń rządzi!

W tym roku Festiwal Filmów Kultowych uciekł ze Śląska do Gdańska. Przez prawie dwadzieścia lat było to wydarzenie, na które uczęszczały naprawdę pokaźne rzesze odbiorców (ach, te darmowe seanse, lub Najgorsze Filmy Świata, za których obejrzenie płacono widzowi złotówkę). Sama zaczęłam chodzić na Festiwal w okolicach liceum i już na studiach miałam dość corocznej dyskusji na temat tego, czym jest film kultowy. Z czasem ten wątek usunął się w cień, w końcu nawet najbardziej wtórni przedstawiciele mediów mają ochotę po kilku latach zmienić temat, jednak na wiele lat fandomy i kultowość były dla mnie prawdziwym tabu. Wytrwale omijałam wszystkie konferencje na ten temat. Nie chodziłam na projekcje Lyncha, Jarmuscha, Kubricka, czy bohatera dzisiejszego tekstu, czyli The Rocky Horror Picture Show,  bo to zbyt oczywiste i przecież puszczają co roku. Nuda. Dziś oczywiście tego żałuję i mam poczucie zmarnowanej młodości. Nie wiem ile seansów TRHPS odbyło się w ciągu tych dziewiętnastu lat, pewnie kilkanaście i choć wiem, że próżno porównywać je z tym, co działo się na nocnych seansach w latach 70., to i tak mam pewność, że ominęło mnie mnóstwo pysznej zabawy. Żeby się jeszcze bardziej samobiczować, dzisiejszy tekst zacznę właśnie od tematu kultowości, mojego osobistego horror show.

Film kultowy a rytuał przejścia

The Rocky Horror Picture Show został wyreżyserowany przez Jima Sharmana jako adaptacja dwa lata starszego przedstawienia, wystawianego między innymi na West Endzie i Broadwayu. Musical powstał według pomysłu i scenariusza Richarda O’Briena, znaczna część teatralnej ekipy, z występującym w głównej roli Timem Curry’m na czele, także wzięła udział w wersji kinowej. Stworzony w Wielkiej Brytanii kolaż parodii, kina klasy B, musicalu, horroru i science-fiction największą popularność zyskał w Stanach Zjednoczonych. Popularność to nieodpowiednie słowo. Stał się najbardziej kultowym z kultowych filmów.

Kultowy, czyli kochany. Taki z wierną, często wielopokoleniową, publicznością, która cytuje go z pamięci i otacza się masą związanych z nim gadżetów. Film kultowy nie musi, a nawet nie może być doskonały. Jako rzecze Umberto Eco, nie może być nawet koherentny – zamiast jednej spójnej idei, film ma nieść ich wiele. Według Eco jego najważniejszą cechą jest intertekstualność, wszak to dzieło, które bierze się z innych filmów, nie z twórców. Archetypy obecne w takim dziele pozbawione są psychoanalitycznego aspektu, mają jedynie dawać widzowi wrażenie powtarzalności. Coś w rodzaju odbiorczego poczucia bezpieczeństwa. Film kultowy zaprasza publiczność do gry w cytaty i odwołania, zaś satysfakcja z zabawy jest mierzona jej kompetencjami odbiorczymi. Dobrze, jeśli w produkcji dużo jest „martwych miejsc”, które publiczność może wypełnić swoim komentarzem.

Ważny jest także czynnik kontrkulturowy. W tym temacie warto oddać głos Salowi Piro, widzowi kultowemu, który od 1977 roku nakręcał wrzawę dookoła seansów The Rocky Horror Picture Show i był szefem fan clubu filmu. W trzecim numerze poświęconego musicalowi pisma The Transylvanian, Piro pisze tak: „»Film kultowy« to po prostu taki, który zgromadził wokół siebie wierną grupę widzów, znajdując się poza głównym nurtem kina. Fabuła wymaga zazwyczaj sporego zawieszenia sceptycyzmu. (…) Filmy te posiadają wymiar irracjonalny i nonkonformistyczny. »Kult filmów o północy« wykracza poza tę definicję. W tym wypadku jest to film »tworzony« przez samą publiczność. Odbijają się w tym zjawisku społeczne tendencje danego czasu. Film otoczony takim kultem musi przejawiać buntownicze nastawienie wobec społeczeństwa i konwencjonalnych tematów filmowych” (Midnight movies, s. 184-185).

Popkulturowa historia The Rocky Horror Picture Show jest zatem bardziej historią nocnych seansów i reakcji publiczności, niż samego filmu. O konwentach, stałych dialogach widzów z wyświetlanym na ekranie dziełem, aranżowanych scenkach i najbardziej rozpoznawalnych widzach filmu wyczerpująco opowiadają Hoberman i Rosenbaum w Midnight movies, do których, już tradycyjnie, odsyłam. By tylko zaznaczyć rozmiar odbiorczego szaleństwa, wspomnę o rzucaniu hot-dogami (z frankfurterką), Dori Hartley, czyli dziewczynie, która była drugą po Timie Curry’m najdoskonalszą inkarnacją Doktora Frank-N-Furtera oraz chorałach gregoriańskich puszczanych przed seansami w Arizonie, by uspokoić publiczność i zwrócić jej uwagę na kontemplacyjny wymiar filmu.

Trudno o dzieło z większym potencjałem kultowości niż TRHPS. Nieco rozchwiany, pełen odwołań do kina klasy B, ale także do malarstwa i popkultury, był jednocześnie niewinny i pełen seksualnej transgresji. O’Brien w wywiadach mówił zarówno o miłości do starych horrorów i science-fiction, jak i o swojej transseksualnej naturze i o tym, że od szóstego roku życia chciał być dziewczynką. Lata 70., czasy glamu, kampu i świetności tak androgenicznych artystów jak David Bowie, były niezwykle przyjazne dla recepcji TRHPS. Nostalgia i perwersja to połączenie, które sprawiło, że na seansach dzieła O’Briena i Sharmana zbierała się bardzo niejednorodna publiczność. Oglądanie TRHPS było rozrywką zarezerwowaną nie tylko dla subkultur, środowisk homoseksualnych, akademickich, czy po prostu zbuntowanych dzieciaków. Seanse odwiedzały też „normalne rodziny” – rodzice bezradnie spoglądający na otrzymaną od dzieci torbę pełną rekwizytów oraz nastolatki, dla których pierwsze wyjście na ten film było wydarzeniem inicjacyjnym.

– cały tekst ukazał się na Kinomisji

Comments: no replies

Join in: leave your comment