“Sekcja” Heyma

mona
rys. Jerzy Czerniawski

 

Podczas wiosennych porządków, po długiej rozłące, wpadła mi w ręce, niegdyś jedna z moich ulubionych książek, „Sekcja” Georga Heyma. Ścisłe top 10 licealnych lektur, pozycja do której w dawnych czasach wracałam bardzo chętnie. Niewielki (97 stron, format: 10 x 16 cm) zbiór opowiadań rozpalał wówczas moją nastoletnią wyobraźnię do czerwoności, podobnie jak „Mona Lisa” na umieszczonych w książce ilustracjach Jerzego Czerniawskiego. Stanęłam więc przed znanym dorosłym osobom dylematem: zaczytać się przez chwilę, uciec od tego okropnego świata pełnego techniki, aplikacji, parabenów, GMO i zanieczyszczenia światłem czy dać sobie spokój i nie zacierać wrażenia jakie Heym zrobił na mnie przed laty? Zaryzykowałam. Efekt jest taki, że może nie tonę już w zachwytach, ale kocham nadal i dlatego muszę choć trochę ocalić ten zbiór od zapomnienia. Tym bardziej, że na Allegro wystawiają „Sekcję” już za 1,49 zł, więc dostęp do tej prozy jest rozległy, nie tylko biblioteczny.

Zanim przejdę do treści muszę napisać parę rzeczy. Po pierwsze – kto to jest ten Heym i dlaczego to postać tragiczna (o czym, co prawda, wcześniej nie wspomniałam, ale zaraz wspomnę, więc już stopniuję napięcie)? Heym to pisarz niemiecki, znany u nas przede wszystkim z wierszy, który urodził się w Jeleniej Górze w 1887 roku. Tragicznie zakończyło się jego bardzo krótkie życie – jego przyjaciel wpadł do przerębla, gdy razem jeździli na łyżwach. Heym chciał go uratować, jednak wpadł do lodowatej wody razem z nim. Ich ciała znaleziono po kilku dniach. Pisarz miał wtedy 24 lata.

Twórczość Heyma pełna jest śmierci, choroby, tragizmu i poczucia zbliżającej się katastrofy. Autor był przedstawicielem niemieckiego ekspresjonizmu, czyli nurtu, w którym najważniejsza jest duchowość człowieka, a podstawą wypowiedzi jest tytułowa ekspresja – emocjonalna, często niepokojąca i niezrozumiała. Utwory niemieckich ekspresjonistów najczęściej przypominają sny lub szaleńcze wizje – nic więc dziwnego, że tak wcześnie napotkałam ten prąd na swojej drodze. Niemiecki ekspresjonizm wywarł duży wpływ na dwóch szczególnie cenionych przez mnie pisarzy: Hermana Hessego i Franza Kafkę. Heym, Hesse, Kafka i inni nie mają problemu z posługiwaniem się metaforami, z wprowadzaniem snów, koszmarów, narkotycznych wizji i własnych lęków w pozornie zwyczajną codzienność bohaterów. Podoba mi się też to, widoczne bardziej u podstawowych ekspresjonistów, choć czasem też u Kafki, że rzeczywistość w tej prozie i poezji jest bardzo rozmyta, dokładnie tak jak we śnie. Nie mamy tu konkretnego bohatera, wyczerpująco scharakteryzowanego, wielu nazw własnych, konkretnych przestrzeni. Nic tu nie jest do końca przedstawione, jednak wszystko jest odczuwalne – co jest najważniejsze. To literatura, którą się odczuwa, przeżywa jak sny, a nie konkretyzuje, w sensie stwarzania sobie w głowie postaci, lokacji, sytuacji itp..

Zanim zabrnę za daleko, napiszę słowo o innym wartym polecenia ekspresjoniście, imienniku Heyma, który nosił nazwisko Trakl. Fascynująca biografia: alkohol, narkotyki, kazirodztwo, skomplikowane relacje z matką, aż w końcu przedawkowanie kokainy w magicznym wieku 27 lat, a wszystko to dekady przed Morrisonem, Hendrixem i resztą Klubu 27. Wiersze Trakla są dość dobrze znane w naszym kraju, jeśli wam akurat nie to polecam odpalić wyszukiwarkę – sporo mięcha i dekadencji. Ja tymczasem przechodzę do sedna wpisu.

Georg Heym

„Sekcja”. Sześć opowiadań. Mrok, śmiech i łzy. Walter Benjamin powiedział kiedyś o lekturze „Wieśniaka paryskiego” tak: Nie przeczytałem nigdy więcej niż dwie-trzy strony, leżąc wieczorem w łóżku, bo serce waliło mi tak głośno, że musiałem pozwolić książce wysunąć mi się z rąk. Cóż za ostrzeżenie!. Ja też jestem sercowcem i choć trzymam się z dala od horrorów, złej pracy i toksycznych ludzi to walące serce przy lekturze jest przyjemnością, której nie mogę sobie odmówić. „Sekcja” ma dobry rytm: po niezwykłych, przyprawiających o herzklekoty momentach, robi się spokojnie: czasem zabawnie, czasem smutno lub nudno, ale nie są to wyżyny literackie przez czas cały. Dzięki temu jest rozkosznie, bez żadnej szkody dla zdrowia.

 

„Piąty października” – pierwsze opowiadanie w rewolucyjnym duchu. Choć temat jest prosty: lud głoduje, a władza jest zła, to jest to opowiedziane tak plastycznym językiem, że trudno się nie rozpuścić. Mały fragment:

Ogromne stoły stały na krańcach Francji, chwiały się pod wpływem ciężaru wielkich półmisków. Kiwano na nich, aby przyszli. Lecz byli oni przymocowani do wielkich ław katowskich. Krew morzyła ich, potęgowała straszne uczucie głodu. Zesztywnieli jak czarny żużel. Chcieli krzyczeć: „Chleba, chleba, choć tylko trochę, litości, miłosierdzia, wielki Boże, choć tylko trochę”. Ale nie mogli otworzyć ust, to straszne, byli niemi. To straszne, nie mogli się ruszać, byli sparaliżowani.

Czarne sny układały się w stosy, ściśnięte razem stały i leżały tłumnie, jak wojsko skazane na śmierć, pobite na wieki, przeklęte, znów gotowe do zanurzenia się w brzuchu Paryża(…).

Choć niektóre zdania zajmują ¾ strony to do mnie bardzo przemawia takie opisywanie ludzkich doznań, w temacie głodu jedno z ciekawszych obok tego z powieści Knuta Hamsuna.

„Sekcja” – grzebanie w zwłokach. Kiedy lekarz zanurza ręce po łokcie w wilgotnym ciele, ciało to myśli o swojej wielkiej miłości. Bardzo krótkie (niecałe trzy strony), lecz wymowne i, no nie wiem, ładne?

„Jonatan” – złoto! Chory, umierający samotny chłopak, przerażająca przestrzeń szpitalna, widmo miłości. Kojarzy mi się trochę z twórczością Maxa Blechera, nie tylko ze względu na temat, ale też na sposób opisywania nieuleczalnej choroby. Blecher zmarł na gruźlicę w wieku 28 lat, ostatnio w Polsce wyszły dwie jego powieści: „Zderzenia w bliskiej nierzeczywistości” i „Zabliźnione serca”. Nieco surrealizujące, bezlitosne i szczere – takie jak opowiadanie Heyma. Fragmenty dwa:

I musieli spokojnie leżeć w łóżkach, musieli poddawać się cielesnym cierpieniom; ich ciała, jeszcze żyjące, były już wybrakowane. Ach, i aby ich cierpienia wyszydzać, aby swoją bezsilność mieli wiecznie przed oczyma, przy każdym łóżku powieszono umierającego Chrystusa na wielkim białym krzyżu, na tle ściemniającego się nieba.

Chorym na raka, którzy ledwie co zasnęli, znów zaczęła cieknąć biała ropa wprost do jelit, potępieńcom zaś znów zaczęły odpadać, wolniutko, kawałek po kawałku, zgniłe kości, a tym, którym nowotwór rozrastał się wprost na głowie, zaczynał wyżerać od środka ich nosy, szczęki, oczy, wypijał ich całych i pozostawiał na twarzach ogromne, śmierdzące dziury, wielkie leje, pełne żółtej, gnijącej materii.

„Złodziej” – najdłuższy utwór, pełen szaleństwa, o facecie opętanym myślą o Mona Lisie. Dużo tu narzekania na kobiecą płeć, dużo rozmyślań o wierze, obłęd zaraźliwy, jednak do zachwytu trochę mi brakuje.

„Trumny” – urocza opowieść o trumnach mieszkających w małym sklepiku. Warto poznać ich punkt widzenia.

„Bagarow” – oniryzm i polityka. Déjà vu, pot na skroniach, trudno powiedzieć kto jest mordercą a kto kogo nabiera. Przyjemne dziwadełko.

(Zakończenia nie będzie).

Comments: no replies

Join in: leave your comment