Zwierciadło Delona

photo_1313739032126-1-0

Czasami zwracamy w filmach uwagę na zupełnie błahe rzeczy, które z biegiem czasu zaczynają stanowić jeden z istotniejszych elementów budujących naszą interpretację. Kolor lakieru do paznokci, strój, element scenografii, krótki dialog – każdy z tych detali może odmienić lub potwierdzić płynącą z fabuły myśl. Przypadek, który za chwilę przedstawię jest dość szczególny, dotyczy on bowiem powstałych w przeciągu szesnastu lat filmów, złączonych jedynie dwoma elementami: Alainem Delonem i lustrem, które w każdej kolejnej odsłonie, w zestawieniu z przystojnym i narcystycznym (a przynajmniej tak odbieranym) aktorem, nabiera coraz większego znaczenia. Bez obaw, tekst nie będzie obtoczony w lacanowskiej panierce, lustro i Delon posłużą mi tylko jako punkt wyjścia, dzięki któremu mogę polecić trzy całkiem niezłe filmy.

„Koty” (1964), reż. René Clément  – Delon i trójdzielne lustro

Już przy okazji „Twarzy na sprzedaż” zdradziłam swoje upodobanie do trójdzielnych luster. W tym seksownym kryminale Clément poświęca zetknięciu Delona ze swym potrójnym odbiciem  niedługi moment, jednak dla pozostałych bohaterów lustro stanowi dość ważny element gry.

Lata 60. są lustrom i innym psychoanalitycznym wtrętom niezwykle przychylne. Clément odwołuje się do takich symboli, lecz nie wchodzi zbyt głęboko, bardziej interesuje go ukazanie ludzkich interakcji i zabawa gatunkową konwencją. I jedno i drugie wychodzi mu znakomicie. Bohaterami są przepiękne, mieszkające samotnie siostry (Jane Fonda, Lola Albright) i ukrywający się w ich domu zbieg (Delon), gdzieś w tle pojawiają się duchy byłego męża i byłego kochanka starszej z kobiet. Oczywiście obie panie prężą się przed Delonem jak marcowe kotki, on sam jest kimś w rodzaju ich więźnia, który musi umiejętnie rozdzielać swe wdzięki, żeby nie zostać wydanym i nie stracić życia. Szczerze mówiąc od czasu „Twin Peaks” nie zależało mi tak bardzo na łóżkowym happy endzie jak w przypadku biustem szczującej Fondy i chłodem ziejącego Delona. „Koty” to niezwykle trafny tytuł, faktycznie wszystkie zamieszczone w trailerze przymiotniki, określające te zwierzęta, pasują do bohaterów jak ulał.

Co do kryminalnych konwencji to też jest pysznie. Clément wiele rzeczy powiela, ale też wiele łamie, sceny ucieczek są naprawdę rozkoszne i różne od tych znanych chociażby z serii o Bondzie czy filmów Hitcha.

„W pełnym słońcu” (1960), reż. René Clément   – Delon i lustro

Adaptacje książek o utalentowanym Ripley’u Patricii Highsmith są o tyle ciekawe, że sprawdza się wobec nich jedno z najbardziej wyświechtanych zdań:
„każdy znajdzie coś dla siebie”. Jest i zamerykanizowany Wenders i arcynudna Cavani i dość „tradycyjna”, ale nie bardzo wciągająca wersja z Mattem Damonem, tak jak „W pełnym słońcu”, będąca adaptacją pierwszej części powieści. Wersja Clémenta dużo czasu poświęca scenom na łodzi i według mnie jest chwilami szalenie podobna do „Noża w wodzie”. Delon ma tylko jedną lustrzaną scenę, za to bardzo ważną – ćwiczy bowiem udawanie swojego przyjaciela, naśladuje jego głos, ma na sobie jego ubranie. Maurice Ronet był w pewnych scenach łudząco podobny do Delona (albo Delon do niego?), przez co kradzież osobowości wydaje się dużo bardziej realna niż w nowszej wersji, gdzie zestawione są fizyczności Law i Damona. Dziewczyna w przeciwieństwie do Paltrow nie jest podejrzliwa i pragnienie miłości trochę tępi jej zmysły i rozum. Trudno mi rozstrzygnąć, która wersja uwiodła mnie bardziej, gdybym została przyparta do muru wybrałabym „W pełnym słońcu”, jedynie ze względu na zasadę pierwszeństwa i moją wrodzoną frankofilię.

„Pan Klein” (1976) , reż. Joseph Losey – Delon i lustro po wielokroć

Podobnie jak w poprzednim filmie i tu głównym problemem jest tożsamość. Pan Klein nadzwyczaj dobrze radzi sobie w czasie wojny do chwili, kiedy odkrywa, że w mieście mieszka Żyd, który nazywa się tak jak on. Dostaje jego pocztę, policja zaczyna brać ich za jedną osobę, wszyscy zaczynają uważać, że Klein jest Żydem, więc istnieje niebezpieczeństwo, że zostanie deportowany do obozu. Pierwsze zetknięcie z lustrem ma miejsce w jednej z początkowych scen: ubrany w złoty szlafroczek Klein odnajduje pod drzwiami egzemplarz „Wiadomości Żydowskich” po czym długo patrzy w lustro sprawdzając czy jest na pewno sobą. Im bardziej losy żydowskiego Kleina splatają się z jego losami, tym więcej jest scen lustrzanych, szczególnie warte uwagi jest ujęcie w barze, kiedy wizerunek Delona odbija się w przedzielonym na pół lustrze.

Do filmu Losey’a doskonale pasuje kolejne wyświechtane określenie: „kafkowski klimat”. Sceneria Francji za czasów drugiej wojny światowej, ówczesnych mieszkań i ulic już robi dużo, jednak to fabuła stanowi niegasnące źródło napięcia (jednego dnia obejrzałam ten film i „Duże złe wilki” – kilkugodzinne adhd bez konieczności picia kawy). Mając w pamięci segment z „Historii niesamowitych”, w której Delon gra postać mającą sobowtóra (czyli w sumie gra dwie postaci), myślałam, że film Losey’a pójdzie w tym samym kierunku, tym bardziej, że reżyser parokrotnie sugeruje, że Klein i Klein to jedna osoba. Rozwiązanie tego filmu, którego oczywiście nie zdradzę, wydaje mi się dużo ciekawsze niż pomysł schizofrenicznej narracji. A kilka scen to prawdziwe majstersztyki, np. przedstawienie zwiastujące zmierzch sztuki i totalną degenerację.

No i szczerze mówiąc od czasów „Kotów” nie zależało mi tak bardzo na łóżkowym happy endzie jak w przypadku spotkania arystokratycznej Jeanne Moreau i zmęczonego życiem Delona.

Comments: 5 komentarzy

  1. Marcin Zembrzuski Marzec 12, 2014 Odpowiedz

    Szczerze mówiąc od czasu „Twin Peaks” nie zależało mi tak bardzo na łóżkowym happy endzie

    Pytanie za milion punktów: chodzi Ci o zbliżenie Coopera z panną Horne, czy może o zbliżenie Coopera z Laurą Palmer? :>

  2. Ech, nigdy nie pozbędę się tej łatki. Nawet po wpisaniu mojego nazwiska w google wyskakuje "dyskretny urok nekrofilii" :(

Join in: leave your comment