Bruce LaBruce + Mariola Brillowska

3

Bohaterowie retrospektyw tegorocznego Ars Independent zostali dobrani do siebie niezależnym porno-kluczem. Fabularny pankrok LaBruce’a niewiele ma wspólnego z zanurzonym w niemieckim elektro animowanym pankrokiem Brillowskiej, ale pornografia łączy tych dwoje, a także jest elementem bez którego trudno wyobrazić sobie ich filmy.

fot. M. Jędrzejowski

BRUCE LABRUCE

Z wielkim wstydem wspominam notkę na facebooku, w której wspomniałam, że nie znam twórczości LaBruce’a, ale wygląda bardzo spoko. Ze wstydem, ponieważ (jak zawsze) okazało się, że wszyscy go znają, wszędzie się o nim pisze, każdy ma jego podobiznę wydziaraną w niecnotliwym miejscu itd. Z drugiej strony lekki wstyd to niewielka cena za, tak rzadką ostatnio, możliwość odkrycia autora, którego bez zastanowienia włącza się do grona „swoich ludzi”.

Przed festiwalem obejrzałam No skin off my ass i muszę przyznać, że jestem oczarowana tą dziwaczną opowieścią o miłości punkowca-geja do skinheada-skinheada. Odpowiada mi taka filmowa partyzantka: niska jakość, aktorzy-amatorzy, ale jednocześnie fajna historia i bohaterowie, cudowna muza, no i kilka niezłych filmowych odniesień. Punktem wyjścia jest Ów chłodny dzień w parku Altmana, który ogląda łysy bohater. Film zobaczę na dniach, więc jeszcze nie wiem jak silna jest relacja pomiędzy zacytowanym tytułem a produkcją LaBruce’a, jednak, po zobaczeniu opisu, myślę, że całkiem spora. Fajna muza to m.in. ska cover „These boots are made for walkin’” (kocham), klimaty w stylu Billie Holliday oraz leitmotive – lekka jak piórko piosenka śpiewana przez ciepły głos męski z pobrzękującą gitarą w tle. Bohaterowie to outsiderzy, najczęściej związani z punkowym środowiskiem. A! Zapomniałabym o ważnej postaci – siostrze głównego bohatera, radykalnej aktywistce. W filmach LaBruce’a, które oglądałam, to właśnie kobiety są najbardziej wojownicze, rewolucyjne, choć najczęściej tylko w słowach.

Przede wszystkim No skin off my ass jest cholernie romantyczny, tak samo zresztą jak pozostałe filmy Kanadyjczyka.

Cechy debiutu obecne są także w filmach pokazywanych na Ars Independent. Raspberry Reich to znakomita satyra na współczesnych rewolucjonistów (nie dziwię się w sumie, że ktoś na sali zapytał czy reżyser ma prawicowe poglądy. Ten film można odebrać jako wielką bekę z lewicowych manifestów i antykapitalizmu). Baader-Mainhof i Che Guevara to główni bohaterowie grupy terrorystycznej, której przewodniczy Gudrun, uprawiająca seks w windzie wbrew łóżkowemu uciemiężeniu oraz głosząca takie hasła jak: „prawdziwa rewolucja to homoseksualna rewolucja” antykapitalistyczna aktywistka. LaBruce ma nieziemskie poczucie humoru, rzuca rewolucyjnymi symbolami na prawo i lewo, a jednego z najbardziej męskich terrorystów ubiera w koszulkę z napisem „Free Winona”. Ten film też jest „partyzancki”, miksuje różne konwencje, style, często korzysta ze sztuki wideo, powtarzając obrazy i naklejone nań rewolucyjne hasła, mieszając je i pozbawiając pierwotnego znaczenia. Gejowskiego porno jest tu naprawdę sporo, ale, co najważniejsze, jest też wątek romantyczny – zakazanej miłości porwanego i porywacza, którym udaje się zbiec niczym klasycznym kochankom w kinie drogi. W jednej ze scen autor odwołuje się zresztą do historii i każe jednemu z bohaterów przedstawiać się jako Clyde Barrow.

Otto, czyli niech żyją umarlaki stawiam półkę niżej, choć dalej jest to fajne, autorskie kino, tym razem czerpiące z dokumentów filmowych, found footage i oczywiście filmów o zombie. Jest też bohaterka wyjęta z kina niemego, którą otacza charakterystyczna sepia, odróżniająca ją od tła. Otto to chłopak, któremu wydaje się, że jest zombie. Ten fakt wykorzystuje reżyserka gejowskich zombie-pornosów i czyni go jednym z głównych bohaterów nowego dzieła. U podłoża problemów psychicznych Ottona stoi nieszczęśliwa miłość, a samo bycie zombie można odczytywać jako metaforę bycia społecznym wyrzutkiem, w tym przypadku przede wszystkim przez orientację seksualną, choć myślę, że czytanie Martwych dusz Gogola nie jest bez znaczenia.

Najnowsza, mainstreamowa Gerontofilia to chyba mój numer jeden, nie tylko dlatego, że mam słabość do starszych panów. Przesłodka i przezabawna, pozbawiona sentymentalizmu opowieść o romansie 18-latka i 82-latka to, pomimo pewnego ugładzenia, nadal wywrotowe kino LaBruce’a. Tu zamiast wielkiego portretu Che fototapetę zdobi podobizna Gandhiego, główna żeńska bohaterka wymienia rewolucjonistki jedynie z nazwiska (i są to najczęściej gwiazdy muzyki), a największym szaleństwem na jakie się porywa jest pocałunek z kobietą, zaś sceny miłosne są subtelne i niedosłowne. Muzyka nadal jest fajna, choć też zdarzają się bardziej, hmm, popowe utwory, np. Pulp czy zespoły, których nawet nie znam z nazwy. W Gerontofilii LaBruce’a także puszcza oko do widza oswojonego z historią kina, odwołując się np. do Harolda i Maude czy Lolity.

Podobają mi się też „autorskie smaczki” w filmach LaBruce’a czyli drobne szczegóły, które nie zmieniają zbyt wiele, ale łączą dane filmy ze sobą, np. role Susanne Sachße, wspomniane fototapety umieszczone w centrum pokoju, motyw ucieczki kochanków czy Winona Ryder, która z koszulki bohatera Raspberry Reich przeszła do wypowiedzi Desiree w Gerontofilii, w której dziewczyna nazywa aktorkę rewolucjonistką, ponieważ „kradzież zawsze jest rewolucyjna”.

fot. M. Jędrzejowski

MARIOLA BRILLOWSKA

 

Brillowska także ma własny, autorski, rozpoznawalny, spójny styl i jest bardzo sympatyczną osobą, jednak nie ukrywam, że nie jest to mój pankrok, więc opisywanie jej retrospektywy zajmie mi mniej miejsca. Przegląd obejmował dziesięć krótkich metraży stworzonych w latach 1990-2011. Brillowska w specyficzny sposób rysuje swoich bohaterów: jedno oko i jedna pierś wystarczają, zresztą i tak najważniejszymi częściami ich ciał są genitalia. Seksualność, najczęściej kobieca, jest na pierwszym miejscu, feministyczne piętno najłatwiej dostrzec w Czerwonym kurzu poranka, historii Lindy i Lorny badających ciało seryjnej morderczyni Myry Hyndley.

Znaczna część animacji to wizualizacja nieprzeciętnych erotycznych fantazji. Fifi to film o psie, który całe dnie ogląda porno w telewizji, Eryk na seksłaniu opisuje seksualne doznania tytułowego bohatera, Porno Karaoke International jest zbiorem erotycznych pocztówek z całego świata, zaś w Fałszywym graczu autorka porównuje sport do seksu.

Grabowski – dom życia, najstarszy z zaprezentowanych filmów, jest według mnie najciekawszy. Jest tu i piekło życia emigranta i historia miłosna i okropny obraz instytucji jaką jest dom pogrzebowy. W tym filmie, tak jak w kilku późniejszych, występują nietoperze z obrazu Goi, całkiem fajnie wyglądające na tle kolorowych animacji.

Ruski make up jest raczej dla osób pamiętających PRL, chociaż refren śpiewanej przez Brillowską piosenki chodzi za mną od soboty i niekoniecznie jestem z tego powodu zadowolona. Więc lepiej uważać – muzyka z animacji wchodzi w psychikę podobnie jak ostre kolory. Aż do świtu to taki film na kaca, kiedy chce się raz na zawsze pozbyć przeszłości i wspomnień. Visa Vu to tajemnicze anty love story (na stronie PWN pani Grażynie nie odpisano jak powinno się to zapisać, więc z góry przepraszam za błąd), natomiast z To be around nie pamiętam kompletnie nic, film trwa trzy minuty, więc po prostu przemknął niezauważony.

To tyle. Cieszę się, że znowu mogłam uczestniczyć w Ars Independent i że festiwal, na który byłabym w stanie przyjechać z drugiego krańca Polski, mam w zasięgu ręki. Chciałabym podziękować jednemu z organizatorów za plakat z autografem LaBruce’a, a innym za troskę o to, abym mogła dostać należną mi część naklejek i tatuaży. Nie były to żadne próby przekupstwa, ludzie którzy robią ten festiwal są naprawdę niespotykanie mili. Generalnie Ars Independent forever

Moje ciało na tyle opiera się symetrii, że nawet przyklejone dziary wychodzą krzywe 🙁

Comments: no replies

Join in: leave your comment