Wait Until Dark (1967)

tumblr_mve55g9HOk1qbilh4o1_1280

Każdy kinoman, czytelnik i słuchacz wie, że nic bardziej nie psuje odbioru dzieła niż stawiane przed nim oczekiwania. Kiedy idziemy na film ulubionego reżysera albo czytamy książkę, którą poleciło nam kilkoro znajomych, do których gustu nie mamy zastrzeżeń, od razu zapala nam się w głowie lampka: oto za chwilę będziemy obcować z czymś znakomitym. Kiedy to coś jest jedynie dobre, nie czujemy zwykłego zadowolenia, jakie rodzi się w człowieku po przeczytaniu niezłej książki lub nienajgorszym seansie, ale przeszywa nas już na wskroś bolesne rozczarowanie. Przykładem tego są moje ostatnie spotkania z nowymi filmami Jima Jarmuscha i Terry’ego Gilliama oraz z najczęściej nazywanym arcydziełem filmem ostatniego półrocza czyli „Wielkim pięknem”. Każdy z tych filmów jest dobry i spójny (nawet „Teoria wszystkiego”), nie mam im zbyt wiele do zarzucenia, mimo to jedyne, co brzmiało w mojej głowie po wyjściu z seansu to inspirowany nowelką Tomasza Manna refren „Is that all there is?”.

 

Wiem, że problem pewnie jest we mnie, a nie w służących mi za przykład filmach, ale zarówno na „Tylko kochankowie przeżyją”, jak i na „Wielkim pięknie” nudziłam się jak mops, a na „Teorii wszystkiego” nawet przysypiałam.

W kontrze do wielkich rozczarowań pragnę opisać film, który wcale nie jest rewelacyjny, choć miał potencjał do tego, by być naprawdę znakomitym obrazem. Ma całkiem sporo wad, a jednak nie nudziłam się na nim wcale, całkowicie zapomniałam o problemach codziennego dnia i z prawdziwą przyjemnością oddałam się śledzeniu dość przewidywalnej intrygi. Nic w tym dziwnego, że film utrzymał moją uwagę od pierwszej do ostatniej sceny, wszak reżyserem jest Terence Young, twórca wspaniałych Bondów z Seanem Connery’m.

„Doczekać zmroku”, bo o tym filmie mowa, to historia trzech gangsterów próbujących odzyskać lalkę z kokainą, ukrytą w mieszkaniu nieświadomego niczego młodego małżeństwa. On jest fotografem, więc nietrudno trzymać go daleko od domu pod pozorem umówionych sesji fotograficznych, bądź pilnych spotkań. Ona jest niewidoma, dlatego według przestępców nie stanowi wcale problemu, a jej naiwność jest dodatkowym ułatwieniem, które pomoże im przeszukać dom i odnaleźć zabawkę. Ale ale. Nie wiedzą o tym, że grana przez Audrey Hepburn kobieta jest wytrenowaną przez męża mistrzynią świata wśród niewidomych, słyszy każdy szmer, sprawnie łączy fakty, no i ma do pomocy rezolutną dziewczynkę mieszkającą piętro wyżej, która, kiedy trzeba, zastępuje jej wzrok.

Zacznę od tego, że nigdy nie należałam do obozu wielbiącego Audrey Hepburn. Mimo tego, że wysoko cenię książkę to nie znoszę ekranizacji „Śniadania u Tiffany’ego”, nie robi na mnie wrażenia stylówka aktorki, a kiedy słyszę „Moon River” mam odruch wymiotny. Ze znanych aktorek obdarzonych tym nazwiskiem zdecydowanie bliższa była mi zawsze Kathrine. Lubię jedynie rolę Audrey w „Dwoje na drodze”, wspaniałym filmie, w którym partneruje jej uwielbiany przez mnie Albert Finney. Podoba mi się pewnie dlatego, że gra postać z krwi i kości, chwilami bardzo sukowatą, na pewno daleką od zabawnych buzi i romantycznych dam. Jej kreacja w „Doczekać zmroku” jest niezła, chwilami zbyt przerysowana i patetyczna, no, ale wydaje mi się, że to sprawka ducha czasów, a nie jej aktorskiego wyboru.

Obraz Younga otwiera intrygująca scena, trochę jak z jakiegoś psychoanalitycznego dziełka. Nóż wbija się w różowy materiał, przecinając go na wskroś i tworząc trochę waginopodobny obrazek. Męska ręka wyciąga z otworu watę, wkłada doń woreczki z kokainą, zszywa i dopiero w kolejnym ujęciu widz może zobaczyć lalkę w pełnej krasie. Sceny wyjęte z dobrej klasy kryminały przeplatają się później ze scenkami z życia doskonałej, obdarzonej nadludzką siłą Hepburn. To według mnie najsłabszy punkt filmu: rozmowy z mężem o tym, że chce być mistrzem wśród niewidomych, bo chce być taka, jaką on chce, żeby była, wybaczenie małej sąsiadce rozrzucania sztućców, poparte rozmową o tym, że jest jej trudno, lecz mimo to nie powinna okazywać złości i inne sceny mające pokazać, jaką dzielną i bohaterską osobą jest kobieta. Ale nawet w tych scenach z życia codziennego Young nie zapomina o intrydze, film powstał w złotych czasach przemyślanych scenariuszy, gdzie każda przyczyna miała swój skutek, a słowa wypowiedziane w luźnej rozmowie rzutowały na akcję w scenie kulminacyjnej. Poza tym akcja rozgrywa się w jednym pomieszczeniu właściwie przez cały film (ucinając wstęp). Ten nieco teatralny zabieg bardzo dobrze robi dramaturgii i nastrojowi napięcia, poczucia bycia w pułapce.

Największą zaletą „Doczekać zmroku” jest pozbawiony skrupułów, czyniący zło dla przyjemności gangster Roat, czarujący stylem i kwiecistymi wypowiedziami, grany przez Alana Arkina. Szczerze mówiąc mam niedosyt tej postaci, chciałabym więcej monologów lub bardziej rozbudowanych dialogów podczas ostatniej potyczki. Wydaje mi się zresztą, że gdyby film był zrobiony w Europie poświęcono by więcej czasu Roatowi, na rzecz wzniosłych rozmów bohaterki z najbliższymi. No, ale filmu nie zmienię, postać i tak jest bardzo interesująca i uwodzicielska, mimo podobieństwa do jednego z braci Gallagher.

(swoją drogą, „Look Back in Anger” to cudowny film, w którym Richard Burton też reprezentuje grono bardzo złych chłopców, choć w zupełnie inny sposób niż Roat)

Film jest znany przede wszystkim dzięki rozgrywającej się w zupełnej ciemności scenie, w której niewidoma bohaterka ma zdecydowaną przewagę nad zdezorientowanym oprawcą. Motyw ten kino wykorzystywało po wielokroć, choć oczywiście nie jestem w stanie przywołać konkretnego przykładu (ale pewnie znacie takie sceny). Warto jednak sprostować pewną rzecz. Pan prelegent przed seansem zasugerował, że scena jest długa, końcowe dwadzieścia minut rozgrywa się przede wszystkim w ciemności i było to dla widzów w sali kinowej te kilka dekad temu ciekawe doświadczenie. Całkowicie czarny ekran widz ma przed sobą przez dwa razy przez kilkanaście sekund, więc nie należy się spodziewać nie wiadomo jakiego przeżycia.

„Doczekać zmroku” to solidne, nie pozbawione wad kino, które jest w stanie utrzymać uwagę odbiorcy cały czas  i uwieść go kilkoma scenami. Są dni, kiedy wygłodniałemu kinomanowi nie potrzeba nic więcej do osiągnięcia odbiorczej satysfakcji.

Comments: no replies

Join in: leave your comment