Jak praca nie popłaca

Fourth-prize-is-being-reincarnated-as-my-brother-Stephen
Wiele napisałam o tym, jak bardzo mierzi mnie ocenianie filmu przez pryzmat realizmu. Jednak czasami nawet ja kapituluję. Oglądam coś przypadkiem i myślę: „kurwa, sto procent prawdy”. Zachwycam się, serce bije jak młotem – kocham dany film do końca życia. Mechanizm jest prosty – lubię, szczególnie w trudnych sytuacjach, wiedzieć, że ktoś przeżył to samo co ja i wcale nie jestem taka jedyna i wyjątkowa, jak mi się zdaje. Te „filmy o moim życiu” mają, obok aspektu emocjonalnego, jeszcze jedną zasadniczą zaletę. Takie produkcje jak „Miara człowieka” czy „Glengarry Glen Ross”, o którym zaraz napiszę, odwołują się do tych momentów w moim życiu, w których czułam się jak w potrzasku, świat był zupełnie niezrozumiały i niesprawiedliwy, a absurd życia przygniatał mnie z każdej strony. Choć brzmi to fatalnie, to przyznaję, że były to chwile niebywale ekscytujące, na pewno najważniejsze i najbardziej budujące. Takie sytuacje wyrywają z marazmu, zachęcają do walki i pozwalają, na dany moment, wyraźnie określić swoje miejsce w świecie. Dlatego uważam, że moje uwielbienie dla tych filmów, przy jednoczesnej niechęci do przedstawienia życia w kinie w skali 1:1, jest zrozumiałe. To fragmenty życia, które są równie inspirujące i sprawiające wrażenie nierealnych (zdanie „nie wierzę, że to się dzieje naprawdę” wypowiada się dziesiątki razy dziennie) jak najlepsze sny. Dochodzi też kwestia psychologii i obserwacji innych ludzi, co jest na tyle ciekawe, że potrafi wynagrodzić ubytki życia w społeczeństwie. Napijcie się czegoś mocniejszego. Kino w zwolnionym tempie poważnie rozkręca swoją reaktywację. Więcej ekshibicjonizmu. Więcej dziwnego spojrzenia na normalne kino. Więcej kontestacji i więcej socjopatycznych dygresji. Przynajmniej dzisiaj. Później usunę się w cień, by godnie ocalać od zapomnienia najwspanialszych twórców i ich dzieła (po raz setny obiecuję – będzie tekst o Chantal Akerman!, może nawet w tym roku). Jednak jeszcze dziś muszę się trochę wyżyć.

„Glengarry Glen Ross” to film, który, mimo naprawdę wyjątkowej obsady, nie powinien zrobić na mnie zbyt wielkiego wrażenia. No bo co. Opowieść o agentach nieruchomości, którzy muszą mieć wyniki, żeby nie stracić pracy, a mają do dyspozycji najgorsze adresy na świecie. Wyścig szczurów, wciskanie klientom największych kitów, byle tylko zarobić i wygrać cadillaca za pierwsze miejsce w rankingu. Obchodzi mnie to fest. Do tego film jest adaptacją przedstawienia teatralnego (której dokonał sam autor, David Mamet, notabene świetny, zaś za reżyserię wziął się James Foley, który też nie wypadł sroce spod ogona), co bardzo się czuje i co trochę daje wrażenie oglądania teatru telewizji. Jakie są tego plusy, jakie minusy? Plusy to wyraziste charaktery, zminimalizowanie „osób dramatu”, co pozwala się skupić na ich relacjach i cechach, świetne, długie dialogi oraz prosta, nieskomplikowana akcja i jasna, czytelna problematyka. Minusem jest to, że w taki wąski filmowy świat, oglądany w sumie w dwóch przestrzeniach, bardzo trudno wsiąknąć. Nie wchodzi się w wykreowaną rzeczywistość, tylko ogląda z dystansu. Wiem, jest to minus, który niekoniecznie musi być minusem, ale mnie trochę to przeszkadza. „Glengarry Glen Ross” to film, który trzymają na swoich barkach bezbłędni w tym wydaniu aktorzy. Nieprofesjonalny (wszystkie opisy dotyczą postaci kreowanych przez aktorów, nie ich artystycznej kondycji) Kevin Spacey, niezależny Ed Harris, mający lata na szczycie daleko za sobą Jack Lemmon, nieschodzący z podium Al Pacino, zagubiony Alan Arkin, wilk biznesu i autoprezentacji Alec Baldwin i ofiara, dający się wykiwać Jonathan Pryce. Harris, Lemmon, Pacino i Arkin to pracownicy. Spacey szef, nie wiadomo dlaczego, bo wcale nie zna się na tej robocie. Baldwin to doradca, który przyjeżdża tylko po to, by przez 10 minut zagrzać nieradzący już sobie zespół do walki. Jak to robi? Gada o literkach i filozofii firmy. Zachęca samochodem i kompletem noży. W końcu straszy utratą pracy i wyzywa od nieudaczników, powołując się na swój status człowieka sukcesu, który ma najlepszy zegarek. Kilka miesięcy temu oglądałabym ten film bez większych emocji, stwierdziłabym, że jest dobry, ale zniknąłby z mojej pamięci po tygodniu. Na szczęście obejrzałam go w miesiącu, w którym miałam taką pracę. Kilka zdań i sytuacji przyjęłam z niedowierzaniem, bo przecież słyszałam/widziałam to samo kilka dni wcześniej. Najsmutniejsze jest to, że podczas oglądania „Glengarry Glen Ross” coraz częściej powracała do mnie myśl: „ale wtedy mieli fajnie…”. Nawet, jeśli nie mogli się napić kawy.

Szybkie streszczenie mojej historii. Ogłoszenie głoszące, że pewna gazeta szuka dziennikarzy. Rozmowa kwalifikacyjna, dwa etapy. Dostaję pracę. Radość nie z tej ziemi. Pierwszy dzień pracy. Dwie redakcje w jednym biurze, wszyscy przy słuchawkach. Okazało się, że moja praca polega na telefonowaniu do firm, urzędów i majętnych instytucji, w celu zaproszenia ich na pewne wydarzenie, poinformowaniu o nominacji do pewnej nagrody i zaproszeniu do płatnej publikacji w rozkładówce jednej z dwóch najpopularniejszych gazet codziennych. Rozczarowanie, po którym przychodzi myśl: dobra, mam umowę do końca miesiąca, zobaczę jak to wygląda. „Wilk z Wall Street” w wersji polskiej to naprawdę smutna i biedna historia, lecz tym, co zszokowało mnie najbardziej, było wyborne samopoczucie pracujących „redaktorów”. Codzienne mowy motywacyjne, pełne przekłamań i zwyczajnego gadania głupot zdołały przekonań grupę wykształconych ludzi, że robią świetną gazetę, ich praca jest ważna i uczciwa, a przede wszystkim, że jako nieliczni osiągnęli sukces przed trzydziestką. Najzabawniejszy był jednak guru, tfu, prezes, którego przemówienia odbywały się raz w tygodniu i były najdziwniejszym praniem mózgu, jakie słyszałam (a mam telewizor i oglądam czasami politykę). To, że powoływał się na swój sukces, nie tylko zawodowy, ale też w życiu prywatnym (zapłodnił kobietę), podkreślał, że ma telefon z jabłkiem i, że za każdym razem przedstawiał nowe argumenty świadczące o tym, że to, co robimy jest uczciwe (bo kiedyś miał podobną pracę i czuł się, jakby nabierał ludzi, ale tutaj impreza ma większy rozmach, jest lepszy catering, więc jest to poważna biznesowa oferta) potrafię zrozumieć. Jednak nie wiem, jak można chcieć przekazywać 92% zysku ze sprzedanej powierzchni prasowej (osoba, która sprzedała artykuł dostawała 8% ceny sprzedaży) człowiekowi, który przyznaje z dumą, że odwiedził ostatnio wodociągi i dowiedział się tam, że to, co czujemy po burzy to ozon (co świadczy o tym, że jako dziennikarze nie musimy mieć wiedzy, bo ta praca wystarczająco nas rozwinie). Zaczęłam tam pracować z 27-letnim studentem, który na początku był równie krytyczny, co ja. Po dwóch tygodniach, gdy zaczął mieć wyniki, stwierdził, że to nie jest najgorsza praca. Po czterech żył w prawdziwym lęku, że nie przedłużą mu umowy. Rozmowy z pozostałymi ludźmi były równie dziwne. Na moją luźną uwagę, że jestem kiepska w ściemnianiu, zostałam szczerze pocieszona przez koleżankę, która odparła, że nie mogę tak mówić, bo jestem najlepsza i nie przypadkiem dostałam tę pracę, nie mogę wątpić w siebie. Najdziwniejszy był moment rozstania. Poinformowałam naczelnego tydzień przed końcem miesiąca, że kolejnego już tam nie przepracuję. Przytaknął, jednak z każdym kolejnym dniem, gdy pytałam komu oddać notatki, telefony i zaczęte tematy, odpowiadał tylko, że ma dość pracy z babami i że mam się zachowywać, jakbym miała tu zostać na zawsze. Ostatniego dnia powiedziałam, z pewną dozą zniecierpliwienia, że jest to głupi pomysł, bo jutro będę w nowej pracy. Wtedy świat zamarł. Pan zbladł. Koleżanki zaczęły pytać, dlaczego się poddaję, a koledzy mówić, że jestem głupia. Okazało się, że naczelny nie przewidział, że ktoś może nie chcieć tej pracy. Po prostu. Uważał, że panikuję, bo moje wyniki nie są wystarczająco dobre. Tak trujące poczucie zajebistości nie występowało w równie dużej skali nawet w świecie filmowym. Wiem, że pewnie większość wykształconych Polaków pracuje w takich firmach i nikogo to nie dziwi, ale ja nie potrafię wyjść z szoku. Z dwóch powodów. Raz, jak można mieć tak stępiony zmysł krytyczny, że nawet w sytuacjach prywatnych podziela się punkt widzenia prezesa, który nie ukrywajmy, nie jest ani mądry, ani tak przystojny, ani profesjonalny. Dwa, jak tacy ludzie mogli przyjąć mnie do pracy. Mam w CV artykuły o nekrofilii i nienawiści do burżuazji.

Wracając do filmu. Z zazdrością oglądałam bunt pracowników i ich niezgodę na mowę doradcy. Oczywiście, żaden z nich nie zwolnił się z pracy, ale pozwolili sobie chociaż na to minimum wolności, którym jest wyrażenie swojego zdania i świadomość, że jest się traktowanym w bardzo niegodny sposób. Być może czasy bez coachingu po prostu sprzyjały krytycznemu myśleniu. Dziś każda forma negacji jest traktowana jak błąd systemu, który musi być natychmiastowo eliminowany. Konkluzja jest taka, że w kinie też sprawdza się stara zasada, że lubimy najbardziej to, co znamy, nawet, jeśli chodzi o niezbyt przyjemne doświadczenia. Drugi wniosek jest dość smutny – w internecie to każdy jest kozak, nawet na filmowym blogu obraża swoich pracodawców i zagrzewa do buntu, a w prawdziwym życiu to już nie potrafi powiedzieć im wprost o swojej pogardzie. Trener interpersonalny z wyrażania negatywnych uczuć i opinii potrzebny od zaraz.

Comments: no replies

Join in: leave your comment