Ars Independent 2014

KlasawyrównawczaNAGRODAPUBLICZNOŚCI
Klasa wyrównawcza

Czwarta edycja katowickiego festiwalu Ars Independent zakończyła się w niedzielę. Wiadomo, że powroty do rzeczywistości po każdym kilkudniowym wydarzeniu są trudne (powrót z afterparty to też nie rurki z kremem), dlatego dopiero dziś zabieram się za krótkie podsumowanie.

Przede wszystkim program tej edycji jest znacznie uszczuplony w stosunku do roku poprzedniego, a i sam czas trwania festiwalu skrócił się o kilka dni. Na początku kręciłam na to nosem, jednak muszę przyznać, że strategicznie jest to bardzo dobre posunięcie – na seansach zamiast kilku osób obecne były coraz liczniejsze grupy, a na Gerontofilii oraz galach otwarcia i zamknięcia sala była wypełniona po brzegi (no, może z nielicznymi prześwitami).

Organizatorzy wycięli z repertuaru liczne sekcje obecne w zeszłym roku i pozostawili kilka, najważniejszych i najbardziej charakterystycznych punktów imprezy, czyli: konkursy Czarny Koń i Czarny Koń Animacji, retrospektywy (w tym roku gośćmi byli Bruce LaBruce i Mariola Brillowska), Głośniej czyli dokumenty muzyczne, panel Grasz, poświęcony grom komputerowym, na który składała się Konferencja Grasz?, Wystawa Indie i Przegląd Machinima, trzy świeżutkie produkcje zamknięte w segmencie Out of Competition, przegląd krótkich metraży Sydney Shorts oraz pokazy i wydarzenia dodatkowe. Wiele z tych propozycji z większym lub mniejszym bólem serca ominęłam: sekcję Grasz, Sydney Shorts i Głośniej, z czym chyba najtrudniej jest mi się pogodzić, bo bardzo mi zależało na obejrzeniu Death Metal Angola oraz Živan robi festiwal punkowy. Nie będę się jednak rozczulać i szybko przechodzę do tego, co udało mi się zobaczyć.

Huba

KONKURS CZARNY KOŃ

W głównym konkursie startowało siedem produkcji. Mimo tego, że żadnej z nich nie uważam za „najlepszy film roku” lub „film, który zmienił moje życie”, to niewątpliwie są to bardzo ciekawe i różnorodne propozycje. Węgierskie Po życiu Virága Zomborácza to idealny film na otwarcie festiwalu, typ małego, europejskiego kina, w którym wielu widzów się odnajdzie i który każdemu sprawi sporo przyjemności. Bohaterem (tu nie będzie zaskoczenia) jest dwudziestokilkuletni outsider Mózes, który właśnie wychodzi ze szpitala psychiatrycznego. Śmierć ojca zbliża go do innej, wyróżniającej się na szarym tle, neurotycznej postaci – tak, tak, dwudziestokilkuletniej pięknej dziewczyny, wyzwolonej seksualnie narkomanki po odwyku. Specyficzne relacje rodzinne, dorastanie, szczypta realizmu magicznego w postaci zmarłego ojca włóczącego się co chwila za głównym bohaterem, galeria nieprzeciętnych postaci oraz przegenialny humor to przepis na murowany sukces. Co z tego, że zna się ten schemat na pamięć, skoro nadal działa?

Druga pozycja jest zdecydowanie mniej rozrywkowa. Skuszeni, film 25-letniego argentyńskiego reżysera Mariano Blanco, to dla mnie najbardziej męczący i niepotrzebny film festiwalu. Opowiada on o przeciętnym związku, jak pozwalają mi się domyślać tatuaże i niektóre części garderoby, H&M punków, którzy przesiadują na plaży, jedzą i uprawiają seks, a kiedy nie są razem to często dają się wodzić na pokuszenie i dopuszczają do zdrady. Szczerze uważam, że etymologia polskiego tytułu wiedzie raczej od słowa skucha niż kuszenie, bowiem ta wyzuta z emocji opowieść o nudzie i współczesnej relacji miłosnej to dość spore rozczarowanie.

Huba Anki i Wilhelma Sasnali, która już niedługo trafi do kin, to dużo ciekawszy projekt, o niebo lepszy od poprzedniego dzieła pary, malarskiego Z daleka widok jest piękny. Huba, choć jest równie plastyczna jak poprzedni obraz i nie zawiera prawie żadnych dialogów, jest znacznie bardziej „filmowa”. Autorzy tym razem bardziej wykorzystali dostępne im medium. Film rozpoczyna się jak Czerwona pustynia i podobnie jak w filmie Antonioniego głównym bohaterem jest fabryka i zniszczeni przemysłem ludzie. Tak samo jak we włoskim filmie główną ofiarą staje się kobieta, która nie potrafi już znieść oblepiającej ją rzeczywistości. Ponieważ jest to Czerwona pustynia Made in Poland, bohaterowie są zaniedbani, obrzydliwi, jedzą okropne żarcie, mieszkają w ohydnym mieszkaniu itd. Ich brzydota (czyli obraz) i dźwięk wprowadzają w neurotyczny stan. Zresztą uważam, że to właśnie użycie dźwięku jest tym, co wyróżnia ten film i sprawia, że jest tak bardzo doceniany. Huba wygrała główny konkurs na Ars Independent. Nie jest to zaskoczeniem, jednak zupełnie prywatnie muszę przyznać, że zupełnie nie jest to moje kino.

Drzewo Sonii Prosenc ma niebywale ciekawy koncept. Pokazuje trzy różne rodzaje zniewolenia – spowodowane niewiedzą, niemocą oraz poczuciem winy i prezentuje pewien problem z trzech różnych punktów widzenia: dziecka (brata głównego bohatera), matki oraz chłopaka, który jest przyczyną konfliktu. Ponieważ narracja zaczyna się od spojrzenia dziecka widz jest całkowicie zdezorientowany w historii, jest to jeden z tych filmów, które można całkowicie złożyć po seansie lub podczas drugiego oglądania. Odwołujące się do kina Tarkowskiego i neomodernizmu Drzewo to świetnie sfotografowana opowieść o niewoli i stracie, której nie można zapobiec. Wiem, że wielu widzów było zachwyconych tym filmem, ja jednak nie przeżyłam tego co oni, byłam potwornie znudzona i zaczęłam interesować się nim dopiero w połowie seansu. Mimo to trzymam kciuki, żeby trafił do szerokiej dystrybucji, na pewno zainteresuje wielu kinomanów.

Rosyjska Klasa wyrównawcza Ivana I. Tverdovsky’ego jest jak kopniak w brzuch. Na początku bardzo dowcipna historia niepełnosprawnej dziewczyny, która po raz pierwszy w życiu trafia do szkoły, szybko zmienia się w opowieść o ułomności systemu, ludzkim okrucieństwie i zwycięstwie konformizmu nad empatią. Film dostał nagrodę publiczności, co także nie dziwi. Jest to naprawdę emocjonalny film, który łatwo wziąć za prawdziwą historię. Ja nie lubię takich uczuciowych szantaży, jednak niewątpliwie jest to potrzebne i dobre kino, po którym świat wydaje się być jeszcze gorszym miejscem niż był przed seansem.

Dwie ostatnie propozycje to chilijskie Jest, jak jest Fernando Levanderosa i Młody poeta Damiena Manivela. Bohaterem pierwszego filmu jest obdarzony hipsterską brodą introwertyk, wynajmujący pokoje swojego domu. Jéronimo rzadko wychodzi, bo nie lubi zostawiać domu, nie pozwala mieszkańcom zapraszać gości, bo mogliby coś zniszczyć lub ukraść, sam jednak chętnie chodzi po pokojach lokatorów i czyta ich pamiętniki. Nastawienie do świata bohatera ma zmienić norweska aktorka, ekstrawertyczna i radosna, która nikomu nie odmawia pomocy i pozwala ukryć się w domu Jéronimo jednemu z uczniów. Tę ciekawą opowieść o zderzeniu dwóch postaw życiowych, kwestii odpowiedzialności i naszego wpływu na czyiś los psuje nieco zakończenie, którego oczywiście zdradzać nie będę.

Młody poeta to opowieść o 18-latku, który chciałby stać się poetą. W tym celu eksploruje wszystkie znane nam klisze: rozmawia z grobem Valéry’ego, szuka inspiracji w rozmowie z rybakami, próbuje poderwać śliczną fotografkę no i przede wszystkim sięga po wódkę. Tę autoironiczną, bezpretensjonalną, bardzo szczerą i prawdziwą (bo kto z nas nie był tak żenujący jak Remi?), ale jednocześnie czerpiącą z wzorców pochodzących z francuskiego kina i literatury opowieść nagrodziliśmy, słusznie lub nie, my, czyli jury studenckie. Młodość wygrała z przemyślaną dojrzałością.

DRAG ME: an urban tale

CZARNY KOŃ ANIMACJI

Widziałam tylko Set 1, co nie było najgorszym wyborem, ponieważ wygrał film w nim się znajdujący. Mariola Brillowska stwierdziła jednak, ze tylko Set 3 był dobry, co także mnie nie dziwi, bo musiało mnie ominąć to, co najlepsze. Konkurs wygrał Ziegenort Tomasza Popakula, który co chwila zostaje gdzieś czymś nagradzany. Na mnie film zrobił złe wrażenie, takie „metaforyczne opowieści o dorastaniu” wolałabym omijać szerokim łukiem. Wyróżnienie zdobył Śnieg, o którym pisałam przy okazji Kina na Granicy. Interesujący był DRUG ME: an Urban tale, fabularnie taki sobie, ale bardzo fajny wizualnie i dźwiękowo (jest to teledysk do utworu Drag What’s Left of My Body in the Mud zespołu You and What Army Faction). Podobne wrażenia wywarł na mnie Catillo i zębacz – rysunkami z tego filmu chętnie wytapetowałabym pokój, choć sama historia nieprzesadnie mnie ruszała. Na uwagę zasługuje też Carn Jeffa le Barsa – świetnie zrobiona historia z morałem. Zaś holenderskie Frytki, krótkie, zabawne i śliczne, zdobyły serce mojej przyjaciółki, a i mi sprawiły niemałą przyjemność.

Dystans

OUT OF COMPETITION

W tym segmencie także się nie popisałam. Przez tradycjonalizm, który nakazuje mi zjedzenie niedzielnego obiadu z mężczyzną mojego życia, ominęłam seans Violet Basa Devosa, kolejną opowieść o dorastaniu, która bardzo spodobała się moim znajomym. Mam jednak trochę farta, bowiem, według plotek, film trafi do polskich kin.

Dystans Sergio Caballero, chyba najbardziej dziwaczny film festiwalu, to solidna dawka absurdu i humoru. Porozumiewające się telepatycznie karły, wypchane króliki, rozmowy z dymem, nowoczesna Pytia, czyli ssąca palec u stopy krupierka z Las Vegas i wiele wiele więcej. Finisterrae, poprzedni film Caballero, dużo bardziej przypadł mi do gustu, jednak na pewno Dystans spodoba się fanom zakręconego kina.

Wisienką na dzisiejszym torcie będzie krótkometrażówka z jednego z pokazów dodatkowych. Kraina moich marzeń Yanna Gonzaleza, o którego Spotkaniach o północy pisałam rok temu, to naprawdę hipnotyzujący film. Muszę posłużyć się najbardziej wyświechtanym z porównań – w niektórych scenach z matką czy we fragmencie, w którym bohaterka rozbiera się nocą przed zagubionymi wyrzutkami, produkcja ma w sobie coś z klimatu dzieł Lyncha. Jednak całość nie jest tak mroczna, a główna bohaterka jest absolutnie cudowna, a nie tak przegięta jak muzy Lyncha. Muszę polecić.

Na najlepsze każę wam czekać. O retrospektywach LaBruce’a i Brillowskiej słów więcej niż parę do poczytania będzie w czwartek.

Comments: no replies

Join in: leave your comment