Scope 100 – trzecia odsłona

4919655_7_14b9_berenice-bejo-et-cedric-kahn-dans-le-film_20341da02885123cf8877e820a4abd5f
After Love

Kiedy niemal dwa lata temu wystartowała pierwsza edycja Scope100, wówczas jeszcze Scope50, nie spodziewałam, że będzie to tak długa przygoda. Scope wniosło do mojego filmowego życia dużo więcej niż te dwadzieścia siedem filmów, które obejrzałam przez trzy edycje. Dosłownie i w przenośni, ten projekt odsłonił przede mną nowe horyzonty – dzięki karnetowi od organizatorów wzięłam w końcu udział w tym cudownym wrocławskim festiwalu, a dzięki dyskusjom pod filmami poznałam nowe, nieoczywiste sposoby postrzegania kina. Ech, do diabła z tą oscarową przemową. Scope100 jest super, niech trwa latami jak WOŚP i jeśli w przyszłości zobaczycie ogłoszenie, że szukane są nowe osoby do projektu, nie wahajcie się ani chwili!

W tym roku liczba filmów skurczyła się do siedmiu produkcji. Tym razem, wyjątkowo, opowiem o nich nie znając jeszcze wyniku naszego głosowania. Dla przypomnienia – setka kinofili z całej Polski ma miesiąc na obejrzenie wybranych przez zespół Gutek Film produkcji i zagłosowanie na jeden tytuł, który w okolicach czerwca-lipca trafi do naszych kin. Proponowane filmy to nowinki z najlepszych festiwali, w tym roku wyłowione, m.in. z Locarno, Wenecji i Berlina. Tegoroczna edycja jest naprawdę różnorodna: dwa dokumenty, jedna animacja, dwa filmy queer, dwa oscylujące wokół tematu starości, jeden film jest trawestacją żywotów świętych, inny – dramatem o rozwodzie. Żeby było jeszcze ciekawiej, o jednym z filmów nie mogę pisać ze względu na szacunek dla decyzji producenta. Trzecia odsłona Scope100 to prawdziwe szaleństwo!

The Ornithologist

The Ornithologist, reż. João Pedro Rodrigues

Kino portugalskie jest dla mnie zagadką. Manoel de Oliveira i bardzo dziwny Film niepokoju, inspirowany genialną książką Pessoi – tyle mogę na ten temat powiedzieć. A tu proszę! The Ornithologist jest spełnieniem moich kinowych pragnień. Czego w tym filmie nie ma? Jest bunuelowskie nabijanie się z chrześcijańskiej moralności, jest tajemnicza i niezwykła natura, są pogańskie obrządki, homoseksualny romans z samym Jezusem, amazonki, metafizyka, żart, ironia i sprawne przywiązywanie przystojnych mężczyzn do gałęzi. Rzecz dzieje się na szlaku św. Jakuba, w środku niepokojącego lasu. Ornitolog, jak to ornitolog, obserwuje ptaki. Do czasu, gdy na jego drodze nie stają dwie Chinki, pielgrzymujące do Santiago de Compostela. Reszty zdradzać nie chcę i wierzcie mi, lepiej nie wiedzieć. Ogromną zaletą tego filmu jest to, jak sprawnie przechodzi z jednego gatunku w drugi, jak przeskakuje z konwencji na konwencję, nie tracąc przy tym spójności. Obserwujący staje się obserwowanym, a sowy, jak się domyślacie, nie są tym, czym się wydają. I nie tylko sowy. Niezwykle świeży, oryginalny obraz, pełen metafor, niedopowiedzeń, nasyconych sztuką kadrów, ale też podskórnego niepokoju. Scope100 raczej nie wygra, ale mam nadzieję, że arthousowe festiwale nie ominą go w swoich programach.

Heartstone, reż. Gudmundur Arnar Gudmundsson

Kino o wchodzeniu w dorosłość. Zieeew. Z Islandii? Jeszcze większe ziewanie. Ile można? Dopiero co na ekranach gościły Wróble, a teraz znowu ten sam temat, w tej samej scenografii? Tak myślałam, gdy czytałam opis filmu. Okazało się, że oczerniłam faworyta. Mięsisty, pełen emocji, bardzo autentyczny film, w którym każdy znajdzie skrawek swoich okropnych wspomnień z wieku nastoletniego. Spójna, świetnie opowiedziana historia o dojrzewaniu w dość trudnych warunkach, w których dorośli są dużo bardziej nieodpowiedzialni i niedojrzali niż ich dzieci. To opowieść nie tylko o trudnych relacjach z kolegami, pierwszych dziewczynach i pierwszym seksie, ale też o istocie przyjaźni, trudnej o tyle, że jedno ogniwo nie jest tak normalne i hetero, jak powinno być. Rewelacyjna muzyka (!), kapitalne zdjęcia (Sturla Brandth Grøvlen to gość, który odpowiada za obrazy w Victorii i Baranach) i przekonujące aktorstwo. Heartstone praktycznie nie ma słabych punktów. Chciałam wyśmiać metaforę brzydkiej ryby, zdeptanej na początku filmu, a pod jego koniec odratowanej, ale w tym wydaniu jest tak bezpretensjonalna i w punkt, że nawet do niej nie mogę się przyczepić. Słowem – lider, zwycięzca, w tej edycji nie ma sobie równych.

The Red Turtle

The Red Turtle, reż. Michael Dudok de Wit

Trzeba mieć serce z kamienia i oczy z waty, żeby nie lubić studia Ghibli. Forma mnie zachwyciła, jednak mam pewien problem z samą historią. Wydaje mi się zbyt subtelna, zbyt prosta, krótko mówiąc – za mało w Czerwonym żółwiu akcji. Swoją drogą, mój zarzut dla wielu może okazać się największą zaletą filmu.Fakty są takie, że najprawdopodobniej animacja będzie nominowana do Oscara, zaś jej potencjał komercyjny jest największy z przedstawionej nam siódemki filmów. Dlatego nie zdziwię się, jeśli to właśnie Żółw trafi latem do kin. Nie będę też zbytnio się smucić, niema animacja jest według mnie świetną alternatywą dla mainstreamowych filmów skierowanych do dzieci. Lekcja wrażliwości i estetyki na najwyższym poziomie, choć sama wolę bardziej gorące i rozemocjonowane historie w stylu Chłopca i świata.

Godless, Ralitza Petrova

Bułgarski film, który podszywa się trochę pod nowe kino rumuńskie. Bardzo gorzki i zimny obraz życia Gany, która opiekuje się starszymi osobami. Przy okazji kradnie im dokumenty i współpracuje z bardzo niegodziwymi ludźmi. Wszystko w tym filmie jest werystyczne nie do zniesienia. Brzydkie ciała, brzydkie wnętrza, odpychająca fizjologia zamiast wzniosłej metafizyki. Młoda reżyserka tworzy wiele bardzo ciekawych i zapadających w pamięć scen. Mnie szczególnie ujęła klamra – pokazana najpierw z tylnych, a potem z przednich okien samochodu droga na tytułową górę Bezbog. Być może Godless nie jest zbyt oryginalny, ale mnie przekonała jego surowość i przedstawienie beznadziejności życia bohaterów. Choć niewątpliwie jest to świat, o którym szybko chce się zapomnieć i który szybko chce się wyrzucić z głowy.

Godless

After Love, reż. Joachim Lafosse

Francuskie kino o życiu zawsze trafia w punkt. W ładnym opakowaniu, kawa na ławę, widzimy piekło naszych relacji. Bejo, znana z Artysty i Przyszłości, gra tu okropną żonę. Już się rozstali, jeszcze nie rozwiedli, mieszkają nadal pod jednym dachem. Pani Bejo chodzi więc stale podminowana, fuczy, narzeka, krzyczy i wysuwa wciąż te same argumenty. Mąż zaś, to kompletny nieudacznik. Nie zarabia, składa obietnice bez pokrycia, przy znajomych żony zachowuje się jak zwykły ch… obłudnik. On także w kółko powtarza to samo. Bo tak to wygląda. Ściana po obu stronach, złość, ciągłe pretensje i tragiczny brak porozumienia. Dobry film, jednak brak mu znaków szczególnych. Czegoś, co wyniosłoby go na wyższy kinowy poziom.

Those Who Jump, reż. Moritz Siebert,  Estephan Wagner,  Abou Bakar Sidibé

Cóż bardziej prostego, a jednocześnie bardziej słusznego – dać uchodźcom kamerę i pozwolić im mówić o sobie, bez cenzury. Poznajemy ich świat od wewnątrz, nieustanne problemy z policją i brakiem jedzenia, ale też radości, takie jak mecz piłki nożnej (notabene fajnie pokazany: narrator przyjmuje pozę komentatora sportowego). Politycznie – seans obowiązkowy. Forma jest dość oryginalna i przyznaję, że mnie bardzo uwierała. Chwilami czułam się, jakbym oglądała internetową transmisję online.

(Psst! Film-tajemnica to spowiedź 103-letniej sekretarki Goebbelsa)

Comments: no replies

Join in: leave your comment