5. Festiwal Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja

Premieryipokazyspecjalne-Zimowysen-NuriBilgeCeylan4
Zimowy sen

Jeśli wierzy się w linearny przebieg czasu oraz wyznaje przyczynowo-skutkową wizję świata to wie się, że po czasie zapowiedzi przychodzi czas podsumowań. Mój blog nie odstępuje od tej reguły – w związku z tym, że niedawno zapowiadałam Festiwal Kamera Akcja, dziś przychodzi mi podsumować to wydarzenie. Żeby było jeszcze zwyczajniej zacznę od teorii, po czym przejdę do praktyki i rzeczy mniej fajnych, by na koniec zostawić to, co najprzyjemniejsze i najciekawsze – przejazd po obejrzanych filmach.

Kamera Akcja to impreza branżowa dla krytyków filmowych, przyszłych krytyków filmowych i osób poszukujących, które chcą sprawdzić z czym to się je i, być może, nauczyć się czegoś nowego. Dlatego też część warsztatowa, panele dyskusyjne i spotkania są najważniejszą częścią imprezy, a sam repertuar składa się przede wszystkim z filmów już docenionych oraz takich, które niedługo wejdą do polskich kin studyjnych po to, by zebrać mnóstwo pochlebnych recenzji. Jako osoba, która nie za bardzo przepada za socjalizowaniem się z jakąkolwiek branżą, ale musi spróbować wszystkiego, wybrałam się jedynie na dwa skromne warsztaty. Pierwszy to Wytwórnia znaczeń z Konradem Klejsą, przypominający całkiem fajne zajęcia na studiach. Na przykładzie Odysei kosmicznej, Mechanicznej pomarańczy i naszych „klasówek” Klejsa mówił o trudnościach w opisywaniu tego, co widzimy na ekranie i nadawaniu temu znaczeń. Ogólnie bardzo pozytywnie. Jak zrobić wywiad, czyli spotkanie z Mariolą Wiktor nie było warsztatem, a zbiorem anegdot z wieloletniej pracy wywiadowczej bohaterki. Słuchało się ich doskonale, kilka z nich było naprawdę inspirujących, znalazło się też parę niezłych porad czyli również na plus.

Czas więc na minus. Wiedziałam na co się piszę, że nie jest to festiwal dla fanów kina lub jego konkretnej odsłony, tylko impreza dla krytyków, podczas której można złapać nowe kontakty, ponarzekać i powymieniać się doświadczeniami. Mimo to jestem dość rozczarowana atmosferą tego wydarzenia. Pomimo całkiem niezłych filmów nie było zbyt fajnie i mój entuzjazm wyparował szybciej niż polawinowa mgła w filmie Östlunda. Moim punktem odniesienia,  wzorem dobrego festiwalu niech będzie Kino na Granicy. To święto, na którym nie sposób nie czuć się dobrze, widzowie są ze sobą połączeni (nie chcę używać słowa “wspólnota”, rozumiecie pewnie co mam na myśli) i otwarci, jest bardzo miło i luzacko, wszystkich dotyka cieszyńska maniana. Być może Łódź sama w sobie jest miastem wysysającym życiową energię z ludzi, miałam bowiem wrażenie, że znaczna część widowni jest na sali za karę albo dlatego, że muszą chodzić na projekcje, by zdobyć zaliczenie. Takiej ilości prychnięć, westchnięć, jęków i głupich komentarzy nie słyszałam dawno. Moim numerem jeden jest dialog po seansie Turysty, filmu, podczas którego często słyszałam: „niee”, „ten film jest dziwny”, a gdy pojawiła się plansza „ostatni dzień” z wielu stron dobiegł mnie radosny komentarz: „nareszcie”. Wracając do dialogu:

Pan Jeden: No i jak?

Pan Dwa: Masakra. Nic nie zrozumiałem. Chyba Barbara Białowąs musiałaby mi wytłumaczyć ten film.

Pan Jeden: No, gdyby Barbara robiła ten film to byłby wybitny.

Jezu, jak długo można ciągnąć łacha (zawsze chciałam użyć tego zwrotu!) z tej laski, takie rzeczy nie robią się nieśmieszne po kilku tygodniach?

Może niepotrzebnie się czepiam i po prostu w moim poważnym wieku 25 lat jestem za stara na imprezy skierowane do publiczności znacznie młodszej ode mnie.

Co do samej organizacji to mogę przymknąć oko na opóźnienia, literówki w napisach, strasznie niewygodne miejsca na salach – to jest naprawdę nieważne. Za to próba ogłuszenia mnie na Zimowym śnie i jeszcze jednym filmie budzi mój stanowczy sprzeciw. Ciszej nie znaczy gorzej.

Część okołofilmową zakończy moje najdziwniejsze doznanie na festiwalu, które pozwoliło mi poczuć się nie tylko jak osoba z „branży”, ale nawet jak celebrytka. Otóż, wyszłam sobie na papierosa połączonego z rozmową telefoniczną, opieram się o balustradę i widzę panią na dole cykającą mi zdjęcia. Nieprzywykła do takich zdarzeń, starałam się umknąć obiektywowi, jednak, jak zobaczyłam dzisiaj, nieudolnie. Na fanpage’u festiwalu znalazło się moje zdjęcie. Po chwilowym zaskoczeniu, doceniłam talent autorki. Symetria, idealna prostota linii i ogólnie cała ta geometria, która mnie otacza wygląda bardzo „kadrowo” i muszę przyznać, że jest to najmniej rozchwiane i krzywe zdjęcie, jakie mam. Dobrze, że szlug zdołał się ukryć.

Fot. Marta Strzelczyk

Filmy!

Przez cztery dni obejrzałam osiem produkcji. Nie jest to jakaś zawrotna ilość, ale chociaż, nawiązując do Jodorowsky’ego, nie dostanę raka duchowego.

Mommy, reż. Xavier Dolan – pomimo pogardy, którą kierują w moją stronę bliscy znajomi za tę słabość, lubię filmy Dolana. Mamę też polubiłam, choć jest stanowczo przekombinowana, wszystko jest „za bardzo” i „za dużo”, po prostu chwilami jest zbyt pretensjonalna, nawet jak dla mnie. Wonderwall, Celine Dion czy Lana del Rey stoją u podstaw najważniejszych scen – momentami trudno nie złapać się za głowę widząc i słysząc to, co przygotował dla widza Dolan. Mimo to, oglądanie filmu Kanadyjczyka jest przyjemnością, aktorki są niesamowite! Szczególnie uwiodła mnie Suzanne Clement w scenie, w której mąż odbiera jej folię bąbelkową. Nigdy nie zapomnę jej wyrazu twarzy. Przerysowana matka i wieczna nastolatka w interpretacji Anne Dorval jest równie niezapomniana.

We Are the Best, reż. Lukas Moodysoon – co mogę powiedzieć? Trudno, żeby nie uwiódł mnie film o 13-letnich punkówach, które zakładają własny zespół. Marzenia i wspomnienia wróciły ;). To ciepły, przezabawny i uroczy film. W dodatku, szczerze mówiąc, dawno żaden punkrockowy tekst nie trafił do mnie tak bardzo jak wersy Wrednego sportu 😉

Narkotykowy Kowboj, reż. Gus Van Sant – uwielbiam takie filmy. Wspaniali aktorzy, fajne postacie, zabobony i narkotyki (leki) jako sposób okiełznania przyszłości. No i jest Burroughs! Jeden z najlepszych występów pisarza w filmie.

Klub Jimmy’ego, reż. Ken Loach – ten film jest tak bardzo schematyczny, że aż trudno w to uwierzyć. No dobra, wszystkie filmy są schematyczne, ale ten operuje takimi schematami, za którymi ja za bardzo nie przepadam. Jest to solidna historia, dobrze zrobiona i opowiedziana. Zdjęcia, emocje, jasny podział na dobrych i złych – wszystko jest na swoim miejscu. Dla mnie taki zbiór elementów psuje przyjemność z kina, gdyż z góry wiadomo, co będzie dalej. Jednak myślę, że sporej części publiczności film powinien się spodobać. Wszyscy przecież uwielbiamy opowieści o księżach-niegodziwcach ;). A Irlandia jest taka piękna…

Lewiatan, reż. Andriej Zwiagicew – to niewątpliwie bardzo dobry film, jednak dla mnie okazał się osobistym zawodem. Po zobaczeniu Powrotu i Wygnania spodziewałam się czegoś zupełnie innego, natomiast Lewiatan jest czymś w rodzaju rosyjskiej odpowiedzi na kino Smarzowskiego. Reżyser obnaża wszystkie przywary Rosji i jej mieszkańców, wódka leje się ostro, a kler i władza są reprezentowani przez skurwysynów pierwszej klasy. Portret Putina w gabinecie mera, Pussy Riot w telewizji, trzy ikony przyklejone obok trzech nagich dam w samochodzie i stara cerkiew jako miejsce, w którym pije młodzież – kraj w stanie całkowitego upadku. Mocne, prawdziwe, uniwersalne kino, choć chwilami za bardzo bije po oczach niektórymi symbolami i sugestiami. No i trzeba się przygotować na solidną dawkę pesymizmu.

Zimowy sen, reż. Nuri Bilge Ceylan – ta opowiedziana niesamowitymi kadrami historia to ta sama półka, co Lewiatan. Pokazanie reprezentowanej przez kilka osób społeczności, bardzo silnie zakorzenionej w swojej kulturze, pozwala stworzyć uniwersalną opowieść o kondycji duchowej dzisiejszego człowieka. Podoba mi się, że Ceylan pokazuje długie rozmowy, które większość reżyserów ucięłaby kilkanaście minut wcześniej. Oraz to, że w jego filmie nic nie jest oczywiste, ciągle stajemy po stronie innego bohatera, by ostatecznie nie być po niczyjej lub by znaleźć zrozumienie dla wszystkich.

O moich ulubionych filmach festiwalu – Turyście i Medium – będzie jutro.

Mommy, w tle brzmi Wonderwall

Comments: 5 komentarzy

  1. 99vadim Październik 16, 2014 Odpowiedz

    Dolan momentami ociera się w Mommy o jakiś rodzaj pozytywnej (kreatywnej?) grafomanii, ale mimo tego balastu, film jako całość, zrobił na mnie duże wrażenie. Tylko, proszę Panie Xavierze, nigdy więcej zabaw z formatem obrazu.. No i potańcówka w kuchni - https://www.youtube.com/watch?v=B6N6Y9DX9Es#t=49s - nie do zapomnienia. We wtorek łapię "Turystę" na festiwalu All About Freedom, częściowo kierowałem się twoją rekomendacją w tym wyborze ;) Pozdrawiam.

    • nana_kleinfrankenheim Październik 17, 2014 Odpowiedz

      W takim razie mam nadzieję, że się nie zawiedziesz :)
      Całkowicie podpisuję się pod tym, co napisałeś o "Mommy". Dzięki też za link, szukałam wczoraj tego fragmentu :)

  2. Marta Ossowska Styczeń 29, 2015 Odpowiedz

    A więc to Ty widniejesz na najpopularniejszym zdjęciu tegorocznej edycji festiwalu :) Również uczestniczyłam w Kamerze Akcji i mam podobne odczucia co Ty, jednak "Zimowy sen" i "Lewiatan" stały się moimi ulubieńcami roku 2014.

    • nana_kleinfrankenheim Styczeń 29, 2015 Odpowiedz

      Ale się doczekałam sławy ;) . Doceniam oba filmy, ale póki co nie jest to moje kino. W każdym razie nie przekreślam tych tytułów i pewnie wrócę do nich po latach.
      Udało mi się za to w końcu obejrzeć "Dzikie historie" - cóż za oczyszczające kino :)

    • Marta Ossowska Styczeń 30, 2015 Odpowiedz

      Zgodzę się co do "Dzikich historii", przydał mi się taki seans tuż przed sesją ;)

Join in: leave your comment