Humanizm za kratami (“Dziura”)

Le-Trou

Od dzieciństwa idea więzienia wydawała mi się niezwykle nęcąca. Wielokrotnie wyobrażałam sobie długie lata spędzone w błogiej samotności, upływające na lekturze i rozmyślaniach. Trochę z tym walczę, ale jestem typem dość biernym, który zdecydowanie bardziej woli rozkoszować się przyjmowaniem już istniejących dóbr niż tworzeniem nowych komunikatów skierowanych do świata. Dorosłe życie od początku wydawało mi się czymś nie do końca fajnym i bardzo chętnie przeskoczyłabym ten etap, pozostawiając sobie jedynie czas dorastania i starość. Więzienia, zakony, zakłady psychiatryczne to miejsca, które pozwalają ukryć się przed życiem, podejmowaniem decyzji. Skutecznie wysyłają człowieka na boczny tor, uwalniając od codziennego życia społecznego. Niestety, w takich placówkach też są ludzie, więc tworzą się nowe hierarchie i wymogi, dlatego też szybko pożegnałam się z marzeniem o recydywie… Chociaż tęsknota za tą fantazją tkwi wciąż w głębinach mojej podświadomości, pewnie z jej powodu w latach licealnych uwielbiałam egzystencjalistów i zaczytywałam się w „Dzienniku złodzieja” Geneta i bardziej metaforycznym „Murze” Sartre’a. Francuscy twórcy mają niezwykły dar do opowiadania o więzieniu i wyzwoleniu, czego świadectwem są też dzieła filmowe: „Ucieczka skazańca” (1956) Bressona i „Dziura” (1960) Jacquesa Beckera – temat dzisiejszej notki, o którym nie sposób pisać bez kilku porównań do „Le vent souffle où il veut” (pierwszy człon tytułu omówię później, ten, głoszący, że wiatr wieje, gdzie chce, bardzo lubię i cieszę się niezmiernie, że mam okazję go użyć). Zresztą wpływ Bressona na Beckera jest pewnie niemały, Susan Sontag wskazywała, że Becker jako jeden z niewielu bronił „Dam z Lasku Bulońskiego” oraz bardzo szanował dokonania nieco starszego kolegi.

Ta sama Susan Sontag w eseju „Duchowy styl w filmach Roberta Bressona” nazywa kino francuskiego reżysera refleksyjnym, w którym emocjonalna siła zostaje powściągnięta. Dzieła Bressona zwykło się nazywać „chłodnymi”, „zdystansowanymi”. Tu nie temat jest źródłem wzruszeń widza, lecz forma, która sama w sobie jest treścią wypowiedzi. „Ucieczka skazańca”, historia indywidualnej walki o wyzwolenie, jest filmem pozbawionym psychologizmu i suspensu, czyli czynnika, który wydaje się być niezbędny w filmach o wielkiej ucieczce. Oryginalny tytuł: „Un Condamné à mort s’est échappé” zdradza zakończenie (skazanemu na śmierć uda się uciec), więc całe napięcie zostaje zniwelowane, widz nie ma przed sobą żadnych niewiadomych, może być ciekawy jedynie sposobu ucieczki.

„Dziura” pod kilkoma względami jest przeciwieństwem filmu Bressona. Przede wszystkim film Beckera jest bardzo ciepłą opowieścią o męskiej przyjaźni. Dla mnie jest to nieco szokujące, ale więźniowie w relacjach ze strażnikami są niezwykle uprzejmi, grzeczni, dowcipni. Początkowo nieufni w stosunku do nowego mieszkańca celi, szybko zaczynają dzielić się z nim jedzeniem, rozmawiać o kobietach, aż w końcu wtajemniczają go w plan ucieczki. Relacje międzyludzkie w „Dziurze” są tak idylliczne, że łatwo zapomnieć o tym, że bohaterowie dopuścili się strasznych zbrodni, niektórzy oczekują na wyrok śmierci, inni mają przed sobą wieloletnią odsiadkę. Zresztą Becker, podobnie jak Bresson, nie tworzy schematycznej więziennej opowieści i nie zdradza zbyt wielu faktów na temat bohaterów. Nie wiemy kim są, skąd pochodzą, co zrobili.

Kiedy ogląda się tworzone kolektywnie niezwykłe wynalazki, wspólną pracę więźniów, wzajemną pomoc (w jednej ze scen tunel nagle zostaje zasypany, bohater odkopuje go, by pomóc drugiemu, wtem wyłania się dłoń i – pyk -zbliżenie na mocny uścisk rąk obu mężczyzn – pozbawiony patetyzmu kopniak pozytywnych wartości), szczere rozmowy to trudno wyobrazić sobie, że w tym świecie może zaistnieć zdrada lub kłamstwo. Sam reżyser nie ocenia bohaterów, nie wprowadza podziału na dobrych i złych, wszyscy są szanującymi się wzajemnie ludźmi. Dlatego widz kibicuje bohaterom i chce ich zwycięstwa. Tu właśnie tkwi druga różnica między „Ucieczką skazańca” a „Dziurą” – Becker stawia na suspens, film ogląda się siedząc jak na szpilkach, tym bardziej, że reżyser bardzo przedłuża ujęcia, w których bohaterowie kłują kolejne dziury, wybijają z mozołem przejścia, wędrują kanałami.

Oprócz tematu filmy Bressona i Beckera łączą też inne podobieństwa. Przede wszystkim szlachetne, krystaliczne, czarno-białe zdjęcia, niezapomniane kadry. Po drugie, oba filmy są niezwykle humanistyczne, dotykają spraw moralności i zarówno walka jednostki o wyzwolenie, jak i grupowa ucieczka, nie są odbierane jako kino sensacyjne, tylko przyjmują wymiar egzystencjalny, metaforyczny.

W „Dziurze” bohaterowie walczą o własne życie, pragną uciec od śmierci i stagnacji. W tym miejscu niezwykle ważne jest opowiedzenie historii reżysera, który podczas tworzenia filmu wiedział o zwyciężającej nad nim chorobie i zmarł jeszcze przed udźwiękowieniem obrazu. Wydaje mi się, że doskonałość przedstawienia próby ucieczki, chęci zwyciężenia nad losem wynika właśnie z prywatnych potyczek Beckera z wiszącym nad nim widmem śmierci. Ale to już moje romantyczne dopowiedzenia.

„Dziura” powstała na podstawie powieści Jose Giovanniego, który opisuje w niej swoją własną historię. Becker otworzył film w sposób arcygenialny: pokazał autora książki grzebiącego przy aucie, który obraca się do widza i informuje go, że zaraz zobaczy dzieło jego przyjaciela Jacquesa Beckera, które opowiada prawdziwą historię jego ucieczki. Nie dość, że to cudowny smaczek stworzony w czasie narodzin Nowej Fali to jeszcze samo użycie słowa „przyjaciel” buduje ciepłe i miłe otwarcie filmu, w którym przyjaźń gra niebagatelną rolę.

Becker zatrudnił zamiast profesjonalnych aktorów prawie samych naturszczyków (co łączy go z Bressonem). Pozwoliło mu to stworzyć bardzo realistyczną, kameralną historię. W związku z tym tematem sprzedam wam naprawdę oryginalną ciekawostkę: jeden z „aktorów” brał udział w opisywanej przez Giovanniego ucieczce. Nazywał się Roland Barbat, jednak na czas występu w filmie przybrał pseudonim Jean Keraudy. W „Dziurze” zagrał rolę Rolanda Darbanta .

Comments: 2 komentarze

  1. 99vadim Sierpień 12, 2014 Odpowiedz

    Hah, chyba zajrzę do tego eseju Sontag o Bressonie - dzięki za naprowadzenie! W tym roku chyba tylko zakończenie "Spoorloos" mnie tak zasmuciło jak finalne sceny "Le Trou". Świetny film, ale ja i tak wolę Bressona :)

    • nana_kleinfrankenheim Sierpień 12, 2014 Odpowiedz

      Równowaga jest zachowana - w zamian za Sontag naprowadziłeś mnie na "Spoorloos" :)
      Co do zakończenia to zgadzam się, w zestawieniu z całym filmem jest cholernie przygnębiające

Join in: leave your comment