Scope 50, część 1

005
Ich seh, Ich seh

Dzięki Scope 50 oglądam ostatnio pyszne festiwalowe filmy, do których przeciętny polski śmiertelnik dostępu nie ma (z jednym wyjątkiem, który opiszę w drugim odcinku). Bardziej wtajemniczeni miłośnicy kina mogli zobaczyć już Swobodne opadanie na Nowych Horyzontach i Atlantic. podczas wyświetlanych w kilku kinach transmisji z MFF w Rotterdamie. Ta notka nie ma na celu polecania filmów, które na zawsze pozostaną poza zasięgiem. Sądzę, że dostępność tych produkcji jest kwestią czasu, a piszę o nich, bo są naprawdę warte uwagi i zapamiętania.

Swobodne opadanie, reż. György Pálfi (Węgry)

Mówią, że to najsłabszy film Pálfiego, że miał za mało czasu, za bardzo pozwolił się panoszyć ekipie (za stylistykę poszczególnych segmentów odpowiadali m.in. kostiumograf, operator i scenograf) i wyszedł mu nierówny film. Faktycznie, Swobodne opadanie ma swoje słabsze momenty, jednak na pewno nie zasługuje na odrzucenie. Podobnie jak w innych filmach złożonym z etiudek jedne są lepsze, a drugie gorsze. Ale czy to najsłabszy Pálfi? Według mnie nie, po prostu najmniej radykalny. Obrazy tworzone przez niego nadal intrygują, a poczucie humoru jest ciężkie jak węgierska kuchnia.

Fabuła wygląda następująco. Starsza pani ma dość swojego życia i głupich konfliktów z mężem. Postanawia rzucić się z dachu bloku, w którym mieszka. Plan realizuje, lecz, niestety, udaje jej się przeżyć. Wraca więc do mieszkania, a że winda nie działa, wspina się ociężale po schodach i mija swych ekscentrycznych sąsiadów. Historia to wchodzącej na górę, to spadającej staruszki jest klamrą spinającą opowieści o tym, co dzieje się za drzwiami jej sąsiadów. Oprócz historii staruszki i jej męża poznajemy sześć nieco surrealistycznych opowieści, z których każdej nadana jest inna forma i nastrój. Pálfi zabiera nas na lekcje medytacji i przyjęcie wyższych sfer, na którym jedna z bohaterek jest zupełnie naga. Poznajemy ginekologa, który dokonuje zabiegu o jakim nam się nie śniło (albo wręcz przeciwnie – takie sny mogą się często nawiedzać rodziców) i ojca dyktatora, którego syn boi się przebywającej w salonie krowy. Jest też sitcom o pewnym trójkącie (zdecydowanie najsłabszy punkt programu) i mój numer jeden – sterylna para, owinięta podczas seksu folią spożywczą. Choć zdecydowanie nie chciałabym spróbować tego w domu, to muszę przyznać, że to jedna z najciekawszych scen erotycznych, jaką miałam okazję widzieć. Ważne! W sterylnym mieszkaniu pojawia się duży, brzydki robak. Najpierw jeden, potem coraz więcej. Podobnie będzie w Ich sah, Ich sah, gdzie robaczek nie tylko pojawi się na idealnej ścianie łazienki, ale także, wraz z kolegami, będzie wychodził z ciała bohaterki (co też łączy oba filmy).

Są odwołania do mistrzów surrealizmu, jest nieokiełznana wyobraźnia i obrazy, których się nie zapomina. Jest też kontekst społeczny (myślę, że film więcej mówi o współczesnych Węgrzech niż wiele bardziej zaangażowanych dzieł), pochwała indywidualizmu i prawa do wolności i coś bardzo ważnego w przypadku tego reżysera. Łebski montaż. Na przykład starszy pan goli sobie twarz brzytwą i nagle widzimy obraz noża krojącego chleb. Być może właśnie takich zabiegów najbardziej zabrakło fanom Pálfiego, bo jest ich tu mniej niż w poprzednich filmach. Ja nie narzekam.

Swobodne opadanie

Ich seh, Ich seh, reż. Severin Fiala, Veronika Franz (Austria)

 

Austriacy zawsze mnie przerażali. Jelinek, Haneke, który niby urodził się w Niemczech, ale zdecydowanie bardziej pasuje do Austrii, Seidl. Artyści tworzący najbardziej niepokojące, chłodne, pełne okrucieństwa i zła dzieła naszych czasów. Z tym krajem naprawdę musi być coś nie tak. W końcu Hitler także był Austriakiem.

Autorzy Ich seh, Ich seh wpisują się w kontekst naszkicowanej przeze mnie naprędce austriackości. Zresztą Veronika Franz to współautorka scenariuszy do sześciu najważniejszych filmów Seidla, więc jest współodpowiedzialna za wirus drążący austriackie kino. Sterylny dom, pełen niepokojących obrazów na ścianach, bardzo niezdrowe relacje rodzinne. Do tego parę elementów z uniwersum psychoanalitycznych horrorów: bliźnięta, las, robaki, maski, psychopatyczna matka. Z tych składników wychodzi małe cudo kinowej grozy. Niestety do czasu.

Ich seh, Ich seh otwiera scena ze starego filmu, w którym otoczona dziećmi kobieta śpiewa kołysankę, jak się okazuje, ulubioną piosenkę jednego z chłopców. Scena śpiewania kołysanki zamyka ten film, a także znajduje się w środku, w jednej z kluczowych scen. Utwór śpiewany przez różnych bohaterów działa równie dobrze jak kołysanka z Dziecka Rosemary, a przy okazji świetnie podkreśla zmiany, jakie się dokonują.

Fabuła jest prosta. Do sterylnego domu za lasem, w którym bawi się para bliźniaków, wraca matka. Twarz ma owiniętą bandażem, a jej zachowanie dość poważnie odbiega od normy. Wyraźnie dyskryminuje jednego z synów (np. nie robi dla niego kolacji), drugiego próbuje zmusić do niesłuchania brata. Chłopcy dochodzą do wniosku, że nie jest to ich prawdziwa matka i torturami próbują zmusić kobietę do wyznania prawdy.

Podoba mi się łatwość z jaką twórcy manipulują odczuciami widza. Najpierw stajemy po stronie chłopców, poznajemy ich prawdę, potem, gdy matka staje się ofiarą, na wierzch wychodzą jej racje. Wiadomo, że moja wiedza na temat współczesnych horrorów jest znikoma, dlatego nie wiem jak bardzo wyeksploatowany jest temat operacji plastycznych. Dla mnie, której bardzo łatwo powrócić do dziecięcych wspomnień i wrażliwości, wizja matki, która wraca ze zmienioną twarzą jest ogromnie przerażająca. Na równi z obrzydliwym robakiem wchodzącym do ust podczas snu (ten obraz także pojawia się w filmie). Poza tym w jednej ze scen pojawia się obraz, który lata temu często pojawiał się w moich snach. Nic więc dziwnego, że tak skleiłam się z tym filmem.

W Ich seh, Ich seh świetnie grają wszystkie drobne elementy wystroju, zamknięte w chłodnych przestrzeniach: słoiki z robakami, martwy kot w akwarium, kącik modlitewny, ogień, wspomniane już niepokojące obrazy na ścianach, światła gwiazd z dziecięcego budzika i przede wszystkim żaluzje. Żaluzje, tak jak papierosy, są dla mnie kwintesencją kina, a w tym obrazie są użyte tak doskonale, że wprost tonę w zachwycie.

Jednym słowem ogląda się genialnie – w napięciu, z sercem bijącym jak przy najlepszych filmach Hanekego. Nieoczywista, przemyślana konstrukcja całkowicie rozpieprzona w ostatnich scenach. Finał diametralnie obniża wartość filmu. Bez zdradzania czegokolwiek powiem tylko, że nie spodziewałam się, że twórcy posłużą się takim ogranym, znanym przede wszystkim z mainstreamowych filmów, schematem. Nie będę też pisać co przeradza się w co. Po prostu – mogło być małe arcydzieło, a zrobiło się dość przeciętnie. No, ale i tak warto.

Out of nature

Out of nature, reż. Ole Giæver (Norwegia)

Weekend w głowie mężczyzny. Choć poznanie myśli drugiej płci kojarzy się z nie najlepszą komedią z Melem Gibsonem, to norweski film jest naprawdę zjadliwy i zabawny.

Trzydziestokilkuletni ojciec i mąż, przerażony odpowiedzialnością i monotonią, wybiera się na samotną wyprawę do lasu, by przemyśleć swoje życie. Indiańska inicjacja miesza się z norweskim pragmatyzmem. Las znajduje się tuż obok domu bohatera, z pagórków widać miasteczko i domy sąsiadów. Martin ma przy sobie telefon, dzięki któremu jest w ciągłym kontakcie z żoną, która zrobiła mu też kanapki na drogę. Gdyby zaś było mu zbyt zimno i niekomfortowo, może wejść do chatki, w której oprócz niego zameldowały się dwie młode i atrakcyjne siostry.

Głównym tematem rozważań Martina jest chęć opuszczenia rodziny. Tęskni za wolnością i seksem, który jest drugim najczęściej pojawiającym się motywem jego rozważań. Bohater trochę przypomina mi Margot z Take This Waltz – nudzi go dotychczasowe życie, chciałby je zmienić, nie wie za bardzo jak, więc stwierdza, że najlepiej zmienić partnera i to przywróci mu młodość i szczęście. Martin jest mimo wszystko troszkę rozważniejszy niż wspomniana bohaterka. Zdaje sobie sprawę z tego, że kolejne związki niewiele zmienią. Choć trudno orzec czy jest to oznaka kiełkującej dojrzałości czy zwyczajne lenistwo i przyzwyczajenie do wygodnego życia.

Strumień świadomości Martina smuci i śmieszy jednocześnie. Wiadomo – najczęściej w chwilach kryzysowych jesteśmy mistrzami ironii i czarnego humoru. Uwielbiam też sposób w jaki logiczny ciąg myśli zaczyna nagle iść w zupełnie absurdalnym kierunku. Sama często się na tym łapię i cieszę się, że twórcom udało się to oddać w bardzo naturalny sposób, np. rozmyślania o rozwodzie przechodzą w rozprawę o grubości i marzenie o wyglądaniu jak matka Gilberta Grape’a. Poza tym jest też trochę humoru sytuacyjnego, również oscylującego wokół seksualnej sfery.

Dla mnie seans był przyjemnością i nie oceniam bohatera zbyt krytycznie. Patrzę na niego raczej z serdecznym uśmiechem, jak na zagubionego dzieciaka, którego chciałoby się pogłaskać po głowie. Choć wnioski są smutne to jest też śmiesznie i pięknie – widoki są przecudowne. Jest też świetna scena z Forever young na podkładzie. Warto obejrzeć, nawet jeśli infantylne rozważania o dojrzewaniu ma się daleko za sobą (albo jeszcze przed sobą).

Atlantic.

Atlatic., reż. Jan-Willem van Ewijk (Belgia, Holandia, Niemcy, Maroko)

 

To jeden z tych arthouse’owych filmów, w którym niewiele się dzieje, ale łatwo zachwycić się jego pięknem. Tu piękno tworzą ocean i niebo, czyli idealny podkład pod metafizyczne rozważania. Fabułę można spokojnie zignorować i dać się ponieść kolejnym obrazom. Kto wie, może nawet uda się doznać jakiegoś małego oświecenia.

Jednak historia w tym filmie jest, więc z konieczności wspomnę i o niej. Fettah, mieszkaniec Maroka, jest windsurferem i chce przepłynąć Atlantyk, by dostać się do Europy. Nie znam się na windsurfingu, ale pomysł wydaje mi się nieco zabójczy. I w istocie, każde wypłynięcie Fettaha na głęboką wodę, związane jest z mniejszym lub większym otarciem się o śmierć. Więc nie jest aż tak znowu nudno. Napięcie buduje też: rozstawanie się bohatera z rodziną i jego zauroczenie europejską blondynką. Jego relacje są bardzo subtelnie zarysowane. Są ważne rozmowy – z rybakiem i kuzynką – jednak w filmie Holendra dominuje cisza i pustka. Zresztą sam reżyser przyznał, że dla niego pustka jest naprawdę atrakcyjna, więc nie używam tego słowa, żeby skrytykować jego dzieło.

Podsumowując: warto dla niesamowitych obrazów i jeśli jest się fanem naprawdę delikatnie naszkicowanych opowieści. Mnie nie do końca odpowiada taka wizja kina, ale jestem pewna, że znajdzie wielu amatorów.

Party girl

 

Party girl, reż. Claire Burger, Samuel Theis, Marie Amachoukeli-Barsacq (Francja)

Party girl to film bolesny i wzruszający jak kac. Dojrzała rozrywkowa pani, która kiedyś była najlepszą tancerką jednego z francuskich kabaretów, godzi się przyjąć oświadczyny samotnego byłego górnika. Przyszły ślub jest okazją do pogodzenia się z przebywającą w rodzinie zastępczej córką i poprawienia relacji z trójką pozostałych dzieci. Miłość, która powinna uwolnić bohaterkę z dotychczasowego mroku i dać jej szczęście, nie spełnia swojego zadania. Angelique tęskni za koleżankami z kabaretu, dalej pije i pali na umór, podrywa mężczyzn i wygaduje rzeczy, których później żałuje. Choć ma świadomość, że małżeństwo jest dla niej wielką szansą, nie jest pewna czy kocha poczciwego Michela i do ostatniej chwili waha się z podjęciem decyzji.

Party girl, choć wygląda dość mało oryginalnie, jest filmem naprawdę nieprzeciętnym. Przypomina mi trochę kino Fassbindera (ze szczególnym wskazaniem Strach zżerać duszę), w którym bohaterowie nie byli oczywistymi, psychologicznie prostymi konstruktami, tylko prawdziwymi, złożonymi ludźmi, których wybory można było różnorako odbierać. Kontekst społeczny również jest tu nie bez znaczenia. Angelique często mówi po niemiecku, jest osobą z marginesu, a jej rodzinne relacje są dalekie od normy.

Angelique nie potrafi zerwać z dotychczasowym życiem. Po prostu je lubi, mimo tego, że większość uznaje je za złe, głupie, brudne i niegodne. Mnie podoba się jej szczerość i konsekwencja, to, że nie potrafi udawać i chce żyć po swojemu. Party girl to przejmująca i w gruncie rzeczy smutna historia, ale dla mnie, tak jak dla bohaterki, przygnębienie w nocnych klubach może być przyjemniejsze niż radość w pięknie urządzonych domach. Nie oceniając już samej bohaterki i fabuły – świetnie zrobiony film. Dodatkowym smaczkiem jest muzyka Chinawoman, której utwór Party girl wybrzmiewa w zakończeniu filmu i trzeba przyznać, że idealnie spaja się z jego nastrojem.

Comments: 3 komentarze

  1. Marta Ossowska Styczeń 30, 2015 Odpowiedz

    Też uczestniczę w projekcie Scope50 i mam podobne pozytywne odczucia odnośnie "Out of nature". Dzisiaj serwuję sobie seans "Hippocratesa".

  2. Kajetan Obarski Luty 1, 2015 Odpowiedz

    Zgadzamy się praktycznie we wszystkim co napisałaś o Party Girl, Swobodnym oraz Out of Nature. Atlantic jeszcze nie było mi dane obejrzeć. Ja również uczestniczę w scope50 i zapraszam do dyskusji na swoim blogu. Tu od niedawna zaglądam i zdaje się, że się zadomawiam. Pozdrawiam!

    https://obszary.com/2015/02/01/9-pseudoartystycznych-gniotow-ktorych-prawdopodobnie-nie-obejrzysz-w-polskim-kinie-scope50/

  3. W takim razie piątka Marto i piątka Kajetanie.
    Chwilowo wypadłam z gry, bo mam pewne zwariowane problemy techniczne i od kilku dni czekam na mejla od ludzi zajmujących się tym tematem.
    Zajrzałam na Obszary i jestem pod wielkim wrażeniem inwigilacyjnej roboty, którą wykonałeś. Jestem za bardzo wczorajsza na poważniejsze wypowiedzi, ale, kiedy wróci do mnie energia życiowa, będę dyskutować!

Join in: leave your comment