Kamera Akcja: “Medium” i “Turysta”

1798866_868322716525918_2891874506345411539_n
Jacek Koprowicz, fot. M. Strzelczyk

Kończąc temat łódzkiej Kamery Akcji, opowiem dziś trochę o dwóch filmach, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Dość trudno znaleźć mi ich cechy wspólne, choć oczywiście dałoby się to zrobić. Na przykład biorąc pod uwagę manipulację umysłem drugiej osoby, która jest ważnym, o ile nie najważniejszym, punktem obu dzieł. W Medium mamy do czynienia z wpływaniem na innych, dzięki nadprzyrodzonym umiejętnościom, w Turyście działa zwykła psychologia. No proszę. Mam już klamrę łączącą moje dwa ulubione filmy, mogę więc już swobodnie je rozdzielić i przejść do sedna.

Medium (1985), reż. Jacek Koprowicz

Zacznę od wspomnień. Jakąś dekadę temu zobaczyłam powyższe zdjęcie w którymś z filmowych magazynów (najpewniej w „Filmie”) i uwiodło mnie podobnie jak zdjęcie z Narcyza i Psyche, o którym kiedyś wspominałam. Oczywiście nie zwróciłam uwagi na podpis, a z filmem Koprowicza, mimo tego, że słyszałam na jego temat wiele dobrego, mijałam się przez lata. W końcu nadszedł oczekiwany dzień zderzenia wyobrażeń i oczekiwań z rzeczywistością i ku mojej wielkiej radości film wygrał, dając mi wiele więcej niż się spodziewałam.

Przede wszystkim nie uznałabym Medium za horror. Film okultystyczny, kryminał metafizyczny, czerpiący z kina noir (nadużywający alkoholu komisarz, famme fatal, stroje, samochody, posępność etc.) – takie określenia bardziej pasują mi do tego filmu.

Oblepiony swastykami Sopot, październik 1933 roku, dzień zaćmienia słońca. Pierwszymi bohaterami, których poznajemy jest stawiający horoskopy parapsycholog oraz jego siostra, mająca mediumiczne zdolności. To właśnie dzięki jej wizji poznajemy bohaterów sterowanych przez nieznane medium o wielkiej sile: śpiącego na plaży przy sztormowym morzu komisarza policji, nauczycielkę, która wciąż kradnie tę samą suknię, eleganckiego mieszkańca Warszawy, który nie wie, dlaczego przybył do miasta oraz przerażonego swoją bezsilnością Georga Netza. Wspomniany komisarz trafia na ślad tej dziwnej sprawy, w której jest jednocześnie śledczym i śledzonym. Partneruje mu rudy (czyli fałszywy 😉 ) aspirant, sympatyzujący z SS, który stara się pozbawić komisarza stanowiska.

Klimat filmu jest niezwykły. Muzyka Krzesimira Dębskiego, zdjęcia, opuszczony dom, aktorzy – wszystko jest takie, jak być powinno, co zaskakuje, biorąc pod uwagę fakt, że jest to pierwszy poruszający taką tematykę film w Polsce i sami twórcy nie wiedzieli za bardzo, jak to się robi. Niezwykły jest sam pomysł odkrycia tajemnicy nieśmiertelności, wykorzystanie figury sobowtóra oraz dziecka, skrywającego mroczną tajemnicę. Trzeba zobaczyć koniecznie, tym bardziej, że jest dostępny w wielu legalnych źródłach internetowych.

Motyw, w którym policjant prowadzący śledztwo natrafia na swój ślad, skojarzył mi się z Harry’m Angelem, jednym z moich ulubionych filmów (ale raczej top 100 niż top 10). Oczywiście okultystyczne tło również łączy oba filmy. Podczas rozmowy z Koprowiczem okazało się, że moje skojarzenie nie jest przypadkowe. Alan Parker był zachwycony Medium i być może inspirował się nim podczas tworzenia swojego filmu. O tej i innych ciekawostkach można przeczytać w książce, którą w zeszłym roku wydał reżyser: Medium. Wizualizacja warstw narracyjnych. Nie dotarłam do niej jeszcze, ale wydaje mi się bardzo intrygującą propozycją – reżyser, który sam omawia swoje dzieło w tym przypadku może być ciekawszy niż rzesza analizujących go krytyków. Tym bardziej, że Koprowicz jest wykładowcą i sprawnym teoretykiem.

I właśnie. Muszę napisać parę słów o samym twórcy, który zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Pomimo nieco diabelskiego spojrzenia jest bardzo ciepły, zabawny i cholernie inteligentny. Żałuje, że rozmowa z nim trwała niedługo (ok.20 min), bo była zdecydowanie najciekawszym momentem festiwalu.

Końcowy smaczek: pewnie każdy z was słyszał o kierowcy z Sopotu, który w wakacje urządził sobie rajd po tamtejszym molo i nie był do końca świadomy swych czynów. W Medium jest dość podobna scena, więc jak widać, aura niesamowitości otaczająca film wpływa na rzeczywistość i dziś.

Turysta (2014), reż. Ruben Östlund

Francuskie Alpy, rodzina na wakacjach, wyższa klasa średnia, Vivaldi w tle. Powtarzalne czynności, zjazd na nartach, surrealizm i absurd wydobyty ze znajdujących się w kurorcie urządzeń. Wspaniały wyjazd psuje rodzinie lawina. Ona chroni swoje dzieci, on ucieka. Ta sytuacja rzuca cień na ich związek – on wypiera swoje zachowanie, ona nie potrafi się z tym pogodzić. Do konfliktu zostają wciągnięte osoby trzecie.

Tym, co najbardziej cenię w tym filmie nie jest ta rodzinna psychodrama, choć na pewno reżyser wspaniale portretuje ludzkie relacje. Podoba mi się realizm z jakim Östlund pokazuje zachowania osób przebywających w związku; kompromisy, manipulacje i inne gry, którym się oddają. Podoba mi się, że pomimo gorzkich obserwacji, udaje mu się stworzyć niebywale zabawny film. Jednak tym, co spodobało mi się najbardziej jest sposób, w jaki autor kontynuuje każdą ze scen. Po poincie, punkcie kulminacyjnym reżyser idzie dalej, pokazuje to, co się dzieje „po”, dzięki czemu udaje mu się uchwycić nudę i pustkę oraz niuanse, które decydują o zmianie znaczenia lub zmianie odczucia danej chwili. Pokazuje także jak inni wpływają na nas. Widać to na przykład w scenie, w której bohaterowie siedzą na leżakach, piją piwo i podchodzi do nich piękna młoda dama, mówiąc, że jej koleżanka uważa, że jeden z nich jest najprzystojniejszy w kurorcie. Przez chwilę Tomas jest królem świata, panowie siedzą w milczeniu i uśmiechają się do słońca. Po chwili dziewczyna wraca, mówiąc, że się pomyliła, koleżance chodziło o kogoś innego. Zmiana nastawienia. Następnie zaczyna robić się mała burda, gdy kobiety chcą wyjaśnić sytuację. Znowu inny nastrój. Film jest złożony z takich zróżnicowanych scen.

Prawdziwym majstersztykiem jest zakończenie. Nie chciałabym zdradzać zbyt wiele, w każdym razie grupa turystów schodzi w dół góry pieszo. Niczym owce, które bezmyślnie podążają za pasterzem, oni podążają za bohaterką. Przypomina mi to Anioła zagłady, gdzie ludzie, udający się do kościoła na dźwięk bicia dzwonów, przypominają stado owiec. Zresztą dużo tu stylistycznego surrealizmu, absurdu, krytyki burżuazji, a wszystko to w oszałamiającym, górskim pejzażu. Nie zostaje mi nic innego jak szybko nadrobić pozostałe filmy Östlunda.

Comments: no replies

Join in: leave your comment