Regiofun albo o kilku filmach, które możecie zobaczyć w swoim ulubionym kinie studyjnym

regiofun-201528129

Ogólna tendencja jest taka, że rzeczy robią się coraz gorsze, a nie coraz lepsze. Fajne festiwale stają się nieciekawe, twórcy zjadają własny ogon, ideały sięgają bruku. Tym milej jest mi napisać, że skromny katowicki festiwal Regiofun z roku na rok robi się ciekawszy. Na początku podobała mi się tylko atmosfera i pomysł, że festiwal tworzą pracownicy trzech katowickich kin studyjnych, którzy wspólnie odpowiadają za jego program. W pierwszych latach, w moim odczuciu, szału w kwestii repertuaru nie było, za to w zeszłym roku, kiedy niesłusznie wybrałam Łódź, zaczęło się robić naprawdę nieźle. Tegoroczny Regiofun powtórzył kilka dobrych tytułów za Nowymi Horyzontami, ale dołożył też niemało od siebie. Skupię się na filmach, które możecie, lub niedługo będziecie mogli, oglądać w pobliskich kinach. Na deser zostawiam zwycięzcę konkursu. Zapnijcie pasy, „Kino w zwolnionym tempie” wstaje dziś z martwych i bardzo delikatnie przyśpiesza.

Demon, reż. Marcin Wrona

Kiedy byłam nastolatką, ulubione filmy oglądałam kilkanaście razy. Teraz wracam jedynie do tytułów nieco zapomnianych, po to, by odkurzyć je w swojej pamięci, i rzadko świeżo obejrzany film tak mnie kusi, bym chciała po niego sięgnąć kolejny raz. Po seansie „Demona” miałam ochotę natychmiast wrócić do kina i obejrzeć ten film jeszcze raz. I jeszcze raz. I może jeszcze piąty. Choć żałuję, że więcej w filmie Wrony więcej jest tematyki socjologicznej niż demonologicznej, to w takim wydaniu jak tu, wcale mi to nie przeszkadza. Genialna jest końcowa wypowiedź bohatera odtwarzanego przez Grabowskiego, o tym, że życie to tylko sen. Genialnie współgra ta wypowiedź z jedną z pierwszych przemów profesora o tym, jak ważna jest zbiorowość i że człowiek nie może żyć poza społeczeństwem. Genialna jest postać Gabryjelskiej, pojawiającej się tylko trzy razy, ale za to w jaki sposób! Cudownie jest budowany klimat – zdjęcia, muzyka, plenery, forma – wszystko jest idealne. Aktorzy są świetni, szczególnie opętany Itay Tiran. Podoba mi się cytat ze „Lśnienia”, który można też odczytywać przez pryzmat takich filmów jak „Medium”. Podoba mi się dobór postaci – wszystkie figury bardzo dobrze tu grają, są odpowiednio metaforyczne i odpowiednio ludzkie, co widać szczególnie na przykładzie księdza i lekarza. Podoba mi się, że nie jest to horror w stylu kreskówki Scooby Doo, w którym na końcu zdejmuje się przebranie ze straszydła i poznaje się zagadkę morderstw. W „Demonie” nic nie jest do końca wyjaśnione, miejsca na najbardziej szalone interpretacje jest bardzo dużo. W moim odczuciu film nieco za długo się rozkręcał, nie jest pozbawiony pewnych zgrzytów, ale finał sowicie mi to rekompensuje. Jest tu tyle ciekawych tropów, ale też trafnych obserwacji i fajnego poczucia humoru. Pozostaje kwestia strachu. Wiadomo, że horrory to nie moja bajka. Po obejrzeniu „Coś za mną chodzi” do dzisiaj nie odsłaniam żaluzji w pokoju, jeśli mojego chłopaka nie ma w domu, więc naprawdę łatwo zdewastować mój układ nerwowy. W przypadku „Demona” jestem po prostu bardziej zaniepokojona niż zwykle, ale nie tym, że dybuk wejdzie w moje ciało, ale tym, że przyjdzie taki dzień, w którym ktoś zaprosi mnie na wesele i nie będę się mogła wykręcić.

Eisenstein w Meksyku

Eisenstein w Meksyku, reż. Peter Greenaway

Greenaway to Greenaway. W jego najnowszym dziele czuć powiew świeżości, jednak nadal mamy do czynienia z charakterystycznymi dla tego reżysera motywami i ujęciami: łóżko w centrum kadru, symbol wody, nagość, śmierć i, nieco perwersyjny, seks. Dużo typowego dla Greenawaya poczucia humoru, ale też kilka nowości – chyba pierwszy raz Anglik tak mocno skupia się na mieście, w którym dzieje się akcja jego filmu. To już nie jest sztuczny świat złożony z teatralnych przestrzeni, ale prawdziwe miejsce, tętniące życiem i śmiercią. Meksyk jest, na równi z Eisensteinem, głównym bohaterem tego filmu. Kwestia druga – biografia genialnego reżysera, niesztampowa i nieoczywista. Widz dostaje podręcznikową porcję wiedzy na temat Eisensteina, podaną w jednej z ulubionych form Greenawaya – przedzielonym na trzy części ekranie, jednak to nie kino i twórczość stanowią tu centrum wszechświata bohatera, lecz odkrywanie życia, przede wszystkim przez pierwsze doświadczenia seksualne. Szalenie podoba mi się klamra spinająca film, w której narrator, odwołując się do podtytułu filmu „Październik”, określa prezentowaną historię jako „Dziesięć dni, które wstrząsnęły Eisensteinem”. Wielbicielom Greenawaya i Meksyku gorąco polecam, miłośnikom Eisensteina i ludziom „normalnym” nieco mniej.

Miara człowieka, reż. Stéphane Brizé

Na wstępie muszę zaznaczyć, że film ogląda się okropnie. Sceny przeciągają się w nieskończoność, niecierpliwość sięga zenitu i ma się ochotę podpalić kinowy ekran, nie tylko z nienawiści do systemu i do wszystkich filmowych urzędników i szefów. Ale tak ma być, społeczne kino powinno w ten sposób angażować i wywoływać właśnie takie emocje. Przynajmniej mniei się tak wydaje. Forma może spodobać się koneserom kina braci Dardenne – jest bardzo werystyczna, niemal dokumentalna. Ja za bardzo za nimi nie przepadam, w „Mierze człowieka” spodobał mi się bardziej taki kafkowski sznyt – bohatera otacza absurdalna do granic rzeczywistość, z której nie sposób uciec. Najgorsze jest to, że ten film jest przerażająco prawdziwy. Każdy, kto choć raz otarł się o bezrobocie, urząd pracy czy był zatrudniony w galerii handlowej, jest w stanie wczuć się w sytuację Thierry’ego – poczucia frustracji, beznadziei, ale też kompletnej dehumanizacji. Wydaje mi się, że w tym tkwi największa i najbardziej bezlitosna przemoc naszych czasów – w podmiotowym traktowaniu i w takiej organizacji rynku pracy, by spełniająca wymogi stawiane przez firmę osoba przypominała raczej robota, niż obdarzonego wolną wolą, myślącego i czującego człowieka. Na koniec tej krótkiej impresji przygotowałam cytat z „Zapisków Maltego Lauridsa Brigge” Rilkego, który w moim umyśle współgra z treściami wyniesionymi z obejrzenia „Miary człowieka”, a także w trafny sposób opisuje współczesny nam świat, sto lat przed jego nadejściem: „Życzenie posiadania własnej śmierci spotyka się coraz rzadziej. Jeszcze chwila, a stanie się równie rzadkim jak własne życie. Boże, to wszystko już jest. Przychodzi się, znajduje życie gotowe, że tylko się w nie ubrać. (…) Umiera się śmiercią, jaka należy do choroby, którą się ma”.

Nawet góry przeminą, reż. Zhang-Ke Jia

W tym chińskim filmie ludzie są jeszcze ludźmi – trochę błądzą i albo podejmują złe decyzje, albo dają się porwać złej globalizacji. „Nawet góry przeminą” są podzielone na trzy segmenty: pierwsza dzieje się w 1999 roku, druga w 2014, trzecia w 2025 roku. Z racji tego pomieszania czasowego kilka rzeczy według mnie się nie zgadzała, przede wszystkim wiek syna głównych bohaterów, ale być może winę za to ponosi moje wagarowanie na lekcjach matematyki. Tematem przewodnim jest tytułowe przemijanie, ale też ogromna samotność bohaterów, ich tęsknota za rodziną i próba pogodzenia się z własnym losem i wzięcia odpowiedzialności za minione decyzje. Ujął mnie ten film bardzo, stężenie nostalgii i humoru jest tu na odpowiednim poziomie. Warto przymknąć oko na pewne niedociągnięcia i dać ponieść się tej historii, bo w końcu uczucia są ważne, a nie jakieś przyczynowo-skutkowe bzdury.

Pentameron

Pentameron, reż. Matteo Garrone

Ta produkcja zrobiła na mnie niemałe wrażenie. Właśnie takie powinny być baśnie: dziwaczne, odrealnione, pełne fantazji i cudownych, plastycznych kadrów. Choć muszę przyznać, że żadna z trzech historii nie porwała mnie w psychoanalityczny czy psychomagiczny sposób, to niepokojący i nieco ironiczny nastrój „Pentameronu” całkowicie mnie obezwładnił. Jednak, nie oszukujmy się, siłą tego filmu są genialne, najpiękniejsze i w ogóle najlepsze na świecie obrazy. Tego zbioru kadrów wyjętych ze snów dawnych bogów, albo chociaż utalentowanych filmowców, nie sposób wyrzucić z głowy. Cudeńko.

W cieniu kobiet, reż. Philippe Garrel

Nie powalił mnie ten film Garreala. Oczywiście, kobiety są sfotografowane przepięknie, można się lekko uśmiechnąć i lekko przejąć, ale nie jest to obraz, który zostawia trwalszy ślad w umyśle widza, jak np. „Granica świtu”. Najbardziej zaskoczył mnie fakt, że współscenarzystą tej produkcji jest Jean-Claude Carrière, czyli współpracownik Bunuela, który potrafił przemycić nutkę surrealizmu nawet w takim filmie jak „Duchy Goi”. Z drugiej strony, w filmografii Carrière’a sporo jest fuch, więc pewnie to jest jedna z nich. Reasumując: „W cieniu kobiet” nie jest złym filmem, ale nie jest też tematem, o którym chciałoby się cokolwiek napisać.

Stare grzechy mają długie cienie

Stare grzechy mają długie cienie, reż. Alberto Rodríguez

Ten hiszpański kryminał wygrał konkurs główny i o mały włos nie zgarnął też nagrody publiczności. Jestem jednak jego umiarkowaną entuzjastką – jasne, fajne kino gatunkowe, deszcz, bagna, estetyzacja zabitych ciał, tajemniczy policjant, no i genialne zdjęcia z lotu ptaka – wszystko gra i nieźle się to ogląda, ale jednak do zachwytów potrzeba odrobiny więcej. Niepokojąco dużo łączy ten film z pierwszym sezonem serialu „True Detective”, oprócz wymienionych już składników: okultyzm, jelenie poroże i charakterystyczny szkicownik, w którym jeden z gliniarzy rysuje kolejne elementy układanki. W każdym razie dla zdjęć i klimatu warto.

Comments: no replies

Join in: leave your comment