Prywatność Vivian Maier

VM19XXW03458-12-MC

Muszę przyznać, że jestem totalnie oczarowana historią Vivian Maier. I dość rozczarowana postawą odbierających ją ludzi. Naprawdę nie rozumiem tego powszechnego zdziwienia faktem, że Vivian nie chciała pokazać światu swoich zdjęć. Jasne, lwia część artystów, pisarzy, fotografików traktuje swoją twórczość jako komunikat skierowany do publiczności. Autor i odbiorca są nierozerwalnie związani, jedno nie istnieje bez drugiego. Jednak nie każda inicjatywa twórcza musi wynikać z potrzeby dialogu. Wydaje mi się, że autor tworzy przede wszystkim dla siebie. Po to, by oswoić otaczający go świat, nauczyć się operować własnym językiem, wypracować własne spojrzenie na rzeczywistość. Podzielam teorię Rolanda Topora, który mówił, że tworzy przede wszystkim dla siebie i ludzi sobie podobnych. Uważał, że na całym świecie rozsiane są „archipelagi” ludzi o podobnej wrażliwości i to do nich kieruje swoją sztukę. Vivian Maier była samotną wyspą, nic więc dziwnego, że nie chciała dzielić się swoją twórczością. Poza tym, dla wielu artystów sztuka jest sposobem na nieśmiertelność, pozostawienie śladu po sobie. Maier, jak można przeczytać w tym artykule, miała dość pesymistyczną wizję życia: “Cóż, nic nie może trwać wiecznie. Musimy zrobić miejsce dla kolejnych ludzi. To koło. Wsiadasz, jedziesz do końca. A potem kto inny ma szansę, i tak wciąż od nowa”. Ludzie pojawiają się i znikają, jak widać egzystencja nie była dla niej czymś przesadnie wartościowym, więc po co miała zrywać z anonimowością i pokazywać światu swoje fotografie? Czy to by coś zmieniło?

Poza tym nie rozumiem także prób wskazania, że jej potrzeba prywatności, samotność z wyboru i nieśmiałość to oznaki choroby psychicznej. Zresztą, zawsze mam problem z takimi przypadkowymi diagnozami. Wiadomo, że coś, co w dzisiejszej psychiatrii jest brane za aberrację, za kilka dekad może być normą. Wszyscy wiemy jak wyglądały szpitale psychiatryczne jeszcze pięćdziesiąt-sześćdziesiąt lat wstecz. Nie wykluczam, że coś było z Vivian nie tak, widać to przede wszystkim w jej relacjach podopiecznymi, ale już historia z gazetą świadczy jedynie o problemie z wrażliwością i szacunkiem dla prywatności drugiej osoby jej pracodawców. Historia była taka: Vivian zbierała stare gazety, podczas jej nieobecności właścicielka domu dała plik czasopism sąsiadowi, który potrzebował ich do remontu. Vivian wpadła w histerię. Ok, zachowanie jest nieco dziecinne i zbieranie gazet może wydać się ekscentryczne, ale chciałabym zobaczyć jak zachowaliby się przeciętni obywatele, gdyby ktoś obłożył pokój przeznaczony do malowania kolekcją ich komiksów lub czasopism filmowych.

Pewnie nie tylko ja mam wrażenie, że w obecnych czasach intymność, prywatność czy samotność to pojęcia, które niektórym kojarzą się z mitologicznymi demonami lub nazwami wirusów. Jesteśmy przyzwyczajeni do ciągłej inwigilacji, sami wrzucamy nasze mało ważne zdjęcia na fejsa i wciąż łakniemy atencji i sławy. U kolejnych pokoleń ludzi, od niemowlęctwa przyzwyczajonych do obecności kamer, zagubiło się gdzieś poczucie wstydu, a życie z prywatnego stało się publiczne. Spotkanie z postawą Vivian, która żyła i tworzyła tylko dla siebie, jest jak wpuszczenie powietrza do dusznego pokoju.

Na koniec, choć to trochę moralnie naganne, że sama grzebię w sztucę, która nie została stworzona dla moich oczu, kilka fotografii autorstwa bohaterki, pochodzących z oficjalnej strony. Od kilku miesięcy trwa walka o prawa autorskie, więc nie wiem czy przypadkiem nie popełniam jakiegoś przestępstwa. Cóż, tyle pisałam ostatnio o więzieniu, najwyżej będę miała okazję teorię poszerzyć o empirię.

 

 

 

 

 

 

Comments: no replies

Join in: leave your comment