Scope 50, część 2

still-life-c
Still Life

 

Druga odsłona filmów ze Scope 50 będzie nieco mniej entuzjastyczna. Z prostego powodu – poniższe filmy nie trafiły w mój gust tak celnie jak poprzednia piątka. Co oczywiście nie znaczy, że są to filmy złe, niewarte uwagi itp. Nic z tych rzeczy. Więcej – wśród poniższych produkcji znajduje się mój scopowy faworyt.

Still Life, reż. Uberto Pasolini (Wielka Brytania, Włochy)

Zacznę od pewnego zastrzeżenia. Produkcje prezentowane w Scope 50 walczą o dystrybucję w Polsce. Film Zatrzymane życie od dłuższego czasu można oglądać na Ale Kino+, jest też dostępny za darmo (!) w UPC na żądanie, no i widziało go sześciu moich znajomych na filmwebie, czyli jest to tytuł dość rozpoznawalny. Nie rozumiem więc jego udziału w projekcie Scope 50.

Wszyscy znamy te skromne, ciepłe europejskie produkcje, których bohaterem jest człowiek samotny, acz poczciwy, o nietypowych zainteresowaniach lub niestandardowym zajęciu. Najczęściej w takich filmowych opowieściach bohater jest stawiany w nowej sytuacji, dzięki której ma szansę na odmienienie swojego losu, czyli wyjście do świata i ludzi. Pasolini chętnie wykorzystał ten schemat. John (w tej roli Eddie Marsan, który ma najbardziej słodką twarz świata) to miły i zamknięty w sobie urzędnik, który dba o godny pochówek zapomnianych, opuszczonych osób. Pewnego dnia umiera sąsiad Johna. Nikt nie zgłasza się w sprawie pogrzebu, więc nasz bohater postanawia odszukać rodzinę zmarłego. Wyrusza w podróż, podczas której pozna wiele nowych osób (ja oczywiście najbardziej polubiłam miejskich pijaczków) i która otworzy go i zmieni.

Historia nie jest specjalnie odkrywcza i oryginalna, ale na pewno rozpuści serca wielu widzów. To naprawdę ciepły, empatyczny film, sprzedający tzw. pozytywne wartości, nie będąc przy tym sentymentalną i kiczowatą opowiastką (chociaż finał jest wg mnie „za bardzo”). Można się i uśmiechnąć, i zapłakać, na pewno niejedna osoba poczuła po seansie chęć bycia lepszym człowiekiem. Poza treścią jest też forma, która jest naprawdę ciekawa i spójna z przekazem.

Jest taki rodzaj kina, który nazywam „Ikea films”. Na pewno domyślacie się o co chodzi – świetny design, modnie urządzone pomieszczenia, symetria, wspaniały dobór kolorów itd. Po prostu cudowne mis-en-scene, które pod względem estetyki przypomina dzieła projektantów z tego meblowego supermarketu. Still life to majstersztyk „Ikea films”. Aranżacja wnętrz, sposób konstruowania kadrów, małe elementy, takie jak album ze zdjęciami czy graty na urzędniczym biurku – wszystko jest doskonale dobrane i wygląda prześlicznie. No i kolory: stonowane szarości, błękity, granaty i żółcie. Nie dość, że współgrają z tonem historii to jeszcze tak wspaniale łączą się ze sobą. Jest to ładne i dobre, choć mnie chwilami nudziło jak diabli.

La Sapienza

 

La Sapienza, reż. Eugène Green (Francja, Włochy)

Nie ukrywam, że mam z tym filmem spory problem. Nie mogę go odrzucić, bo jest to rzecz oryginalna, intrygująca, a nawet chwilami mądra, ale oglądanie było dla mnie trudnym i dziwacznym przeżyciem. I to wcale nie ze względu na włoską sztukę.

Wypalony zawodowo (i życiowo) architekt w średnim wieku, który „projektuje fabryki, czyli kościoły naszych czasów” szuka dla siebie nowej drogi. Wraz z żoną udaje się w podróż śladami barokowego architekta, Francesca Borromini, o którym chce napisać pracę. Już na początku podróży, w małym miasteczku Stresa, ich plany nieco się komplikują. Spotykają rodzeństwo: Lavinię i Goffredo. Dziewczyna źle się czuję, żona architekta stara się jej pomóc. Kiedy poznają się lepiej okazuje się, że Goffredo wybiera się na studia architektoniczne. Żona namawia Alexandra, by wybrał się z chłopakiem do Rzymu, ona zaś zostaje z dziewczyną, która pomaga jej na nowo odnaleźć się w życiu.

Podróż dojrzałego Alexandra z młodym Goffredo przynosi ten sam skutek. Młody chłopak, pełny energii i entuzjazmu, wypowiadający krągłe zdania na temat wielkiej mocy architektury i Boga, budzi architekta do życia. Alexandre jest ateistą, jednak poszukuje „światła”, mądrości, piękna i innych wielkich pojęć. Goffredo przywraca mu człowieczeństwo i wskazuje drogę do oświecenia.

Moje problemy:

1) choć tematy, o których rozmawiają bohaterowie są naprawdę ważne, mądre i erudycyjne, to sama fabuła jest zaskakująco niewyrafinowana. Małżeństwo z kryzysem wieku średniego wychodzi z dołka, dzięki rozmowom z młodym, pełnym wiary, nadziei i miłości rodzeństwem. Do tego dochodzi cierpienie po śmierci dziecka, z którym nasze małżeństwo także uporało się dzięki podróży. Melodramat, sentymentalizm, naiwność – jednym słowem skandal 😉

Alexandre

 

2) to, że film jest pretensjonalny, a dialogi sztuczne widać na pierwszy rzut oka, po mojej skromnej próbie zarysowania fabuły. Z tym nie mam problemu. Najgorszy jest sposób, w jaki reżyser pokazuje rozmowy bohaterów. Mamy postać, deklamującą wprost do kamery swoją kwestię, potem przejście na drugą osobę dialogu, która jej odpowiada itd. Tak wyglądają wszystkie sceny. Z jednej strony – ma to sens biorąc pod uwagę koncept filmu. Choć człowiek w centrum wszystkiego to hasło renesansowe, to takie kadry pasują do opowieści o Wielkiej Sztuce i Wielkości Człowieka (szczególnie w scenie w kaplicy gra to fajnie). Jednak o ile u Wesa Andersona ten zabieg bardzo mi się podoba, to w tym filmie doprowadza mnie niemal do szału. La Sapienza to film celowo sztuczny, w którym przebija się nawet poczucie humoru. Jednak, gdy oglądam twarz głównego bohatera, który wygląda strasznie śmiesznie i robi miny obrażonego sześciolatka, deklamując przy tym swoje mądre uwagi na temat architektury i marności życia to jestem zagubiona. Jest to zbyt absurdalne (nie wierzę, że to napisałam). Może zabieg sprawdza się w teorii, ale ogląda się to bardzo trudno.

Film ma też swoje plusy:

1) w jednej ze scen pojawia się reżyser – jest „dobrym duszkiem” żony architekta

2) opowieści o artyście poszukującym światła wpleciona w główną historię. Bardzo fajnie pokazana – fragmenty pościeli, światło świecy, żadnych twarzy

3) jest żart o kangurze, który trafił w moje żenujące poczucie humoru

4) niektóre wypowiedzi na temat architektury były naprawdę ciekawe

5) dużo materiału do analizy

6) jeśli wzdychaliście z zachwytu nad Wielkim pięknem, to i tu możecie trochę powzdychać

The Quiet Roar

The Quiet Roar, reż. Henrik Hellström (Szwecja, Niemcy, Norwegia)

Jest to prawdziwie „hajowy” film. Nie ambientowy, nie żadne slow cinema, haj w czystej postaci, który albo zahipnotyzuje od pierwszego ujęcia, albo zanudzi do granic możliwości.

Bohaterka dowiaduje się, że jest nieuleczalnie chora. Poddaje się dość niezwykłej kuracji – otrzymuję dawkę LSD, a siedząca przy łóżku terapeutka (w tej roli Hanna Schygulla) pomaga jej udać się w podróż do kresu podświadomości. Tu muszę przerwać. Szczerze przyznam, że nie wiem czy to jest jakiś wątek s-f, czy naprawdę w Skandynawii ludzie mogą otrzymać należny sobie przydział LSD. Zastanawiania mnie to, ale przecież kino to nie rzeczywistość, więc drążenie tego tematu nie ma zbyt wiele sensu.

Marianne cofa się o czterdzieści lat i trafia do położonego w górach domu, w czas, w którym była najbardziej szczęśliwa. Teraźniejsza Marianne jest gościem dwudziestopięcioletniej siebie, wchodzi w dialog ze sobą i z mężem, je posiłki z całą rodziną. Staje się piątym członkiem rodziny, mądrzejszym o doświadczenie, który jednak zamiast radzić, zadaje pytania.

Marianne to osoba, która ma problem z życiem. Ma dzieci, jednak lepiej by się czuła bez nich. Nie potrafi rozmawiać z mężem. Sama nie wie czego chce, co lubi, w czym, poza pomarańczami, paleniem i seksem, znajduje przyjemność. 68-letnia Marianne obserwuje 25-letnią siebie, by dojść do wniosku, że na własne życzenie odizolowała się od życia.

Zbyt wiele się nie dzieje, mnie jednak bardzo poruszyła opowieść o introwertycznej kobiecie. Dużym plusem jest niesamowita lokacja i zmysłowość filmu. Palenie papierosa, obieranie pomarańczy, seks czy odczuwanie temperatury wody rzadko kiedy jest przedstawiane w kinie aż tak sensualnie.

Nie mam zamiaru odpierać zarzutów, że to wydmuszka, nuda, nic się nie dzieje, zero treści. Wiadomo, że Tam, gdzie rosną poziomki to nie jest, ale nie powinien to być zarzut. To bardzo świadome, współczesne kino, które jest doświadczeniem, a nie opowieścią.

Jakiś czas przed The Quiet Roar zobaczyłam Przeznaczenie z Ethanem Hawkiem i muszę przyznać, że oba tytuły solidnie podkopały moje dotychczasowe postrzeganie rzeczywistości.

Hippocrate

Hippocrate, reż. Thomas Lilti (Francja)

To nie jest zły film, ale jest tak przeciętny, oczywisty, „telewizyjny”, że najtrudniej będzie mi pisać o właśnie o nim. Cóż, zaciskam zęby i szybko zdradzam o co chodzi.

Jest młody chłopak, internista, zaczyna pracować w szpitalu, w którym dyrektorem jest jego ojciec. Młody jest winny, choć nie do końca on, tylko zepsuty sprzęt, śmierci pewnego pijaka. Ojciec go kryje. W szpitalu jest też dobry lekarz z Algierii, który walczy o godność 88-letniej gimnastyczki, za co później dostaje po łapach. Poza tym widzimy zabawy i gry szpitalnej ekipy, która przecież musi się odstresować po trudnej i emocjonalnie wyniszczającej pracy.

Jest to film, o jaki błagają krytycy współczesnego polskiego kina – solidny, o aktualnych problemach społecznych, prawdziwy i wciągający. Można się wzruszyć i wkurwić, jest komu kibicować i kogo nie lubić. Można obejrzeć z matką, babcią, ojcem, kochankiem, przyjaciółką i wszystkimi, których znasz. Wszyscy powinni być zadowoleni i skorzy do dyskusji na temat uniwersalnych problemów służby zdrowia. Ten film jest po prostu spoko. Ani się go nie zapamięta, ani się nim nie zdenerwuje. Średni, ale potrzebny.

Magical Girl

Magical Girl, reż. Carlos Vermut (Hiszpania)

Na koniec zostawiam najlepsze – mój numer jeden. Dlaczego? Bo walczy z moimi przyzwyczajeniami, bo od razu miałam ochotę go obejrzeć drugi raz, bo jest w nim wiele smaczków i kilka planów – każdy inny i każdy ciekawy.

Najpierw widzę plakat. Nieco pogański, nomen omen, magiczny, na którym rana na kobiecej twarzy ma kształt jaszczurki. Myślę sobie – wygląda dobrze. Będzie to jakiś thriller, na pewno coś dziwacznego. Zaczynam seans. Historia ojca, który chce kupić umierającej córeczce sukienkę bohaterki anime. Jest wzruszająco, więc zaczynają się lęki, czy to znowu kino społeczne? Zmiana skóry. Bohater chce okraść sklep, kiedy nagle wymiotuje na niego pani mieszkająca nad jubilerem. I tak splatają się losy bohaterów. Nie poważnie jak w Mieście gniewu czy w 21 gramach, ale absurdalnie i komicznie. Zmiana skóry. Małżeństwo. Ona zakłada mu buty i leży u jego stóp. Ma problemy psychiczne i rani przyjaciół bardzo czarnym poczuciem humoru. On jest psychiatrą i podaje jej leki. W końcu nie wytrzymuje i zostawia dom. Zmiana skóry. Barbara (ona, żona) poznaje ojca dziewczynki od anime i idzie z nim do łóżka. Mężczyzna zaczyna ją szantażować, bo myśli, że jako żona psychiatry ma mnóstwo pieniędzy. Zmiana skóry. Barbara zwraca się do starych znajomych z prośbą o pomoc. Okazuje się, że jej przeszłość była bardzo mroczna. By zarobić siedem tysięcy trafia do willi niepełnosprawnego, podejrzanego typa. Scena jak z Zagubionej autostrady. Nie będę więcej zdradzać, ale jaszczurka zmieni skórę jeszcze nie raz. Zostanie też wprowadzona kolejna, bardzo ważna postać.

Barbara

Jest tu dużo z Lyncha, dużo kina obyczajowego, psychologicznego i sporo świetnego humoru. Vermut dba o szczegóły: rozbite lustro, nazwa trunku, puzzle. Wielkim plusem jest klamra spinająca początek i zakończenie filmu oraz otwierająca go wypowiedź, która podsumowuje sens całości. Jest też to, co bardzo lubię – niedopowiedzenia. Nie wiemy wszystkiego o bohaterach i o ich relacjach, ale wiemy wystarczająco dużo. Nie ma tu nic przypadkowego. Poza tym kto nie lubi historii o zemście i karmie? Tak zaserwowane smakują najlepiej.

Comments: no replies

Join in: leave your comment