Nowe Horyzonty i fantastyczne kobiety

570445
W ułamku sekundy
Nie wiem czy to kwestia moich wyborów czy samego programu, ale na tegorocznych Nowych Horyzontach niewątpliwie rządziły kobiety. Rozsadzały ekran nie tylko w sekcji Good Girls Gone Bad czy w stricte feministycznych filmach, takich jak 20th Century Women. Kobiece bohaterki zdominowały również produkcje, których temat daleko odbiegał od genderowych kwestii, czego najlepszym przykładem jest intensywna i niezapomniana rola Diane Kruger w filmie W ułamku sekundy. To pierwsza uwaga. Druga: chyba tylko jeden seans, na którym byłam nie kończył się aplauzem publiczności. Nie, nie dlatego, że chodziłam na same doskonałe filmy. Wydaje mi się, że żywiołowe reakcje publiczności, nawet po takich kasztanach jak Szron, podyktowane są tym, że z ekranu sączyły się przede wszystkim emocje, mniej było wykoncypowanych, intelektualnych dzieł. I fajnie – w końcu właśnie emocjonalne przeżycia mają na nas największy wpływ, no i wiadomo, kino, w które jesteśmy zaangażowani daje nam najwięcej przyjemności. Z drugiej strony trochę mi brakowało odbiorczych wyzwań i mam wrażenie, że tak naprawdę moje horyzonty rozszerzyła jedynie retrospektywa Freda Kelemena. W każdym razie spędziłam na Nowych Horyzontach sześć cudownych dni, towarzystwo było wyśmienite, seanse dały mi wiele radości, więc nie mam na co narzekać. Może tylko na to, że powroty do rzeczywistości po tak udanych festiwalach są bardzo bolesne.
Na pokuszenie

Girl Power

Good Girls Gone Bad to kino feminizmu czwartej fali: wyzwolone, emocjonalne, ekshibicjonistyczne, nie bojące się wstydliwych momentów, uczuciowych telepek i fizycznych dołów. Bez skrępowania sięgające po seks i pornografię, by uczynić z nich swój oręż. Ale przede wszystkim odważne, powstałe z dziewczyńskiego buntu, który zrodził wcześniej Guerilla Girls, Riot Grrls, Pussy Riot czy Marsz Szmat. To kino głośno wyrażonej niezgody na patriarchalny porządek”. Najlepsze w tej sekcji, o czym pewnie doskonale już wiecie, jest Mięso. W filmie Julii Ducournau wszystko jest tak cholernie trafne, łebskie i zabawne, że aż nie chce się wierzyć w takie debiuty. O wspaniałej Ewolucji pisałam tu i cieszę się, że film Hadžihalilović trafił tam, gdzie jego miejsce. W Misandrystkach, widać wszystkie mankamenty filmów Bruce’a LaBruce’a, z fatalnym aktorstwem na czele, i, choć jest tu kilka świetnych pomysłów, w tym wypadku koncept filmu nie ratuje całości. Najbardziej zawiodła mnie Suka, amerykańska odpowiedź na Komedię małżeńską, która zaczyna się smakowicie, świetnym montażem i free jazzem w tle, a rozwija się w pełną schematów komedię, w której, tak jak w filmie z Ewą Kacprzyk, mąż rodziny zmienia się z patriarchalnego dupka w odpowiedzialnego ojca i partnera i odzyskuje żonę.

Jak wspomniałam we wstępie, równie dużo opowieści o kobietach (i tworzonych przez kobiety) było poza sekcją. 20th Century Women to pełen ciepła i inteligentnego humoru portret trzech pokoleń kobiet, które wychowują syna jednej z nich. Fajne aktorki (Bening, Fanning, Gerwig), świetna muza i dużo gadania o menstruacji, stymulacji łechtaczki i poważnych sporów o to czy lepiej słuchać Black Flag czy Talking Heads. Na pokuszenie Sofii Coppoli to film, który również należy do aktorek (Kidman, Dunst, Fanning) mizdrzących się do rannego żołnierza. Emancypacyjna wymowa filmu to jedno, ale tym, co mnie najbardziej ujęło jest klimat i niesamowicie piękne zdjęcia – malarskie światłocienie w pomieszczeniach i ujęcia przyrody, tajemniczej jak na płótnach prerafaelitów. Ludzie, którzy nie są mną, czyli spojrzenie młodej izraelskiej reżyserki na samą siebie. Może niewiele mi trzeba – otwarcie filmu utworem Public Image Limited, kilka znajomych elementów wystroju wnętrz i para cynicznych ludzi i już jestem kupiona, ale naprawdę doceniam szczerość autorki i uważam, że jest w jej filmie sporo prawdy. Fantastyczna kobieta to zupełnie inny kaliber. Angażująca historia o transseksualnej bohaterce, która zamiast oddać się żałobie, musi walczyć z rodziną ukochanego o szacunek i zrozumienie. Wierzę w takie kino i cieszę się, że Lelio oprócz obyczajowej warstwy pozwolił sobie na odrobinę szaleństwa i umieścił w filmie kilka zupełnie odjechanych scen. Na koniec petarda, czyli najnowszy film Akina, który już w Głową w mur i Na krawędzi nieba pokazał, że ma niesamowity dryg do kreowania odważnych i nieszablonowych bohaterek. W ułamku sekundy ma sporo błędów, momentów, które mogą irytować, jednak cały czas kibicujemy protagonistce, która w zamachu traci męża i syna. Kruger jest niesamowita, nie sposób zapomnieć jej spojrzenia, wyrazu twarzy, zarówno w scenach sądowych, jak i w finale. Według mnie najlepszym momentem jest ten, w której kobieta wychodzi z wanny pełnej krwi – tak wyglądają narodziny prawdziwej heroiny.

Cichy sen

Azja Express

W tym roku nie najadłam się Azją. Obejrzałam dwa filmy z retrospektywy Hong Sang-soo: Dzień po i Aparat Claire. Razem z Samotnie na plaży po wieczór tworzą nakręconą w tym roku trylogię, silnie autobiograficzną, której głównym tematem jest romans reżysera z pracownicą. W kinie koreańskiego twórcy jest coś, co kojarzy mi się z francuskim kinem – lekkość, dowcip, realizm w pokazywaniu damsko-męskich relacji. Dodatkowo w Aparacie Claire, w którym jedną z głównych ról gra Isabelle Huppert, jest dużo iście jarmuschowskich scen rozmów międzynarodowych, w których nie brak zakłopotania, niezrozumienia i zwykłej nudy. W mojej złotej festiwalowej trójce znajduje się Cichy sen, skromny czarno-biały film skromnego koreańskiego reżysera, w którym występuje, uwaga, dziewięciu innych reżyserów. Fabuła jest prosta. Jedna dziewczyna i trzech przyjaciół, którzy walczą o jej względy. Nieprawdopodobna dawka ciepła i smutku, poczucie humoru podszyte melancholią. Dużo skojarzeń z wczesnym Kar-Waiem, jednak Cichy sen nie jest tak estetycznie rozbuchany – tu rządzą statyczne ujęcia, wysmakowane, ale ascetyczne, gdzie zwykłe lustro jest piękniejsze niż najbardziej dopracowana scenografia.

Mróz

Fred Kelemen

To temat na dużo poważniejszą notkę, na dużo większy namysł. Kalyi – czas mroku, czyli debiut, to udany mariaż ekspresjonizmu, postapokalipsy i czegoś, czego nie umiem nazwać, więc ukryję to pod wyrażeniem wschodni sznyt. To, jak Kelemen używa światła i ciemności jest niezwykłe, podobnie jak obrazy, które składa z podstawowych barw: kobieta w niebieskiej sukni, okryta czerwonym kocem i oświetlona żółtym światłem to jeden z piękniejszych obrazów, jakie widziałam na festiwalu. Wschodni sznyt to z jednej strony brud taśmy, niewyraźny obraz, ale też fatalizm wiszący nad bohaterami. Pejzażem są rozpadające się domy i podłe knajpy, zaś relacje opierają się na piciu, agresji i kompulsywnym seksie. Podobnie jest w Przeznaczeniu i, w najlepszym moim zdaniem Mrozie, trwającym cztery i pół godziny, w którym matka z małym synkiem uciekają od bijącego żonę pijaka. Marianne dla każdej osoby, którą spotyka na swej drodze, jest wyłącznie ciałem, zaś jej mały syn jest dla ludzi niemal niewidoczny. Scena tańca Marianne w domu lesbijki jest obłędna, podobnie jak jej widok w karuzeli i żałuję, że nie mogę się nimi podzielić – być może stanowiły by namiastkę tego niezwykłego kina.

Straszydła

Poza kategoriami

Straszydła to rewelacyjny dokument przeuroczego reżysera, który opowiada o parku rozrywki stworzonym w budynku, w którym przez siedem dekad działał zakład psychiatryczny. Socjologiczna ciekawostka, w której opowiadają o sobie przede wszystkim pracownicy, straszący co noc klientów, ale też, i te wypowiedzi wydają mi się najciekawsze, była pielęgniarka i umieszczona w szpitalu niemal na dwadzieścia lat pacjentka. Drugim dobrym filmem o sztuce okazał się Gdzie jest Rocky II, zgrywa Pierre’a Bismutha, faceta odpowiedzialnego za materiały do scenariusza Zakochanego bez pamięci, która jest satyrą na świat sztuki i na środowisko filmowe. Dusza i ciało to trudny orzech do zgryzienia. Z jednej strony trudno zarzucić coś temu filmowi, wszystko jest tu idealne, spod linijki, zaś sama love story jest nieoczywista i z klasą. Jednak przez cały seans miałam wrażenie, że już widziałam ten film, wiedziałam w którą stronę się potoczy, co będzie dalej, więc oglądałam go z niemałym zniecierpliwieniem. Złym odbiorcą okazałam się również na seansie Sexy Durgi. Tak bardzo jak Durga nie irytowała mnie nawet Una, teatralna do bólu, z dialogami sztucznymi i zupełnie niestrawnymi. Najgorszym filmem, jaki widziałam na Nowych Horyzontach jest Szron, co dziwi mnie o tyle, że filmy litewskiego reżysera pokazywane na retrospektywie dwa lata temu bardzo mi się podobały. Szron to film z misją, który ma pokazać światu problem wojny na Ukrainie. Stąd zobaczymy tu recytującą komunały Vanessę Paradis i Andrzeja Chyrę, który z jednej strony gra swoim emploi („Czy impreza już się skończyła?”), ale też bierze udział w najgorszej scenie pocałunku w historii kina. Ten film uświadomił mi, dlaczego w poprzednich filmach Bartasa było niewiele dialogów – bo co jak co, ale facet kompletnie nie potrafi ich pisać. Nieważne czy przemawia żołnierz, czy tematem jest miłość czy wojna, wszystkie wypowiedzi są całkowicie nierzeczywiste i drewniane. Zdjęcia, które kiedyś stanowiły największy atut kina Litwina, teraz są nijakie, tylko jeden fragment, krótkiego pobytu bohaterów u starszego mężczyzny, przypomina o tym, kto zrobił ten film.

Comments: no replies

Join in: leave your comment