Orange is the New Black

orange2

W przedostatniej notce starałam się zarysować więzienne oblicze humanizmu na przykładzie filmów Beckera i Bressona. O ile dzieła francuskich twórców są skierowane raczej do intelektualistów, dziś będzie o więziennym humanizmie dla mas, czyli o serialu Orange is the New Black. Trochę naginam pojęcie „dla mas”, bowiem rzeczona produkcja zawiera w sobie na tyle sporą dawkę anarchii, wulgarności, inteligencji i “obrażania uczuć religijnych”, że nie wróżyłabym jej kariery w polskiej telewizji publicznej. Jednak rzesza fanów hulającego po internetach od zeszłego roku serialu jest już całkiem spora, a naturalizm Orange is the New Black jest dużo bliższy życiu niż przemyślane koncepty francuskich reżyserów.

Nie będę streszczać fabuły, myślę, że łatwo znajdziecie ją sami. W każdym razie żyjąca idealnym życiem przedstawicielka nowojorskiej klasy średniej trafia do więzienia na piętnastomiesięczną odsiadkę. Teraz ma cudownego, ciapowatego narzeczonego (granego przez gościa z American Pie), dekadę wcześniej była dziewczyną szefowej kartelu narkotykowego. Jej była – Alex – trafia do tego samego zakładu, co ona, przez co Piper przez cały pierwszy sezon jest niczym sosna rozdarta między opcją bezpiecznego, acz nudnego heterożycia a pełnym przygód romansem z biuściastą brunetką. Tyle w tym temacie. Szczerze mówiąc perypetie Piper najmniej mnie interesują. Co prawda w drugim sezonie robi się z niej całkiem równa babka, która daje radę ze szmuglowaniem papierosów na karaluchach, a nawet jest w stanie sprzedać azjatycką aktywistkę za ciepły koc, jednak w pierwszym sezonie irytuje mnie nie do pojęcia.

Największym plusem pokazywania zamkniętej społeczności jest możliwość dokładnego przyjrzenia się mechanizmom zachodzącym w skali globalnej, na które często nie zwraca się uwagi. Walka jednostka-system, tworzenie hierarchii, narodziny buntu/konformizmu, przyczyny „wojen” i waśni międzyludzkich, przyczyny segregacji rasowej itd. Wielką zaletą twórców jest to, że pokazując różne postawy życiowe, oddają każdemu bohaterowi należny mu szacunek i przedstawiają jego racje. Zarówno strona recydywistek, jak i funkcjonariuszy to nie odgrywające role kukiełki, ale żywi ludzie, których wzloty i upadki są pokazywane z czułością bliską kinu Rohmera.

Z każdym odcinkiem poznajemy lepiej którąś z bohaterek. Reminiscencje z ich życia na wolności często nie zdradzają zagadki ich pobytu w więzieniu, ale zawsze pozwalają lepiej zrozumieć ich zachowanie, naszkicować osobowość. Historie często są wzruszające, ale nigdy nie tanie. W ogóle wydaje mi się, że Orange is the New Black to jedna z najlepszych apoteoz życia, jakie widziałam w tym roku. Nauka szacunku dla drugiego i walki o siebie. I wiem, że takie sprzedawanie pozytywnych wartości bardzo źle wygląda w opisie, jednak twórcom udało się to zrobić w nienadętej formie, pełnej ciepła, ale też ze świadomością ludzkiej małości.

Same bohaterki są niesamowite. Ćpunki, złodziejki, alkoholiczki, chrześcijanki, latynoska wersja Bonnie Parker, namaste joginka, szamanka Voodoo – cała galeria niepospolitych charakterów obdarzonych nieprzeciętnym poczuciem humoru. Bo właśnie humor, oprócz tych „dobrych wartości”, czyni z serialu cudowny lek na chandrę. Jest bardzo niegrzecznie (konkurs dwóch lesbijek na to, która puknie więcej więźniarek),  inteligentnie (Piper cytująca wiersz Pablo Nerudy, aktywistka odwołująca się do Foucaulta), obrazoburczo (najczęstszym miejscem erotycznych schadzek jest kaplica kościelna), wulgarnie (tampon w kanapce), ale też edukacyjnie (transseksualista uczy nieświadome więźniarki podstaw kobiecej anatomii).

Serial daje równe prawa wszystkim uciśnionym grupom. Więzienny podział dzieli kobiety na białe, czarne, Latynoski i starsze panie, z którymi nikt się nie liczy. Problemy każdej z grup są wyraźnie naświetlone, jednak najbardziej ściska za serce los starszych recydywistek, które, gdy są już wystarczającą zżarte przez demencję, zostają przewiezione na najbliższy przystanek autobusowy, co często jest równoznaczne z karą śmierci. Jednak nawet babcie doczekały się swojego czasu chwały i przez chwilę ustawiały sobie młodsze więźniarki, udowadniając, że to one są największymi zwyrolkami. Jednak system wygrała przede wszystkim chora na raka Rosa, bądźcie spokojni, nie zdradzę w jaki sposób.

Nie tylko dyskryminacja rasowa i wiekowa została zniesiona w Orange is the New Black. Więźniarki chore umysłowo, niepanujące nad emocjami oraz te nieprzesadnej urody też dostają szansę na zrozumienie. Jest oczywiście też spore grono lesbijek i jeden mężczyzna po zmianie płci (który naprawdę ma ciało jak z Playboya). Z drugiej strony trans przyjaźni się z siostrą zakonną, a największe zadymy urządza przedstawicielka więziennych chrześcijanek.

Nie myślcie sobie, że ten serial to sam lukier. Szefowe każdej nacji gryzą się między sobą, władza gwałci i defrauduje pieniądze, a wzajemna agresja to chleb powszedni. Jednak autorzy dają swoim bohaterom prawo do błędów, nie oceniają ich, nie karzą. I choć jako widz niejednokrotnie miałam ochotę pobić którąś z postaci to i na mnie spłynęło światło wyrozumiałości.

Ciekawa jest jeszcze jedna rzecz. Mało kto w tym serialu wierzy w sprawiedliwość. To mit, wszyscy robią to, co daje im osobiste korzyści, więc można zrobić coś sprawiedliwego tylko wtedy, kiedy łączy się z tym bonus w postaci awansu, zwolnienia kogoś, artykułu w gazecie etc. Czyli dość zgodne z rzeczywistością spojrzenie na sprawę. Za to większość bohaterów zdaje się wierzyć w karmę, a nawet, jeśli nie wierzą, albo w ogóle o tym nie myślą, to karma i tak ich dopada. W ogóle wydaje mi się, że karma jest nową religią naszych ateistycznych czasów. Wszyscy powołują się na karmę, nawet Natalia Siwiec.„What comes around goes around” to dzisiejszy dekalog. W serialu nie ma „ziemskiej” sprawiedliwości, ale jeśli bohater robi bardzo dużo złych rzeczy to może być pewny, że wrócą do niego.

Kiedy zestawiam żyjące w więzieniu dziewczyny, ich walkę, siłę ducha i wywrotowy charakter z migawkami z życia rodziny Piper to mam wrażenie, że recydywistki są zdecydowanie bardziej wolne niż ograniczeni konwenansami ludzie sukcesu. Ale to takie moje prowięzienne interpretacje. W każdym razie: walczcie, cieszcie się życiem, bądźcie niegrzeczni, szczęśliwi i empatyczni i koniecznie poznajcie Orange is the New Black. Trzeci sezon dopiero w czerwcu 2015.

Comments: no replies

Join in: leave your comment