Nowe Horyzonty!

Plakat2CB1

Pisanie notki po tak długim czasie, w dodatku w stanie lekkiego, fizycznego roztopienia, jest dla mnie nie lada wyzwaniem. Stresuję się jak przed egzaminem, dlatego życzliwie proszę o wyrozumiałość z waszej strony. Temat wypowiedzi na szczęście jest dość łatwy. Właściwie to samograj. Otóż po dekadzie modlitw i płaczu udało mi się w końcu zawitać na T-Mobile Nowe Horyzonty. Choć przyznam, że spodziewałam się większej liczby filmów, których nie zobaczę nigdzie indziej (ale akurat tu wina jest trochę po mojej stronie – przez Scope 50, pomoc w selekcji filmów konkursowych na Ars Independent i strony znane nam wszystkim, o których nie wolno głośno mówić, coraz mniej tytułów ma łatkę „nieosiągalnych”), a okazało się, że spora część interesujących mnie tytułów trafi do kinowej dystrybucji lub zwiedzi jeszcze parę festiwali. Plusem tej sytuacji jest to, że dostęp do bohaterów dzisiejszego wpisu nie jest przesadnie utrudniony i będziecie mogli skonfrontować moje opinie z rzeczywistością.

Na Festiwalu obejrzałam 22 produkcje. Nie będę poszerzać tematu o filmy z programu, które widziałam w innych okolicznościach przyrody, czyli m.in. o „Pieśń słonia”, „The Duke of Burgundy”, „Wadę ukrytą”, „Widzę, widzę”, „Sapientię” oraz klasyki i filmy Konwickiego, bo wprowadziłoby to zbędny chaos i wymagało ode mnie zbyt wielkiego nadwyrężania pamięci. Filmy podzielę na kategorie tematyczne – według pytań na które według mnie odpowiadają. Będzie więc trochę naciągania, ale nie więcej niż zwykle.

W objęciach węża

Jak żyć?

Do tej grupy wrzuciłam filmy, które w subtelny sposób przypominają o tym, co jest w życiu ważne. Czyli o samym życiu: przeżywaniu go, zrozumieniu i docenieniu. Bohaterowie poniższych filmów dzielą się na tych, którzy żyją w harmonii ze sobą i ze światem, co nie jest wartością, którą dostali na wjeździe do doczesnej egzystencji, tylko efektem ich pracy i zdobywanej latami mądrości, oraz na tych skłóconych z życiem, których bunt bywa budujący i destrukcyjny.

Zacznę od Ameryki Południowej. Dwa filmy, które zrobiły na mnie największe wrażenie: W objęciach węża i Sól ziemi, nie szczędzą widzom pięknych fotografii amazońskiej dżungli. Pierwszy to produkcja, która wejdzie do kin w listopadzie pod nazwą Yakurna i jest kompendium wiedzy na temat psychoaktywnej mocy roślin, które z pewnością zainteresowałoby ludzi tworzących „Trans:wizje” i MAGIVANGĘ. Głównym bohaterem jest szaman Karamate, żyjący samotnie ostatni przedstawiciel swojego ludu, który dysponuje bogatą wiedzą na temat roślin, sposobów ich przyrządzania i aplikacji w ciało człowieka. Jego wiedzę wykorzystują biali badacze: młodego Karamate odwiedza Theodor Koch-Grunberg, stary i chory naukowiec, który u szamana poszukuje uzdrowienia, zaś wiele lat później odnajduje go zainspirowany pracami Kocha-Grunberga młody biolog, któremu nic się nie śni. W obu przypadkach celem podróży jest odnalezienie Yakurny, rośliny, która jest w stanie wyleczyć wszystkie ludzkie dolegliwości. W objęciach węża to naprawdę genialnie sfotografowana opowieść o mądrości mniej zaawansowanych cywilizacji oraz destrukcyjnym wpływie białego człowieka na otaczający go świat. Podczas wędrówki po dżungli bohaterowie mijają kilka przykładów tej kulturalnej katastrofy: księdza wymierzającego kary cielesne indiańskim dzieciom i samozwańczego Mesjasza, króla oddanego mu ludu, który nie należy do przesadnie zdrowych psychicznie ludzi. Rozpisałam się zanadto, więc szybko podsumowuję – tu dobrze przeżyte życie polega na zjednoczeniu z naturą, odkrycia jej mądrości, zrozumienia cykliczności życia, szacunku dla świata i drugiego, nawet irytującego, człowieka. No i oczywiście na dostarczaniu sobie odpowiedniej dawki narkotyków.

Wim Wenders na planie “Soli ziemi”

Sól ziemi to fascynująca opowieść o brazylijskim fotografie, Sebastiao Salgado. Jak na taką opowieść i na Wima Wendersa przystało, zdjęcia są wybitne, a sama opowieść to emocjonalny nokaut. To właśnie podczas tego seansu najsilniej odczułam wartość wspólnego oglądania filmu, niezwykłe doświadczenie przeżywania dość skrajnych emocji z siedzącymi obok ludźmi, którzy tak jak ja, ukradkiem sięgali po chusteczki i tak jak ja milczeli chwilę po zakończeniu napisów po to, by nagrodzić ten film najdłuższymi brawami, w jakich uczestniczyłam. I nie będę tu pisać nic więcej, bo w słowie pisanym to wszystko po prostu wyjdzie chujowo. Macie zobaczyć i już (i od razu będziecie wiedzieć jak żyć).

 

Lucyfer, choć belgijski, ma południowoamerykańskich bohaterów i posługuje się typową dla tamtych stron wrażliwością i metafizyką. W tym filmie cuda trochę się zdarzają, a trochę nie – można porozmawiać z Bogiem, jednak wiara w nadludzką moc przechodzącego wsią Lucyfera jest dowodem kompromitującej naiwności. To dobry film, podoba mi się bardzo pomysł z tondoskopem, jednak nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia, bym chciała poświęcić mu wiele słów i przemyśleń. Przepraszam i wysyłam do konkurencji – Lucyfer wygrał konkurs, więc sporo o nim już napisano.

Lucyfer

Dziwne oczy dr Myes, totalnie zakręcony film o szalonej pani naukowiec, również odpowiada na pytanie „jak żyć” i to w bardzo dosłowny sposób – w jednej z wypowiedzi głównej bohaterki. Także według dr Myes życie polega na samym życiu, chłonięciu go wszystkimi zmysłami, rozwinięciu swojej percepcji, a nie na przestrzeganiu zasad i graniu w play station po pracy. Bardzo się z nią zgadzam! Reżyserka inspirowała się nie tylko „Wyspą doktora Moreau”, ale też twórczością Johna Watersa i to trochę widać. To bardzo kampowy film, z absurdalnymi animacjami i dziwacznymi piosenkami (choć bez żadnych obrzydliwości), który warto obejrzeć dla cudownej sceny rock’n’rollowej imprezy pracowniczej.

Nasza młodsza siostra, to kolejna opowieść o przeżywaniu życia, jego magii, prostych przyjemnościach i rodzinnej więzi. Mnie rozczulił do łez. To potężna dawka ciepła, piękna i miłości, którą warto sobie wstrzyknąć w kryzysowych chwilach.

Totart

Na Nowych Horyzontach udało mi się w końcu obejrzeć Totart, czyli odzyskiwanie rozumu. Jakiś czas temu na Rock Radiu w audycji z Tymańskim występowała Małgorzata Halber. Choć jej wypowiedzi najczęściej drażnią mnie i denerwują, to akurat w tym duecie oboje sprawdzali się znakomicie i przez tydzień, w którym próbowali odpowiedzieć właśnie na pytanie „jak żyć”, była to moja ulubiona audycja ever. Nie piszę o tym bez powodu. W ostatnim dniu próby odpowiedzi na to pytanie, Tymon stwierdził, że aby dobrze żyć trzeba medytować, modlić się i robić sztukę. Dwóch pierwszych punktów dotykają opisane już filmy, zaś dokument o Totarcie rozwija ten ostatni. Choć w performansach grupy było mnóstwo anarchii, buntu i czystej destrukcji to nietrudno dojrzeć w ich poczynaniach odżywczej i budującej wartości. Zresztą, nie oszukujmy się, kto nie chciałby spędzić życia z takimi gośćmi jak Brzóska, Paulus, czy wspomniany Tymon. Nie sposób ich nie uwielbiać.

Przeciwwagą będą dwa filmy o tym jak nie żyć. Wspaniały film Garrela – Granica świtu – opowieść wzorowana na historii Jean Seberg. Nieustannie wdająca się w romanse aktorka, nękana przez takie demony jak depresja i alkoholizm zakochuje się w młodym fotografie. Destrukcyjna osobowość kobiety niszczy życie wszystkim osobom, które stają na jej drodze. Totalny brak harmonii. Natomiast Epokowy projekt to opowieść o dziadku, ojcu i synu, mieszkających razem na upadłym, kubańskim osiedlu. Brak perspektyw, nieumiejętność komunikacji i wzajemna wrogość, zatruwają życie bohaterów bardziej niż widmo pobliskiej elektrowni atomowej.

Fassbinder

Jak umrzeć?

Trzy biografie bardzo autodestrukcyjnych artystów, którzy mniej lub bardziej świadomie dążyli do przedwczesnej śmierci. Dokument o Amy spodobał mi się najbardziej. Wszyscy dobrze znamy tę historię o wrażliwej, utalentowanej dziewczynie i złych facetach i mediach, którzy ją zniszczyli. Wspaniale jednak poznać Amy od prywatnej strony – jako uroczą dziewczynę o świetnym poczuciu humoru. Fassbinder – kochaj, nie żądaj jest opowiedziany z perspektywy przyjaciela genialnego reżysera. Thomsen przeprowadzał wywiady z Fassbinderem od czasów jego debiutu. Jest zafascynowany twórcą, choć w swojej opowieści nie unika trudnych tematów, np. znęcania się Fassbindera nad jego partnerkami-aktorkami.  Poczucie humoru Fassbinder też miał na swoim miejscu, ale o tym chyba pisać nie muszę. No i na deser Pasolini – największy zawód. Nie chce mi się pisać o wadach, więc wymienię zaletę – piękny jest moment, w którym w scenach obrazujących ostatnią powieść Pasoliniego, bohaterowie rozmawiają o tym, jak wygląda wieczność.

Niewielu nas

Jak patrzeć i opowiadać?

Nowe Horyzonty pozwoliły mi odkryć wspaniałe, pełne niezapomnianych obrazów kino Šarūnasa Bartasa. Trzy dni to niebiesko-szara opowieść o pozbawionych złudzeń i celu młodych Litwinach, którzy z nowopoznanymi dziewczynami (w tym przepiękną Kateriną Golubevą) chodzą bez celu po mieście. Niewielu nas to wchodzący w biele i żółcie anty-kryminał, w którym największe wrażenie robią ukazane w zbliżeniach twarze miejscowych i las wyrastający w sypialni bohaterki. Najbardziej emocjonalnym obrazem jest krótkometrażowa Pamięć minionych dni. Pełna nostalgii za światem, który umiera, niema historia życia w małym miasteczku .Naprawdę porusza, szczególnie sceny, gdzie główną rolę odgrywa zniszczona kukiełka.

Pamięć minionych dni
Innej litewskiej produkcji, Sadūto tūto, daleko do poziomu kina Bartasa, jednak warto zwrócić uwagę na ten film – reżyser inspirował się montażem intelektualnym i nową falą, i bardzo śmiało wrzucał w swoje kadry krwistoczerwone symbole. Zakazany pokój Maddina nie zawiódł – to chyba najbardziej złożona opowieść szkatułkowa jaką miałam okazję zobaczyć. Wizualnie doskonały, dowcipny, odpowiednio neurotyczny i, co robi niezłe wrażenie, wypełniony doskonałymi aktorami (Udo Kier, Geraldine Chaplin, Charolette Rampling, Maria de Medeiros, Mathieu Amalric, Amira Casar), którzy pojawiają się na chwilę w najbardziej niespodziewanych momentach. Jednym z najczęściej powracających motywów tego filmu jest amnezja, co świetnie współgra z kompozycją całości – epizodów jest tak wiele i otwierają się w zaskakujących momentach, tak, że łatwo zapomnieć o poprzednich narracjach. Nieco nudnym, ale bardzo pojechanym przykładem wizualnie rozpasanego kina jest Zrujnowane serce. Zdjęcia robił sam Christopher Doyle i pierwszy raz mam wrażenie, że trochę przedobrzył. Film jest kolejną historią o gangsterze i dziwce, pełną niby łamiących tabu scen seksu, która jest opowiedziana przy pomocy sentymentalnych piosenek z różnych stron świata. Szalone są także dziejące się w Etiopii Okruchy. Jest to postapokaliptyczny thriller science fiction, w którym główny bohater jest garbatym anty-przystojniakiem, na ołtarzach wiszą zdjęcia Michaela Jordana, walczy się mieczami z Carrefoura, a celem wędrówki bohatera jest spotkanie ze Świętym Mikołajem. Czy muszę dodawać coś więcej?
Okruchy

Bardzo ciekawie opowiedzianą historią jest H.. Dużo tu odwołań do starożytnej Grecji: film jest podzielony na akty, akcja dzieje się w Troi, bohaterki mają na imię Helen, a po rzece pływa głowa z greckiego posągu. Największą zaletą H. jest wykreowanie nastroju niemal podskórnego niepokoju. Choć jest tu kilka scen przeszarżowanych to całość jest bardzo na plus, skłania do przemyśleń i zastanowienia się czy przypadkiem też nie chcemy pozbyć się swojej drugiej połówki (wiem, że nie czytasz, ale na wszelki wypadek napiszę – nie, nie chcę, jesteś spoko).

Jak zmarnować czas?

Oprócz Pasoliniego najbardziej zawiodło mnie kino litewskie: kosmicznie zmontowane, przypominające film Eda Wooda Uczucia oraz nieciekawa i nie zapamiętywalna Nieteraźniejszość. Nacięłam się też na opowieść o życiu współczesnych Indian w rezerwatach,  film Pieśni braci moich,  który okazał się być kolejną nudną historią nastolatka z trudnego domu, który wchodzi w dorosłość.

H.

Co zaś do kwestii pozafilmowych – przez te kilka dni Festiwalu byłam faktycznie i nieskrępowanie szczęśliwa. Wrocław to nie Łódź i jestem całkowicie zaczarowana tym nieco surrealistycznym miastem, po którym wspaniale się spaceruje. Nawet publiczność, która na początku nie za bardzo przypadła mi do gustu, okazała się zbiorem całkiem fajnych ludzi. Jasne, czasami uszy mi więdły jak słyszałam rozmowy o Konwickim, ale spuszczę na to zasłonę milczenia. Mówiąc krótko – jest to dobre i naprawdę warto wziąć w tym udział.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z materiałów prasowych udostępnionych przez Stowarzyszenie Nowe Horyzonty.

Comments: 2 komentarze

  1. 99vadim Sierpień 15, 2015 Odpowiedz

    Ferrarze faktycznie coś nie poszło z "Pasolinim", ale sam Dafoe całmkiem niezły w tej roli; zupełnie przypadkowo widziałem też ostatnio jego "Pogrzeb" i to dobra odtrutka była... pozdrawiam i gratuluję powrotu ;)

    • nana_kleinfrankenheim Sierpień 16, 2015 Odpowiedz

      W kwestii roli Defoe zgadzam się w 100%. "Pogrzeb" jest wspaniały, z "Uzależnieniem" i "Złym porucznikiem" tworzy moje podium filmów Ferrary (w czym pewnie nie jestem zbyt oryginalna). Dziękuję za dobre słowo, postaram się wrzucać notki w mniej zwolnionym tempie ;)

Join in: leave your comment