Duŝan Hának i inne dobroci z Kina na Granicy 2014

wt_027
   fotoSprinter.pl

 

Dziś prześlizgnę się po widzianej na Kinie na Granicy filmografii cudownego Duŝana Hánaka. Nie będą to długie rozprawy, których ten twórca niewątpliwe jest godny, a jedynie krótkie impresje, które, mam nadzieję, niezaznajomionych zachęcą do poznania jego kina. Porządek chronologiczny zachowany.

„Apel do ciszy” (1965)

Oprawiona odpowiednio psychodeliczną muzyką i komentarzem z offu etiuda przedstawiająca obrazy tworzone przez schizofreników. Obrazy intrygujące, ekspresyjne, pełne elementów kojarzonych z tą chorobą: wizerunków oczu, seksualnych póz, braku pustego miejsca (mnóstwo kolorów, drobiazgów, kolejno, niemal w nieskończoność, domalowywanych elementów). Na „Kinoanalizie” w Łodzi usłyszałam, że nowocześni psycholodzy uważają, że nie istnieje coś takiego jak schizofrenia, są jedynie różnego rodzaju neurozy i psychozy. W tym kontekście film jest tym bardziej interesujący jako portret zamkniętych we własnej skorupie ludzi, którzy niekoniecznie muszą być postrzegani przez pryzmat choroby psychicznej, ale rozpaczliwie próbują nawiązać kontakt ze światem poprzez artystyczną twórczość.

„Nauka” (1965)

Kojarząca się z wczesnymi filmami Miloŝa Formana dokumentacja konkursu fryzjerskiego i nauk, jakie pobierają młode adeptki tej sztuki. Można odbierać jako metaforę całego systemu lub przyjemną ciekawostkę, mi niestety ten film nie pozostał za bardzo w pamięci.

„Zawitał do nas Old Shatterhand” (1966)

Kolejny dokument, tym razem sprawdzający gotowość Czechów na rozmawianie w obcych językach, wyśmiewający socjalistyczną rzeczywistość. Czyli standardowo: i śmieszno i straszno.

„Msza” (1967)

Czysty zapis mszy katolickiej, nie odchodzący ani w stronę ateistycznej negacji ani duchowego przeżycia. Z dzisiejszej perspektywy ogląda się jak ciekawostkę, ale może antropologom bardziej się spodoba.

„322” (1969)

Fascynujący debiut fabularny Hánaka i według mnie jedno z najbardziej radykalnych nowofalowych dzieł. Bohater jest chory na raka (322 to lekarskie oznaczenie tej choroby). Jest ateistą poszukującym wiary i sensu istnienia. Cały film składa się z luźno powiązanych fragmentów, metaforycznych ujęć. Jest duch (bohater na tle krzyży), a właściwie jego brak i materia (sceny w rzeźni), chora sytuacja polityczna (poniżej umieszczam fragment, niestety po czesku, sceny z widmem Wielkiego Brata), ultraseksowna Lucyna Winnicka jako była żona protagonisty i jej nieudane romanse. Hának współpracował przy tym filmie ze Švankmajerem, który, jak mi się wydaje, odpowiadał za poetyckie i surrealistyczne sceny, w których cząstki zwierzęcego ciała układają się w kształt czaszki lub rozrywane niczym płótno mięso odkrywa przed widzem bohatera ujęcia. Film jest wymagający, łatwo można się zgubić w kolejnych odsłonach historii (albo może po prostu ja byłam już wyczerpana), jednak niewątpliwie to jeden z ciekawszych filmów, jakie dane mi było oglądać w ostatnim czasie, wspaniała intelektualna i estetyczna przygoda.

[322]

„Obrazy starego świata” (1972)

Najbardziej znany film Hánaka, dokument opowiadający o starszych ludziach żyjących z dala od cywilizacji, za to na własnych zasadach. Wszystkie zachwyty nad tym filmem są w pełni uzasadnione. To genialny portret naprawdę ciekawych postaci, bardzo niedoskonałych i bardzo autentycznych. Jest pan pijący za dużo, pani, która ciężko pracuje, pan, który ma 100 lat i sam nie wie dlaczego tak długo jest na tym świecie. Reżyser w rozmowie z widzami przyznał, że bardzo ceni sobie twórczość Bukowskiego, według niego ten amerykański pijak to geniusz odnajdywania poezji w codzienności. Hának ma ten sam dar polegający na odkrywaniu piękna w zwyczajności, niedoskonałości. Ja jestem absolutnie zakochana w tym filmie i jego bohaterach. Dodam jeszcze tylko, że podobne postaci Hának uwiecznia na swoich fotografiach i wielka szkoda, że z prywatnych względów nie chce się zdecydować na zrobienie filmu o nich.

„Dzień radości” (1972)

Zapis happeningu artysty, którego nazwiska nie pamiętam i nie potrafię znaleźć, co jest ogromną wtopą i wstydzę się niezmiernie. Podobnie jak „Obrazy starego świata” to dzieło też jest ciągiem sfilmowanych fotografii (a la „Filar” Markera). Podobała mi się niegrzeczna, prowokująca, nieco surrealistyczna sztuka pana artysty, więc jeśli ktoś jest bardziej czujny niż ja i wie, jak się on nazywa to uprzejmie proszę o zdradzenie tej tajemnicy.

„Różowe sny” (1976)

Urzekająca, rozkoszna, przaśna (nie w pejoratywnym znaczeniu) historia mieszkającego na wsi listonosza, który zakochuje się w mieszkającej w pobliskiej osadzie Romce. Chłopak uwodzi swą wybrankę w przesłodki sposób: wyczarowuje maleńkie kurczaczki spod swojej czapki, połyka noże, zaprasza ją na randki na poddasze, gdzie trzyma gołębie. Natomiast kiedy ich związek zaczyna się sypać, upija się w iście słowiańskim stylu, topiąc się wraz z torbą pełną listów. Film to nie tylko słodko gorzkie, realistyczne love story. Przede wszystkim to ciekawy portret życia na wsi oraz realiów, jakie panują w cygańskich wioskach. Nie wspomniałam jeszcze o problemach Hanaka z cenzurą – większość jego filmów przeleżała na półkach wiele lat, ten akurat miał swoją premierę i w Polsce (ale w wąskiej dystrybucji – DKF-y, te sprawy), jednak właśnie przez pokazywanie mniejszości romskiej, zniszczonych domów zamiast wspaniałych socrealistycznych brył, był filmem nie do końca mile widzianym. Mniejsza z cenzurą – „Różowe sny” oferują jeszcze doskonałe i prześmieszne role drugoplanowe i wiele okraszonych wspaniałym humorem scen. Bardzo warto.

„Ja kocham, ty kochasz” (1980)

Jedna z niewielu głównych ról Romana Kłosowskiego, naprawdę znakomita. Film opowiada o żyjącym z matką i niewylewającym za kołnierz Piŝtą, któremu zdecydowanie brakuje miłości i pragnie znaleźć sobie żonę. Zabiera się do tego nienajlepiej, za obiekt westchnień obiera dziewczynę kolegi z pracy. Kolega niewątpliwie nie zasługuje na swoją kobietę, wdaje się w romanse (m.in. z inną podobającą się Piŝcie blondynką), pije na umór, no i zdarza mu się pobić narzeczoną. Jest więc dużo goryczy, ale też dużo ciepłego humoru. A jeśli kogoś zachęcają nagrody, to ten twór po kilku latach na półce zdobył dwie nagrody na Berlinale 1989.

„Cicha radość” (1985)

Opowieść o żyjącej pod jednym dachem z uciążliwą teściową i dupowołowym mężem pięknej kobiecie (granej przez uwielbianą przeze mnie Magdę Váŝáryovą, znaną np. z „Markety Lazarowej”, „Postrzyżyn” czy „Ptaszków, sierot i głupców”), która w końcu decyduje się odejść i wdaje się w romans z żonatym lekarzem. Dużo się w tym filmie mówi o emancypacji, bohaterka ma kilka w różny sposób wyzwolonych koleżanek: jedna wychowuje samotnie dziecko, druga prowadzi dość rozwiązły tryb życia. To niewątpliwie ważne problemy i fajnie, że facet zrobił taki film, no, ale mnie uwiodło coś zupełnie innego. Coś w rodzaju słowiańskiej nostalgii, tytułowej „cichej radości”, którą Sonia odczuwała w dzieciństwie i chciałaby odnaleźć w sobie w dorosłym życiu. Bardzo trudno mi to nazwać, bo to nie jest coś sprowadzalnego do sfery intelektu. Po prostu uczucia jakie wywoływał we mnie ten film, pewnie niezamierzone przez reżysera, sprawiły, że jestem zaczarowana i kropka.

„Papierowe głowy” (1995)

Nie czuję się kompetentna w opisywaniu tego typu filmów. Hanak rozlicza się tu z całym okresem 1945-1989, okropieństwami jakie wówczas się działy, pokazuje na przykład ludzi, którzy stojąc w miejscach dawnych zbrodni opisują doznane cierpienia.

„Złote lata sześćdziesiąte: Duŝan Hának” (2009), reż. Martin Šulík

Bardzo przyjemny dokument, w którym Hának opowiada o swoich filmach. Szczególnie spodobała mi się wypowiedź, w której mówi o „Mszy” jako o filmie, w którym udało mu się przedstawić relatywizm życia, bowiem dla wierzących jest to duchowy, religijny obraz, a dla ateistów wyśmianie rytuału i pokazanie jego pustki. Cóż mogę dodać, jest tak w istocie. Sam dokument obejrzeć można, choć Šulík dużo bardziej sprawdza się w swoich magicznych fabułach.

Ponieważ nie samym Hánakiem Kino na Granicy stoi ośmielę się polecić jeszcze pięć filmów z tego przeglądu, które spodobały mi się najbardziej.

„Grzech Boga” (1969), reż. Agnieszka Holland

Zawsze miałam dość neutralny stosunek do twórczości Holland, część filmów lubię bardziej, część mniej, wielu nie widziałam. W każdym razie nigdy nie była to twórczyni bardzo ważna w moim filmowym rozwoju. Po zobaczeniu dokumentu „Powrót Agnieszki H.” i tej wspaniałej etiudy jestem w Holland niemal zakochana. Co do dokumentu – chciałabym studiować z taką fajną babką, no i chyba skopiuję kiedyś jej playlistę puszczaną podczas zbliżeń cielesnych. Co do etiudy – jest to istna perełka, przezabawna historia kobiety, której mężczyzna zostaje wysłany do wojska na cztery lata. Zrozpaczona wizją tak długiego celibatu zwraca się do Boga z prośbą o pomoc. Ten, po długich nieporozumieniach daje jej Anioła, który będzie ją zaspokajał w czasie nieobecności narzeczonego. Niestety, ziemskie realia, pełne wódki i ciężkich ciążowych brzuchów, są dla Anioła trudne do zniesienia…

„Revival” (2013), reż. Alice Nellis

Bardzo cenię takie kino. Bezpretensjonalne, ciepłe, zabawne. Opowieść o czterech panach po sześćdziesiątce, który w obliczu bliskiej śmierci jednego z nich reaktywują porzucony przed 35 lat zespół rockowy. Jest seks, narkotyki, rock’n’roll, problemy rodzinne, medykamenty i czeski humor. Bawiłam się wybornie, duża część publiczności także, nie pozostaje mi zatem nic innego jak zaapelować do ludzi u władzy o znalezienie dystrybutora i sprowadzenie tego tytułu do Polski.

„Bluszcz” (1982), reż. Hanka Włodarczyk

Zapomniane kino kobiet, z wspaniałymi rolami Moniki Niemczyk, Grażyny Długołęckiej czy Ewy Błaszczyk. Zawsze mnie zastanawia w kontekście polskiego kina z tamtego okresu jedna rzecz: nie lubię bohaterów, to często ludzie, którzy zachowują się okropnie, źle się traktują itd., a mimo to wiele ich przemyśleń, emocji, coś mieszczącego się w ramie „psychologia postaci” jest mi na tyle bliskie lub po prostu zdaje się być mega autentyczne, że nie mogę wyjść z zachwytu na długo po projekcji.

„Zabicie ciotki” (2013), reż. Mateusz Głowacki

Film widziałam w czerwcu zeszłego roku, ale ponieważ znalazł się w programie KnG mam w końcu okazję go sobie popodziwiać pisemnie. „Zabicie ciotki” było jedną z moich ulubionych powieści w czasach licealnych. Nie miałam okazji obejrzeć wersji Królikiewicza, podchodząc do ekranizacji Głowackiego spodziewałam się srogiego rozczarowania: że będzie zbyt dosłownie lub zbyt artystycznie. Na całe szczęście jest niemal idealnie, a umieszczenie w ścieżce dźwiękowej „Karuzeli”, która w prosty sposób wyraża całe życie uwięzionego w miałkiej rzeczywistości bohatera to przedoskonały pomysł. Chciałabym częściej oglądać takie polskie kino.

„Po ślubie” (2013), reż. Jan Hřebejk

Jak większość widzów przeżywałam niegdyś zachwyt nowymi czeskimi produkcjami: Zelenką, Ondříĉkiem, Svêrákiem. Hřebejk nigdy nie załapał się do tego grona, wydawał mi się zbyt poważny. Teraz na jego film poszłam niemal przypadkiem. I faktycznie jest bardzo poważnie i mocno i  trochę boli, ale na pewno warto. Na weselu przeciętnej pary zjawia się nieznany nikomu dziwny mężczyzna, podający się za kumpla pana młodego ze szkoły. Widz bardzo długo nie wie kim on jest, rozwinięcie akcji jest długie jak w rasowym thrillerze, a problem, który chce pokazać reżyser jest mocny i pokazuje bardzo gorzką prawdę o ludziach. Ale spoko, spoilerów nie będzie. Pewnie kiedyś zagości w naszych kinach, więc sami się dowiecie o co chodzi.

Comments: 2 komentarze

  1. Bardzo dużo filmów udało Ci się obejrzeć :)
    Co do Dusana Hanaka mnie nieco rozczarował "Ja kocham, ty kochasz". Natomiast "322", "Nauka" i "Różowe Sny" były naprawdę świetne - szczególnie te nowofalowe. Żałuję, że do dzisiaj nie udało mi się obejrzeć "Obrazów starego świata"...

  2. Tak, poszłam twardo w kino Hanaka kosztem innych projekcji, jedzenia itp. ;)
    Muszę Ci przyznać rację, że "Ja kocham, ty kochasz" w obliczu tych wszystkich nagród jest rozczarowujące, ale Kłosowski ujął mnie na tyle, że nie mam sumienia robić temu filmowi nawet najmniejszej antyreklamy.
    "Obrazy..." wiadomo, nadrobić musisz. Ja na szczęście dostałam mejlem listę filmów-snów, którą usunąłeś i jest w niej wiele tytułów, których nie widziałam, a które wyglądają bardzo interesująco, np "WR - tajemnice organizmu" czy "Podróż" Cormana. Wobec tego dzięki - znowu mam co oglądać :)

Join in: leave your comment