Death is not the end

doc_1155_0
A czego tu się bać?

 

„Dobry widz nie chodzi do kina po to, by uciec od życia, lecz po to, aby żyć”

Carlos Reygadas

Całkowicie zgadzam się ze zdaniem meksykańskiego reżysera. Męczą mnie opinie, że kino to eskapizm, jeśli poświęca się wiele czasu na filmy to później brakuje go na życie itd.. Nie pojmuję tego argumentu. Bo niby co, kiedy oglądam film to przestaję oddychać? Mam wyłączoną świadomość i nie reaguję na bodźce z zewnątrz? Jasne, rozumiem, że oglądanie pięciu filmów dziennie przez długi okres czasu może być fizycznie niezdrowe, ale nie mówimy o skrajnościach, tylko o częstych, ale nie kompulsywnych, stosunkach. Oglądanie filmu, jak i czytanie książek lub przyswajanie każdej innej dziedziny sztuki, jest takim samym doświadczeniem jak wszystko, co nas dotyka w „realnym” życiu. Podobnie jak codzienne przeżycia, film może otworzyć nam na coś oczy, skłonić do podjęcia ważnej decyzji, albo pozostawić całkowicie obojętnymi. Jedyną różnicą jest to, że mamy kontrolę nad wyborem filmu/książki/spektaklu/wystawy, możemy, raz w mniejszym, raz w większym stopniu, zdecydować jaki rodzaj emocji zostanie nam zaaplikowany.

Kino, poza tym, że jest doświadczeniem, jest także, co często podkreślam, snem. Dzięki temu magicznemu połączeniu podświadomości z tym, co świadomie, możemy prowizorycznie przeżyć coś, co jest dla nas niedostępne i tajemnicze. Kino przygotowało niejedno pokolenie do pierwszego pocałunku. Znajdzie się też wielu, którzy z filmów czerpali nauki dotyczące bardziej śmiałych zabaw. Mnie interesuje temat dużo bardziej poważny, który jest marginalizowany przez naszą współczesną, infantylną kulturę, mimo tego, że, w przeciwieństwie do seksu, dotyczy każdego bez wyjątku. Tak. Choć w motcie dzisiejszej notki wiele jest o życiu, to w jej treści dominować będzie śmierć.

Początki neurozy

Pierwsza filmowa scena, którą pamiętam, przedstawia pogrzeb. W wykopanym dole leży żywa kobieta, wyglądająca jak Dorothy z Doktor Quinn. Nad dziurą zbiera się rodzina i znajomi bohaterki, rzucają w nią kamieniami i ziemią, nikt nie odpowiada na jej błagania o pomoc. W końcu widać tylko ciemność. Nie mam pojęcia, co to za film, próbowałam odnaleźć go po latach, bezskutecznie. Podczas oglądania miałam ok. 5 lat, nie chodziłam jeszcze do zerówki. Mniej więcej w tym czasie zaczął mnie nawiedzać paniczny lęk przed śmiercią, który podobno pojawia się dopiero w dojrzalszym wieku. Śmiało więc mogę powiedzieć, że pierwszy obejrzany film był dotkliwym doświadczeniem, który wycisnął piętno na całym moim życiu.

Wiele filmów opowiada o śmierci po to, by widz mógł bardziej docenić swoje życie. Takie produkcje otwierają mu oczy, każą oddychać pełną piersią, żyć świadomie i pięknie, bo przecież ten cały cyrk zaraz się skończy. Mnie to nie interesuje, podobnie jak kino gatunkowe, w którym trup ściele się gęsto, czy, często kiczowate, opowieści o rychłym dostaniu się do zaświatów. Szukam przedstawień, które dotykają istoty rzeczy i wynikają z prawdziwego namysłu nad tym zagadnieniem.

W kleszczach lęku

Przyznam, że w moich próbach oswojenia śmierci najbardziej przydały się książki, mitologie i różne systemy wierzeń, a nawet wypowiedzi fizyków oraz innych alchemików czy szamanów. Jednak i w kinie znalazłam pocieszenie. Moim pierwszym sprzymierzeńcem w walce z neurotycznym lękiem przed śmiercią stał się Woody Allen. To chyba nie wymaga żadnego wyjaśnienia. Poniżej kadr z Miłości i śmierci, jednego z najlepszych filmów tego pana.

Potem zrobiło się poważniej, choć również z dystansem. Drugi największy neurotyk wśród reżyserów – Ingmar Bergman. Siódma pieczęć, czyli śmierć spersonifikowana, więc nie taka przerażająca, plus Tam, gdzie rosną poziomki, opowieść z półki, o której wspominałam we wstępie: bardziej o życiu niż śmierci. (Napisałam jedną stronę A4 o moim ambiwalentnym stosunku do filmów Bergmana. Usunięte, bo temat jest inny).

No i Lech Majewski, który stracił najbliższe osoby w wypadku samochodowym. Dla niego jednym przepisem na nieśmiertelność jest tworzenie sztuki, zaś po śmierci nie ma żadnych zaświatów, reinkarnacji etc.. O tym jest przede wszystkim okropny i pretensjonalny Ogród rozkoszy ziemskich, w którym widzimy akwarium wypełnione tym, z czego składa się człowiek: wodą, węglem, żelazem i cynkiem. Śmierć jest rozkładem materii, tylko i wyłącznie. Człowiek nie różni się od roślin.

Kryzys wiary

Majewski pokazuje, że piekło, raj i czyściec z tryptyku Boscha są dostępne jedynie w doczesnym życiu, nie ma żadnego potem. Bóg i wiara to relikty przeszłości.

Wiara w Boga i transcendencję, jak nic innego, potrafi ukoić strach przed śmiercią. Problemem jest to, że nawet kapłana drążą czasem wątpliwości. Dziennik wiejskiego proboszcza to opowieść o niepewnym swego powołania księdzu, który nie potrafi przekazać nauk okolicznym mieszkańcom. W filmie Bressona pojawia się jedno z najbardziej realistycznych i przerażających przedstawień śmierci. Młody duchowny patrzy w przestrzeń oczami pełnymi lęku – taki obraz trudno wyrzucić z pamięci.

Zupełnie inny jest bohater Gości wieczerzy pańskiej. U niego nie ma nawet mowy o wierze w Boga. Gdy przychodzi do niego nękany samobójczymi myślami parafianin, ksiądz nie potrafi mu w żaden sposób pomóc. Choć śmierć nie pojawia się tutaj na pierwszym planie, to jest przecież bardzo ważnym elementem w namyśle na temat wiary i religii.

Goście wieczerzy pańskiej

Wiara, nadzieja, miłość

Bergman niby nie daje widzowi jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: jest Bóg? Jednak z jego filmu wypływa gęste i lepkie zło, które unieważnia sens tego pytania – jest czy nie ma, życie i tak jest fatalne. Dlatego dużo bardziej cenię Tarkowskiego i jego Ofiarowanie, gdzie reżyser daje widzowi przynajmniej trzy możliwości interpretacji.

Tarkowski umierał tworząc Ofiarowanie, a mimo to jego film, niewolny od strachu i wątpliwości, jest pełen nadziei. Miłość, która ocala od zagłady to wizja, która nie przestanie do mnie przemawiać.

Z zupełnie innej beczki: stare podania w genialny sposób oswajają śmierć. Rytuały, przesądy, wierzenia – w niektórych z tych myśli widzę więcej logiki niż we współczesnych przekonaniach. Nie lubię Szumowskiej, to nie jest moje kino, a nawet oglądając Sponsoring zadawałam sobie pytanie: czy jest to w ogóle kino, ale mniejsza z tym. Szuma zrobiła świetny dokument, A czego tu się bać?. To świadectwo o świecie, którego już za chwilę nie będzie. Dlatego też skupię się teraz na śmierci, która nie jest doświadczeniem jednostkowym, ale dotyka nas każdego dnia.

Śmierć idei

Starzejemy się, ważne dla nas rzeczy/miejsca/ludzie przemijają bezpowrotnie, codziennie jakaś część naszego ciała umiera. Takie filmy jak Slow czy Czkawka nieźle opowiadają o tym naturalnym cyklu. Ale śmierć w kinie, nawet przedstawiona niezwykle sugestywnie, może być i metaforą.

Specjalistą w barokowym, niezwykle malowniczym przedstawieniu śmierci jest Peter Greenaway. W jego filmach nie umierają ludzie – umiera literatura, sztuka, rozkładają się dotychczasowe dogmaty. Sztuka łączy się z naturą – w Zet i dwa zera dbające o rozkład ślimaki „demolują” plan filmowy.

Aleksander Sokurow w równie niesamowitych obrazach przedstawił historię syna, który próbuje poradzić sobie ze śmiercią ojca. Drugi krąg to opowieść o artyście, który musi użerać się z urzędnikami, pielęgniarkami i całą bezduszną machiną, zamiast w pełni przeżywać żałobę po śmierci rodzica. Film Sokurowa traktuje nie tylko o braku szacunku i banalizowaniu śmierci człowieka przez biurokratów, ale także pogrzeb ojca może być odczytywany jako pogrzeb komunizmu (czerwona trumna z gwiazdkami).

Zet i dwa zera

Gęsia skórka

Na koniec dwie niezwykle realistyczne kinowe śmierci, które wciąż jeżą mi włos na głowie.

Wszyscy wiedzą, że horrory oglądam rzadko i że po każdym seansie mam kilkudniowe herzklekoty i koszmary. Dlatego z tej półki będzie mniej przerażająca staroć, Wampir C.T. Dreyera z 1932 roku.

Druga propozycja to Głód, z sugestywną śmiercią wspaniałego w swojej roli Fassbendera.

Podsumowując, kino nie pomoże nam godnie wyprawić się na drugą stronę, ale czasem udaje się mu nieco zniwelować tkwiący chyba w każdym lęk. Życzę wam dobrej nocy i zostawiam z tym oldskulowym przesłaniem.

Comments: no replies

Join in: leave your comment