Dyskretny urok lewitacji

rs_560x415-140731152605-1024.birdman.cm_.73114
Birdman

 

Topy i wyliczanki są podobno w cenie – kolega mówił. Inny kolega parę miesięcy temu zachęcał mnie do zrobienia kilku rankingów, przede wszystkim na temat pociągów i nekrofilii. Myślę, że przyjdzie na to czas. W pierwszym temacie, póki co, brak mi pomysłów na coś bardziej oryginalnego niż Ziemia obiecana i filmy z pociągiem w tytule, co do drugiego – jestem w nim po prostu strasznie słaba. Lata upłyną zanim zdobędę wystarczającą wiedzę. Zainteresował mnie inny motyw. Lewitacja. W ciągu ostatniego tygodnia obejrzałam trzy filmy, w których bohaterowie unoszą się dużo wyżej niż trzydzieści centymetrów ponad chodnikami. Ponieważ osoby decydujące o wyglądzie komunikacji miejskiej zaczęły wypuszczać spod domu mojego chłopaka tylko ciemne autobusy, pozbawione świateł przyjaźnie spływających na karty czytanej książki, miałam też trochę czasu by przypomnieć sobie inne fascynujące filmowe uniesienia. Dzięki trzem nieprzypadkowym facetom i serii niespodziewanych przypadków ląduje dziś przed wami lista sześciu kinowych lewitacji. A w tle Pixies, co żadnego wyjaśnienia nie potrzebuje.

  1. Zwierciadło, reż. Andriej Tarkowski

Pierwsze miejsce nie powinno nikogo dziwić. Pogrążona we śnie lewitująca kobieta to jeden z pierwszych obrazów, jaki staje przed oczami, kiedy wymawia się nazwisko: Tarkowski. Kwintesencja filmowej poezji, kopiowana przez wielu, co pokaże dalsza część rankingu.

Zwierciadło
  1. Ludzkość, reż. Bruno Dumont

Odrobina magii w okrutnie realistycznym świecie. Prowadzący śledztwo, nieporadny komendant lewituje nad ziemią we własnym ogródku. Choć pozornie bohater unosi się ponad wydarzeniami i wszystkim, co go dotyka w codziennym życiu, jego spojrzenie nadal trafia na ten sam, pusty krajobraz. Lewitacja niewiele zmienia. Czy dumontowski policjant jest nowym Jezusem czy zwyrodnialcem – trudno powiedzieć. Wiem tylko, że uwielbiam te zwyczajne cuda, które w kinie Francuza nie rozbijają werystycznej bańki, lecz są przez nią wessane. Również w Małym Quinquinie, komedii przecież, nie jest inaczej – gdy mój ukochany Ch’tiderman chodzi po ścianie, niczym rasowy superbohater, na nikim nie robi to wrażenia.

Ludzkość
  1. Swobodne opadanie, reż. György Pálfi

Gdybym była okropnie złym copywriterem napisałabym, że Swobodne opadanie to węgierska odpowiedź na Widmo wolności. Na szczęście jestem Sara Nowicka i nie będę pisać takich rzeczy, chociaż podobieństwo do filmu Buñuela jest niezaprzeczalne. Także w lewitacyjnym fragmencie. Grupa zebranych w pokoju ludzi medytuje pod nadzorem duchowego coacha. Jeden z medytujących unosi się nad ziemią, ale zostaje szybko sprowadzony przez swojego guru na ziemię, tak, aby nikt z pozostałych adeptów nie dostrzegł jego niezwykłych zdolności. Walka o indywidualność i prawo do cudów nie została przez chłopaka całkowicie przegrana – trener nie zdołał ukryć jego umiejętności przechodzenia przez ściany.

  1. Ogród, reż. Martin Šulík

Kolejny przykład kinowej poezji. Scena trochę a la Tarkowski – panna cudowna lewitująca nad umieszczonym w ogrodzie stołem. Mimo pozornej zbieżności film Šulíka to zupełnie inna bajka niż Zwierciadło. Słowacki reżyser ucieka od nostalgii, poezji i metafizyki na rzecz pokazania magii dnia codziennego i połączenia swojskiej komedii z surrealistyczną cudownością.

Ogród
  1. Onirica – Psie Pole, reż. Lech Majewski

Majewskiemu do Tarkowskiego dużo bliżej. W jego poetyckim traktacie, w którym ciotka rozprawia o Heideggerze, na cmentarzach odprawiane są akty niegodne, a przestrzenie supermarketu Real pełnią rolę kolejnych kręgów piekielnych, to właśnie scenę miłosnego uniesienia kochanków uważam za najbardziej… pretensjonalną? kiczowatą? Na pewno jako koncept jest spójna z resztą przedstawionych obrazów, ale tak trudno było mi na nią patrzeć. Prawdziwie cudowne jest to, że w nowym filmie Majewskiego odnotowałam tylko jedną niszczącą mnie scenę.

  1. Birdman, reż. Alejandro González Iñárritu

To, że Birdman lata, nikogo nie dziwi. Za to medytacyjna lewitacja jest co najmniej podejrzana. Co oznacza ta scena? Że Riggan odziedziczył po odgrywanym przez siebie superbohaterze moce? Że musi się zrelaksować przed próbą? Czy, że ma świra i wszystkie te dziwne rzeczy, które robi są jedynie wytworem jego wyobraźni? Mam nadzieję, że scena oznacza coś jeszcze innego, a ja jestem po prostu za głupia, by ją zrozumieć. Serio, czekam na fajne tekściki i łebskie interpretacje, bo choć mnie film wymęczył i rozdrażnił, to na pewno ktoś wyciągnął z niego coś wartościowego. W każdym razie Michaela Keatona kocham nadal.

Comments: 2 komentarze

  1. 99vadim Styczeń 24, 2015 Odpowiedz

    Mam nieodparte wrażenie, że w japońskich produkcjach też trochę lewitowano - tylko gdzie to było.. Kobayashi (Kwaidan?), Mizoguchi (Ugetsu?) a może też jakiś film Kurosawy? Lewitacje Tarkowskiego za to śnią się po nocach..

    • nana_kleinfrankenheim Styczeń 29, 2015 Odpowiedz

      Na pewno lewitowano, ale gdzie konkretnie - trudno mi odpowiedzieć. Tarkowski faktycznie ma klucz do snów nas wszystkich ;)

Join in: leave your comment