Wędrówki Denisa Lavanta

015-the-lovers-on-the-bridge-theredlist

Dawno dawno temu napisałam notkę o trzech filmach z Delonem, w których powtarzał się motyw przeglądania się tego piękniutkiego aktora w lustrze. Dziś popuszczam wodze wyobraźni jeszcze bardziej i trzy role pewnego piekielnie zdolnego aktora potraktuję jako jedność, by pokazać nie tylko procesy dojrzewania jednostki, ale też zmiany, jakie nastąpiły w świecie kulturowych przekazów w ciągu ostatnich dwudziestu czterech lat. Proszę jednak nie traktować tego wpisu zbyt poważnie. Zrodził się z czystego przypadku, a nie z rzeczowego przejrzenia całej filmografii aktora, a jego wydźwięk jest przede wszystkim rozrywkowy.

Denis Lavant, bo to on jest bohaterem dzisiejszego odcinka, jest nieprzeciętnym aktorem, kojarzonym przede wszystkim z bardzo nieatrakcyjną twarzą i ogromną sprawnością fizyczną. „Muz” Leosa Caraxa, z którym współpracuje od jego debiutu reżyserskiego „Boy Meets Girl”, aż po ostatnią produkcję „Holy Motors”, w której wcielił się w jedenaście dziwacznych ról. Lavant zagrał też świetnie w „Pięknej pracy” Claire Denis, poniżej moja ulubiona scena taneczna ever, właśnie z tego filmu. Krótko mówiąc – jest to gość.

Podróż przez trzy wcielenia Lavanta zacznę od ostatniego filmu jaki zrobił z Caraxem przed 17-letnią przerwą, czyli od „Kochanków na moście”. 1991 rok, neobarok odchodzi powoli do lamusa, a „Kochankowie…” to jeden z ostatnich filmów zaliczanych do francuskiego nurtu. Choć nadal jest ładnie, widowiskowo i melodramatycznie, wszystkiego jest w nadmiarze, a bohaterka grana przez Juliette Binoche, mimo że mieszka na moście, ma ciuchy jak z wybiegu, w „Kochankach na moście” można wyczuć zapowiedź zmierzchu radosnego postmodernizmu. Przede wszystkim bohaterka traci wzrok, czyli najważniejszy zmysł dla twórców kina wizualnego rozpasania. Zostawię jednak Binoche, bo najważniejszy jest bohater kreowany przez Lavanta. Alex mieszka na moście, sporo pije, nie zaśnie bez wstrzyknięcia „lekarstwa na sen” i dorabia czasami jako połykacz ognia. Gdy poznaje Michele, kobieta staje się jego sensem życia, jednak w bardzo niezdrowy sposób. Alex uzależnia ślepnącą dziewczynę od siebie, ukrywa przed nią informację o możliwej operacji i doprowadza do tego, że tracą sporą sumę pieniędzy, która umożliwiłaby im normalne życie. Powiedzieć, że zachowanie Alexa jest bardzo zaburzone to mało. Jego sposób ekspresji należy do świata niezrównoważonych galerników wrażliwości, bohaterów wyjętych ze świata kina Żuławskiego. Kiedy Michele znika Alex rani sobie brzuch rozbitą butelką, a gdy jego ukochana wraca, wita ją siarczystymi uderzeniami.

Bohater w świecie: Alex, świadomie lub nie, wprowadza w swoje życie mit o romantycznej miłości pary włóczęgów w paryskich przestrzeniach. Mężczyzna nie chce pieniędzy i normalnego życia, pragnie jedynie miłości, wolności oraz odpowiedniej ilości wina i usypiaczy. To typ, który nie nabiera się już na konsumpcyjny tryb życia, piękno formy i przedmiotów, tylko z kulturowych przekazów wyłuskał dla siebie „głębsze” wartości. Mimo to jest nieszczęśliwy, sfrustrowany i agresywny. Jest taki zapewne dlatego, że jego miłość do Michele jest skrajnie egoistyczna, trudno zresztą nazwać ich relację miłością. To związek powstały z potrzeby wejścia w wybrany schemat, uczucia odgrywane są po to, żeby było jak w filmie, a każda ze stron udaje miłość. Podsumowując, Alex realizuje pewne pragnienia, sądząc, że należą do niego i że ich zrealizowanie uczyni go szczęśliwym i spełnionym, co mu nie do końca wychodzi. Choć film kończy się happy endem to trudno mi uznać, że jest on naprawdę happy – to raczej początek drogi do wcielenia w życie jeszcze romantyczniejszego mitu o całkowitej autodestrukcji.

Co spaja ten tytuł z następnym: odgrzewanie kinowych, a raczej kulturowych mitów i brutalne, przedmiotowe traktowanie swojej wybranki.

Drugi przystanek to rok 2007, czyli naprawdę niemały przeskok czasowy. Jednak po tych szesnastu latach bohater grany przez Lavanta nadal ma problem z damsko-męskimi relacjami, a świat, który wokół siebie tworzy, jest jeszcze bardziej sztuczny i depresjogenny.

„Pan Samotny”, reż. Harmony Korine, czyli nie muszę już opisywać jak dziwaczny i odrażający bywa ten obraz. Lavant gra Charlie’go Chaplina, męża Marilyn Monroe i ojca Shirley Temple. Tak, akcja rozgrywa się w komunie sobowtórów, planujących największe show na świecie. Charlie to szef całego przedsięwzięcia, dyktator i zazdrośnik, który, jak słusznie zauważa Marilyn, bardziej przypomina Hitlera niż Chaplina. Żonę traktuje w sposób naprawdę niegodny: wykorzystuje ją seksualnie, wyzywa od „dziwek” i pozwala jej spalić się na słońcu. Dzięki temu sobowtór Marilyn jest jeszcze bardziej jak Marilyn – ikona zagubionych i nieszczęśliwych kobiet. Tematem jest Lavant, jednak muszę to podkreślić – Samantha Morton jako M.M. jest zjawiskowa!

Bohater w świecie: Charlie żyje w marzycielsko-patologicznym środowisku, które sam stworzył. Ten bohater Lavanta wyjął z naszej kultury inne mity niż jego poprzednik – chęć bycia kimś wyjątkowym i docenionym. Sobowtóry znanych postaci to temat na godzinne interpretacje i opisywanki pełne nazwisk  dwudziestowiecznych myślicieli. Skrócę to jednak do minimum. Charlie wpadł w pułapkę pragnienia posiadania atrakcyjnej tożsamości. Wejście w czyjąś skórę jest bezpieczne społecznie i nie wymaga zadawania sobie tych strasznych pytań: „kim jestem?”, „czego chcę?”, „co mam zrobić?”. Głównym grzechem Chaplina jest to, że koszmarnie traktuje swoją żonę, jednak w szerszym kontekście jego najgorszym przewinieniem jest porzucenie samego siebie, m.in. po to, by osiągnąć sukces.

Co spaja ten tytuł z następnym: Michael Jackson mówi, że życie jest snem. Podobne motto pojawia się w zakończeniu kolejnego filmu – życie jest tylko fragmentem snu i tak powinno być postrzegane.

(Niemal) Teraźniejszość. Wszystko jest zupełnie inaczej. Nikt już nie cierpi, nikt nie umiera, nikt nie szarpie się z życiem. Oddychamy powoli, głęboko i świadomie. 2014 rok, Ming-liang Tsai, reżyser znany i kochany, pokazuje światu pięćdziesięciopięciominutowy film o buddyjskim mnichu, który spaceruje ulicami Marsylii. Podczas oglądania „Dziury” chwilami czułam, że ten film jest zbyt „slow”, jednak „Wędrówka na Zachód” spowalnia tempo kilkunastokrotnie.

Bohater w świecie: świat nie jest diametralnie różny – ludzie dalej pędzą po ulicach, śmiejąc się z powolnego mnicha. Różnicą jest to, że bohater przestaje przejmować się tym, co go otacza i skupia się jedynie na, choć brzmi to źle, odczuwaniu przepływającego przez niego życia. Film otwiera zbliżenie na twarz Lavanta. Ujęcie trwa kilka minut, więc można całkowicie zatopić się w kontemplowaniu twarzy aktora. Bohater jest w tle, pierwsze skrzypce gra mnich schodzący całą wieczność po krótkich schodach, skupiony w pełni na każdym ruchu. Lavant wraca w ostatniej ze scen, w której powoli kroczy za buddyjskim mnichem. Nie naśladuje go – idzie własnym rytmem, szuka swojej drogi. Świadomie stawia każdy krok, widać w nim spokój i harmonię.

Nie mam na celu zachęcania nikogo do zwolnienia tempa i wyzwolenia się od szkodliwych pragnień. Po prostu zaciekawiła mnie ewolucja bohatera granego przez Lavanta, w trzech nie następujących kolejno po sobie rolach, ale jednak utrzymanych w chronologicznym porządku. Gdyby taka metamorfoza nastąpiła w jednym filmie – bohater z psychopatycznego kochanka, staje się ponurą i brutalną kopią Chaplina, aż w końcu odnajduje wewnętrzny spokój i świadomość – byłaby to bardzo kiepska produkcja. Jednak kiedy zmiany te następują w trzech kolejnych filmach, w światach wyreżyserowanych przez diametralnie różnych autorów, to taka metamorfoza się broni i wydaje mi się całkiem spójna i sensowna.

Nie jest też oczywiście tak, że świat bardzo się zmienił przez te ponad dwie dekady. 1991 to nie czas końca konsumpcyjnej zabawy, w 2007 roku temat kopii i symulakrum był jedynie odgrzewany, a w 2014 roku ludzie nie rzucili się masowo na poszukiwania duchowe. Przekaz, jaki dostajemy nie zmienia się, proporcje pomiędzy komunikatami „kup to”, „zrób to”, „bądź taki”, a „żyj świadomie” są podobne jak x lat temu. Dlatego proponuję, aby światy wykreowane w tych trzech filmach potraktować jako tło, które w znaczący sposób wpływa na zachowanie bohatera. Lub odwrócić sytuację i stwierdzić, że to świat dostosowuje się do życia wewnętrznego postaci odgrywanych przez wspaniałego Lavanta. Rzeczywistością, która jest snem, łatwo sterować, a kino jest przecież pewnym rodzajem świadomego śnienia.

Comments: 1 reply added

  1. double-dreamers Maj 27, 2015 Odpowiedz

    piszesz bardzo ciekawe rzeczy, to bardzo przyciąga :)) Pozdrawiamy !

    Szukasz inspiracji? Zapraszamy do nas!:)))) http://double-dreamers.blogspot.com/

Join in: leave your comment