I cóż, że ze Szwecji (i że stare)

Syskonbädd178219665
Syskonbädd 1782

W dzisiejszym programie kolejne dwa zapomniane filmy – bardzo dobre i bardzo wyjątkowe. Bo to „dojrzalsze” kino szwedzkie to nie tylko Bergman, choć akurat w tych dwóch przypadkach miał mniejszy (grają jego aktorzy) lub większy (napisał scenariusz) wpływ na powstałe dzieło. Będzie pięknie, grzesznie, dość kontrowersyjnie, ale ze światełkiem nadziei na przyszłość.

Hets

Skandal (1944), reż. Alf Sjöberg

Na pierwszym planie mamy problematykę szkolną. Życie uroczych i niewinnych maturzystów uprzykrza nauczyciel łaciny, nazywany przez nich „Kaligulą” (Stig Järrel). Profesor-sadysta za główny cel ataków obrał sobie Widgrena (Alf Kjelin), wrażliwego chłopaka, który przez przeuczenie i nerwy dopuszcza się czynów niegodnych, a nawet podupada na zdrowiu. Co jest ciekawe w tej problematyce i różne w stosunku do innych filmów o niecnych nauczycielach i prześladowanych uczniach? Otóż to, że sprawa nie jest do końca czarno-biała, a uczeń rzucony na pastwę zła bez niczyjej pomocy. Grono pedagogiczne nie popiera metod Kaliguli, wręcz przeciwnie, jeden z profesorów toczy z nim poważną rozmowę na temat jego zachowania. Sam dyrektor stara się go przekonać do nieco lżejszego podejścia. Pedagog twierdzi jednak, że musi być surowy, by nauczyć czegoś krnąbrną młodzież, a poza tym jego niedawne problemy psychiczne nadwyrężyły mu nerwy na tyle, że nie chce dać się zniszczyć niezdyscyplinowanym dzieciakom i, prewencyjnie, uprzedza ich ataki i niesubordynację, która mogłaby ostatecznie zniszczyć jego nadgryzione poczucie własnej wartości. Już tutaj widz nieco współczuć tej postaci, która w innym filmie byłaby czystym złem i budziła jedynie nienawiść. Gdy później dzieje się coś, czego zdradzić nie mogę, Sjöberg buduje kolejną scenę, w której Kaligula nie jest żywym diabłem, lecz ofiarą własnej choroby i żałujemy go bardziej niż młodego chłopaka, któremu zniszczył życie. Kaligula to osoba słaba i nędzna, dla której okrucieństwo jest rodzajem pancerza chroniącego przed światem. Ważne, że reżyser wskazuje jak niebezpieczne jest współczucie dla tak rozchwianych, groźnych dla siebie i innych, osób – być może, gdyby dyrektor szkoły nie był właścicielem tak miękkiego serca udałoby się uniknąć tragedii?

Dostałam w poniedziałek na urodziny „Kino klasyczne”, więc muszę zacytować mały fragment, żeby prezent się nie zmarnował: „(…) historii młodzieńczego buntu przeciwko autorytarnej szkole Sjöberg nadał antynazistowski sens ideologiczny, ponieważ obiektem nienawiści ciemiężonych gimnazjalistów i uosobieniem demonicznego zła uczynił nauczyciela łaciny, którego obarczył faszystowskimi poglądami i wyglądem podobnym do Himmlera, sprzeniewierzają się do pewnego stopnia autobiograficznym intencjom (…) Bergmana” (s. 652). To wielkie szczęście, że Bergman nie odpowiadał za reżyserię „Skandalu”, który dzięki Sjöbergowi stał się ciekawszym, wielowymiarowym dziełem.

Wróćmy do chłopaka. Bardzo podoba mi się to, że w całej tej sytuacji, która jest materiałem na bardzo depresyjny, gorzki i pozbawiający nadziei film, Widgren ani przez chwilę nie zostaje sam. Tak, jest niesprawiedliwie potraktowany, wyrządzono mu wielką krzywdę i przysporzono cierpienia, jednak zawsze w jego zasięgu są osoby – rodzice, dyrektor, przyjaciel – które chcą pomóc mu w trudnej sytuacji. To naprawdę zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Zazwyczaj filmy prezentujące tzw. pozytywne wartości, dające nadzieję, są strasznie naiwne, słodkie i przede wszystkim nierealistyczne. Tutaj historia, która podkopuje wiarę w ludzkość, jednocześnie ją przywraca. Ponieważ jest to film o młodych ludziach, wchodzeniu w dorosłość, myślę, że właśnie dzięki temu udało się twórcom pokazać tak dobrze ten niezwykły czas. Oprócz kilku mniej fajnych rzeczy, dorastanie polega przede wszystkim na tym, że świat przestaje być dla nas jednoznaczny, czarno-biały. Ludzie nie są albo źli albo dobrzy, świat nie chce nas zniszczyć albo gloryfikować – w „dorosłym” życiu te krańcowe wartości, w których zawiera się rzeczywistość młodzieży, równoważą się, dążą do złotego środka, przestają być tak radykalne. Sjöberg pokazuje właśnie taką ewolucję: od buntu, przez wściekłość, depresję do powstania i powrotu do życia. Same portrety młodych bohaterów są bardzo wiarygodne. Widgren marzy o życiu spędzonym na pisaniu i graniu na skrzypcach, jego przyjaciel, bardziej materialistycznie, chciałby mieć stały dostęp do jedzenia, alkoholu i fajek. Gawędzą o filmach i mówią tego typu mądrości: „Wszystkie babki się puszczają. A jak nie to chcą tego. Tak twierdzi i Nietzsche i Strindberg”. Choć „Skandal” ma 70 lat, to nadal zawiera w sobie pierwiastek aktualności i świeżości.

Ale to tylko jedna warstwa tematyczna. Druga, jeszcze bardziej intrygująca, rozgrywa się w ekspresjonistycznej scenografii. Widgren zaczyna romansować z starszą od siebie, ale niezwykle atrakcyjną, kioskarką. To nie jedyny problem – Bertha (Mai Zetterling) jest alkoholiczką, do której mieszkania nocą przychodzi upiorny prześladowca. Nie wiadomo czy istnieje naprawdę czy jest tylko jej wymysłem, ale na pewno jest postacią niszczącą zdrowie zastraszonej kobiety i jej związek z przystojnym chłopakiem. Ten wątek jest wręcz elektryzujący, a gdy na jaw wychodzi to, czego wam nie powiem, jest się naprawdę przerażonym i skonfundowanym, tym bardziej, że wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi.

Na koniec jeszcze jeden smaczek. Sjöberg wykorzystuje w „Skandalu” bardzo fajny symbol – małego kociaka należącego do Berthy. Nie zdradzę jakie są jego filmowe losy, ale bądźcie czujni, gdy zobaczycie go na ekranie. Choć to akurat zbędna rada, bo takiego słodziaka trudno zignorować.

Moja siostra, moja miłość

Moja siostra, moja miłość (1966), reż. Vilgot Sjöman

O ile „Skandal” może się wydawać nieco kontrowersyjny (zakazany związek, prześladowanie, sadomasochizm) to „Moja siostra, moja miłość” jest prawdziwą petardą. Nic dziwnego, film wyreżyserował Vilgot Sjöman, czyli czołowy szwedzki skandalista, twórca „Jestem ciekawa w kolorze żółtym” i „Jestem ciekawa w kolorze niebieskim”, które, swego czasu, zgorszyły wielu odbiorców. Choć te tytuły z perspektywy lat wydają się być dość „niewinne” to „Moja siostra, moja miłość” nadal może oburzyć niejednego widza.

1782 rok. Jacob (Per Oscarsson), artysta i obieżyświat, wraca po latach na łono rodzinny. Z jego powrotu najbardziej cieszy się jego siostra Charlotte (Bibi Andersson). Ich relacje znacznie odbiegają od przyjętych standardów i dość szybko rodzeństwo zaczyna ze sobą sypiać. Charlotte zachodzi w ciążę i gdy upewnia się, że brat nie jest w stanie przyjąć na siebie odpowiedzialności i nie rozpocznie z nią nowego życia hen hen daleko, decyduje się na ślub z hrabią Schwartzem (Gunnar Björnstrand, który grał jednego z nauczycieli w „Skandalu”). Hrabia, choć wie, że dziecko nie jest jego, przyjmuje je jak swoje, co jednak nie jest w stanie zmazać jego licznych wad, np. tego, że jest kiepskim kochankiem. Charlotte tęskni za bratem, on pogrąża się w rozpuście i udaje przed siostrą uczucie do niewinnej mieszczki, która zakochana w nim na zabój szaleje z zazdrości – oglądałam ten film z hiszpańskim dubbingiem, więc skojarzenie z telenowelą jest wręcz oczywiste.

Tyle streszczenie fabuły, czas przejść do głównych problemów. Samo kazirodztwo nie jest jedynym grzechem bohaterów, którzy kilkakrotnie odnieśli się w swoich wypowiedziach do kwestii moralnych. Najbardziej sprawą kary interesuje się Charlotte. W jednej z pierwszych scen, podczas przyjęcia, wyznaje, że nie wierzy w zaświaty, karę, która ma spotkać ludzi po śmierci i w ogóle bycie katolikiem to głupota. Jednak z biegiem czasu orientuje się, że kara może ją spotkać już w życiu doczesnym. Od tej chwili staje się jej obsesją i największym lękiem. Ciekawa jest konfrontacja Charlotte z osobą z marginesu, która dobrze rozumie jej sytuację i która w finale wyrasta na najważniejszą osobę dramatu.

Nie tylko Charlotte i Jacob są seksualnymi anarchistami. Mąż Charlotte, wypowiada jedno z najbardziej kontrowersyjnych zdań w filmie, w którym sugeruje, że chciałby spać jednocześnie z żoną i z jej małym potomkiem. Hrabia jest zresztą dość mroczną postacią. Z jednej strony można mu współczuć, z drugiej sam przyznaje, że udaje uczucia po to, by mieć władzę nad ludźmi.

Jednak to nie chore relacje świadczą o wartości filmu. W „Mojej siostrze, mojej miłości” najciekawsze są dwa rodzaje podejścia do erotyzmu. Pierwszy, związany z Jacobem i Charlotte, jest niezwykle zmysłowy, ale też destrukcyjny. Eros i Tanatos, burza uczuć zwiastująca śmierć. Drugi jest frywolny i przaśny, dotyczy niższych warstw społecznych i silnie kojarzy się z „Opowieściami Kanterberyjskimi” Pasoliniego. W scenach w karczmie starsza, obłożona cellulitem dama prezentuje zebranym swoje pośladki, zaś później, wśród śmiechów i żartów, jeden z mężczyzn podnosząc jej kolejne spódnice, pokazuje przestraszonemu młodzieńcowi jej łono, które nazywa „sekretem życia” i „rajem”. W pokoju nad nimi, wraz z dwoma nagimi kobietami leży Jacob. Jedna jest niczego sobie, druga, porównana przez niego do świni, jest przez parę kochanków oblewana winem i poniżana. Cielesność nie jest tu już czymś atrakcyjnym i podniecającym, lecz odpycha i widzów i mężczyzn.

W „Mojej siostrze, mojej miłości” warto wyróżnić jeszcze jedną scenę. Jadące przez las bohaterki zostają otoczone stadem owiec, które nie pozwala im przejechać. W kontekście wypowiedzi Charlotte na temat katolicyzmu, łatwo zobaczyć w tych ślicznych zwierzątkach symbol wiernych owieczek, przedstawicieli religii, którzy ograniczają życie bohaterów. Na tym jednak porzucam temat kazirodztwa, nie chcę się angażować w żadne polityczne tematy.

Film jest wart zobaczenia nie tyle ze względu na kontrowersyjną problematykę, ale na nastrój, emocjonalne walory, fajne rozwiązania techniczne, zdjęcia i sposób przedstawienia kontrastów społecznych, relacji oraz tematów erotycznych i religijnych. Kreacje aktorskie są wspaniałe: Andersson nie ma w sobie nic z niewinnej Sary z „Tam, gdzie rosną poziomki”, Oscarsson jest diabelnie pociągający, zaś Björnstrand naprawdę przeraża. A! Zapomniałabym. I tutaj w finale pojawia się iskierka nadziei w postaci świeżo urodzonego berbecia. Jak widać, szwedzkie kino nie tylko śmiercią, neurozą i cierpieniem stoi, ale potrafi też przemycić sporo wiary w lepszą przyszłość.

Comments: 2 komentarze

  1. 99vadim Listopad 28, 2014 Odpowiedz

    Bardzo rozśmieszyło mnie zdanie "(...) który przez przeuczenie i nerwy dopuszcza się czynów niegodnych (...)". :D Synonimem starego, dobrego szwedzkiego kina jest dla mnie od długiego czasu, notabene ulubiony film Bergmana "The Phantom Carriage", zwłaszcza w połączeniu z soundtrackiem KTL - nie do zapomnienia. A propos Bergmana, ostatnio widziałem "Skammen" - ukryta perełka jak dla mnie, polecam, jeśli nie znasz. Na pewno obejrzę oba opisywane przez ciebie filmy, narobiłaś mi smaka, bardzo lubię te duszne klimaty i emocjonalne dramaty spod znaku Svensk Filmindustri ;)

    • nana_kleinfrankenheim Grudzień 1, 2014 Odpowiedz

      Haha, to cieszę się, że udało mi się trafić w Twoje poczucie humoru, bo najczęściej sama śmieję się ze swoich żartów ;). Uwielbiam "Furmana śmierci" i, choć to pewnie dziwne, lubię oglądać nieme filmy w zupełnej ciszy, no chyba, że jest to jakiś koncert na żywo itp.
      "Hańbę" widziałam wiele lat temu i pamiętam, że podobał mi się ten film, choć długo wstrzymywałam się z obejrzeniem go, bo połączenie Bergmana z tematyką wojenną wydawało mi się złym pomysłem. Na szczęście się pomyliłam.
      Filmy raz jeszcze polecam :)

Join in: leave your comment