Pocztówka z Węgier

Amerikai-anzix-cd-16

Nigdy nie zrobiłam sobie wycieczki na Węgry. Nie znam tego kraju, jego języka i historii. Nie miałam nigdy węgierskiego kochanka, nie piłam z węgierską młodzieżą piwa, nie jestem pewna, ale chyba nie piłam nigdy żadnego z węgierskich alkoholi. Krótko mówiąc: jestem całkowitym laikiem w kwestii znajomości Węgier. Do niedawna moje pojęcie na temat węgierskiej kultury ograniczało się do kilku książek Sándora Máraia, kilku filmów Béli Tarra i tekstów jego przyjaciela László Krasznahorkaia, opisywanego na tym blogu „Narcyza i Psyche”, no i filmu „Kontrolerzy”, którego nigdy nie lubiłam. Jak widać moja wiedza jest naprawdę skromna, dlatego pewnie nie jestem w stanie w pełni docenić tak mocno osadzonych w kontekst kulturowo-polityczny dzieł, które poniżej omówię. Mam jednak nadzieję, że uda mi się pokazać podobnym mi ignorantom, że sztuka made in Hungary jest warta uwagi. Tych bardziej uświadomionych mogę jedynie przeprosić.

Tym, co łączy wszystkie omawiane przeze mnie dzieła, poza krajem pochodzenia, jest widmo śmierci wiszące nad każdym z bohaterów i nad całym narodem. Nieważne czy jest to historia wojenna, niemal przyrodniczy eksperyment czy jednostkowa opowieść o brzydkiej mieszczance – każda istota żyje, zgodnie z tytułem książki Gyurkó, „w cieniu śmierci”. Jest to przyczyną smutku, nostalgii, rozpaczy czy (chyba najczęściej) obojętności postaci, które mają świadomość, że są jedynie „liśćmi na wietrze” (choć np. w filmach Jancsó, jednostki starają się panować nad własnym losem i walczą z systemem, ale o tym potem). Tak, wydaje mi się, że „życie w cieniu śmierci” najlepiej określa każdy z tych filmowych i literackich obrazów.

FILM

„Pocztówka z Ameryki” (1975), reż. Gábor Bódy

Drugi raz chylę czoła przed Bódy’m i nie boję się stwierdzić, że jest to jeden z najgenialniejszych twórców z jakimi zaznajomiłam się w swoim życiu. Podobnie jak w przypadku „Narcyza i Psyche” czas jest tu bardzo płynny: autor zderza ze sobą dwóch bohaterów z różnych epok: wojny secesyjnej (1865) i wojny o niepodległość Węgier (1948). Zresztą same napisy początkowe wskazują na mnogość i różnorodność odniesień, film jest bowiem oparty na noweli Ambrose’a Bierce’a (uczestnika wojny secesyjnej), dziennikach i listach węgierskich niepodległościowców oraz na poezji Walta Whitmana i Sandóra Csoóri. Pod względem formy jest równie różnorodnie jak pod względem treści. Bódy robi z obrazem wszystko: stylizuje go na pocztówkę, zaginiony dokument z ery kina niemego, pokazuje obraz przez celownik, rysuje linie przerywane wydzielające odległość postaci od siebie, rozmazuje obraz, zwalnia tempo, zniekształca dźwięk, zmniejsza obraz akcji do owalu znajdującego się na środku białego tła itd. Jego eksperymenty są na tyle śmiałe, że w momencie, kiedy na moim monitorze przysiadła mucha, byłam pewna, że jest ona częścią filmowego świata i zastanawiałam się chwilę jak autorowi udało się w 1975 roku uzyskać takie wrażenie trójwymiarowości. Bódy korzysta z wielu różnych, na pozór wykluczających się języków, które w jego filmie tworzą równie harmonijną całość, co przenikające się wypowiedzi żołnierzy z różnych stron świata w knajpianym anturażu (jest też akcent polski!).

Wojna wojną, mnogość mnogością, ale tym, co uczyniło z „Pocztówki z Ameryki” dzieło wybitne jest ostatnia, dość długa scena, podczas której jeden z sierżantów huśta się wśród tłumu gapiów na dużej huśtawce. Jest to jedna z całkowicie „moich” scen filmowych, tak, jakby Bódy wszedł do moich snów i wykorzystał jeden z nich, ten, który najczęściej się powtarza. Dlatego zdaję sobie sprawę, że nie każdym wstrząśnie ona tak bardzo jak mną, co nie zmienia faktu, że jest doskonale wykonana, sugestywna i ekspresyjna, dająca prawdziwe odczucie bujania się i – jak w dzieciństwie – dosięgania chmur, gdzie lekkość i przyjemność łączy się z świadomością niebezpieczeństwa i możliwością upadku. Poza tym poezja wylewa się z każdego kadru „Pocztówki z Ameryki”, a czasami też z monologów bohaterów, którzy spacerują trzymając za ręce świadomość śmierci i myśl o śmierci.

„Elektra, moja miłość” (1974), „Desperaci” (1965), reż. Miklós Jancsó

Jancsó jest zdecydowanie bardziej oszczędny w środkach, choć jego obrazy także zawierają eksperymentalny rys. „Desperaci”, jeden z najbardziej znanych filmów tego twórcy, to historia uwięzionych po środku niczego przez habsburską policję rewolucjonistów. Manipulacje, nieuczciwe gierki, okrutne sankcje – tym wszystkim władza powoli łamie swoich więźniów, niszczy wzajemne zaufanie i solidarność. Dużo tu mocnych scen (np. lemingowe samobójstwa jako wyraz buntu czy próba zmuszenia syna, by doniósł na ojca i odwrotnie), największe wrażenie robi jednak całkowita izolacja niewielkiej przestrzeni, na której znajdują się więźniowie i policja: bezkresne stepy, pustka, kompozycja kadrów, która jeszcze bardziej pomniejsza ważność człowieka. Akcję „Elektry…” Jancsó umieszcza w takiej samej lokalizacji: miejsca po środku niczego.

„Elekra…” powstała na podstawie dramatu László Gyurkó, którego kryminał omówię za chwil parę. Jest to jedna z ciekawszych interpretacji greckiego mitu, całkowicie przesiąknięta węgierską sytuacją polityczną. Ajgistos symbolizuje represyjny system, Elektra zabijając go nie dokonuje jedynie zemsty za zabicie ojca, ale przede wszystkim rozpoczyna polityczną rewolucję. Nie chce zabić człowieka, tylko zniszczyć system i związane z nim idee.

Film ma niezwykłą choreografię, podczas dialogów postaciom towarzyszy tłum nadający batami rytm czy wraz z Elektrą tańczący na pagórku pełnym świec. Chwilami jest równie postmodernistycznie jak u Bódy’ego: Elektra uśmiecha się do kamery, nadlatują helikoptery, ktoś zabija się przy pomocy rewolweru, ale po chwili otrzepuje się i idzie dalej. U Jancsó także jest dużo poezji, metafor (tłum dźwigający głaz, pawie), szczególnie spodobały mi się kwestie wypowiadane przez bohaterkę. No i muzyka – emocje, psychodelia, wszystko, co najlepsze.

„Czkawka” (2002), reż. György Pálfi

Choć film Pálfi’ego nie nosi na sobie wojennego jarzma, także w nim można dostrzec widmo śmierci. W tym eksperymentalnym filmie reżyser pokazuje nam cały cykl życia na wsi: cudownego dziadka nękanego czkawką, kopulujące świnie, kotka wylegującego się na słońcu, krecika rzuconego psu na pożarcie itd. Śmierć jest czymś naturalnym, więc zdarzają się też sceny pokazujące ostatnie tchnienie pewnego zwierza czy pogrzeb. Mogłabym silić się na zbędną erudycję: Krakauer, „potok życia” itd., ale po co to komu. „Czkawka” to prosta, niedługa przyjemność obserwowania natury, zwierząt i (na szczęście) w mniejszym stopniu ludzi, pełna napięcia (sarenka kontra zła, metalowa maszyna) czy zwrotów akcji (wielka ulewa niczym początek apokalipsy). Ale jeśli ktoś spragniony jest metafory, myśli lub czegoś, co autor chce mu przekazać to również będzie się czuł nasycony (mi wystarczą zwierzątka <3).

Edit 15.05.14: czytam właśnie “Czardasz z mangalicą” Vargi i zostałam uświadomiona, że film jest przeniesioną we współczesność historią o zbrodniarkach z Nagyrev, które zabijały swoich (i nieswoich) mężczyzn trucizną wytworzoną z lepu na muchy. Ta wiadomość odwraca moje spojrzenie na film, ale chyba wydaje mi się on przez to jeszcze ciekawszy. W każdym razie bardzo polecam te węgierskie eseje Vargi, a także ich poprzednią część – “Gulasz z turula” – warto dowiedzieć się trochę więcej o narodzie, który wydał na świat tyle fajnej sztuki, tym bardziej, że oprócz spisanych soczystym językiem Vargi (jakkolwiek źle to nie brzmi) interesujących spostrzeżeń, znajdzie się też wiele słów na temat autorów, filmów i książek, niezwykle zachęcających.

LITERATURA

„W cieniu śmierci” (nie wiem, polskie wydanie 1987), László Gyurkó

Dziwna to książka, której nie mogę jednoznacznie ani polecić ani odradzić. Bardzo krótki, trochę kryminał, ale przede wszystkim portret psychologiczny Jovana Kissa, pięćdziesięcioletniego mężczyzny, któremu wojna zabrała wszystkich bliskich i dozgonnie skaziła go piętnem śmierci (do tego stopnia, że opowiada nawet młodej, dziewczynie w białej sukience w jaki sposób zabijał ludzi). Po wojnie Kiss był policjantem, niestety zawał uniemożliwił mu dalsze wykonywanie zawodu. Bohater zaczyna napadać na banki, gdyż nie może znieść normalnego, spokojnego życia. Niewątpliwym plusem jest zmysłowość i sugestywność opisów Gyurkó – czytając tę książeczkę czuje się zapach potu w zatłoczonym środku lokomocji, chłód wody otaczającej jacht bohatera, całą fizyczną stronę zabijania. Być może tak właśnie należy traktować tekst Gyurkó, jako krótką historię człowieka opętanego śmiercią, a nie jako na pełnokrwisty kryminał.

„Szatańskie tango” (1985), László Krasznahorkai

Czytałam tę książkę wiele lat temu, przez co historię pamiętam dość szczątkowo: wędrujący za podejrzanym „zabawcą” tłum, możliwość odczytania całości jako politycznej alegorii. Tym, co zapadło mi w pamięć najbardziej jest niezwykły język autora, tworzący świat pełen magii i rozpaczy, tak samo w sposobie opisywania deszczu, jak i w pełnych niesłusznej nadziei dialogach między postaciami. Adaptacja tej książki autorstwa Tarra trwa siedem godzin, wydaje mi się, że książka tak mnie zachwyciła, że wchłonęłam ją w dużo krótszym czasie. I oczywiście, po przeczytaniu ostatniej kartki za moim oknem rozpętała się epicka, marcowa ulewa.

„Ptaszyna” (1924), Dezső Kosztolányi

Opowieść o małomiasteczkowej rodzinie kresu XIX wieku. Córka wyjeżdża na tydzień odwiedzić rodzinę. To pierwsze tak długie rozstanie trzydziestokilkuletniej kobiety z rodzicami. Rozłąka okupiona hektolitrami łez i przeszywająca serce bólem. Rodzice są początkowo bezradni bez swojej „Ptaszyny”. Stopniowo zaczynają wychodzić poza monotonię życia zamkniętego w czterech ścianach: wybierają się na obiad do restauracji, mężczyzna spotyka dawnych znajomych, dają się namówić na wyjście do teatru, on sam wychodzi na męski wieczór przy kartach i alkoholu. Wszystko to nie ma znaczenia, bowiem, gdy Ptaszyna wróci, bieg życia rodziny wróci do normy i pewnie do końca ich życia będzie taki sam, bowiem dziewczyna ze względu na niedostatki swej urody na zawsze zostanie starą panną.

Bardzo zdziwiła mnie wrażliwość autora, trafność w ukazaniu pustki, rozpaczy każdego z bohaterów, a przede wszystkim prawdziwość tych portretów – mieszkam z osobą, która obcuje ze światem w podobny sposób, co rodzice Ptaszyny i naznaczona jest podobną ilością strachu i smutku, przez to wydaje mi się, że Kosztolányi trafił w punkt. Autor przedmowy wskazuje na śmierć jako główny punkt odniesienia pisarza, jako coś, co dominuje nad wszystkim innym, pozbawia różnego rodzaju działania sensu, bo cóż może być większego od śmierci? Życie bohaterów „Ptaszyny” jest przesiąknięte lękiem ze względu na świadomość śmierci, coś na zasadzie myślenia: jaki sens ma miłość / zabawa / przyjemność, skoro i tak przeminę? Całe życie rodziny jest bólem spowodowanym bezczynnością, a owa bezczynność spowodowana jest bezsensem wyboru, bo przecież każdy wybór jest zły (rozłąka z rodzicami sprawia cierpienie, powrót mimo wszystko, także). Podsumowując: nie jest to najbardziej pozytywna powieść świata, ale nie sposób zarzucić jej braku prawdziwości.

Comments: no replies

Join in: leave your comment