Apoteoza zwolnionego tempa

im-lauf-der-zeit-2

Zdecydowanie nie jestem człowiekiem wielu projektów i wielu działań. Moje końcowożyciowe CV u nikogo nie wzbudzi zazdrości. Bywam czasem więźniem deadline’ów, jednak ostatecznie wychodzę z założenia, że życie jest po to, żeby pożyć, a obecność w danym momencie jest nie tylko przywilejem Mariny Abramovich.

Dlatego też lubię kino nieśpieszne. Kino w którym (pozornie) niewiele się dzieje. Na wstępie zaznaczam, że kino, które mam na myśli, dalekie jest od kina kontemplacyjnego czy egzaltowanych produkcji w stylu „Shirley – wizje rzeczywistości”. Kino nieśpieszne to dla mnie kino bliższe „codziennemu życiu” (ale nie naturalistyczne): knajpianych sytuacji, interpersonalnych nieporozumień, samotnych przeżyć. Swoją drogą to kino bliskie płótnom Hoppera – chyba wszyscy twórcy których za chwilę wymienię uczynili z jego twórczości źródło inspiracji. To kino delektuje się nudą, sączy gęsty jak dym czas, a z papierosów tworzy niezbędny rekwizyt, podkreślający ulotność wszystkiego. Palenie, pomimo znacznej różnicy działania środków psychoaktywnych zawartych w substancji palonej, nadal jest czymś wyrywającym z biegu życia, jak w zawartym w „Opium” zdaniu Cocteau: „palić opium – to tak, jakby opuścić ten pociąg w pełnym biegu i zająć się czymś innym niż życie, niż śmierć”. Papierosy stały się głównym tematem filmów Jarmuscha i ujmującego dyptyku Austera i Wanga („Dym” i „Brooklyn Boogie”), jednak ich rola w zwalnianiu tempa w kinie w ogóle jest niezaprzeczalna. Papierosy i hopperowskie przestrzenie to nie wszystko. Kino nieśpieszne to też kino twarzy: wielu zbliżeń, drobnych drgnięć lub całkowitej stagnacji. Uroda aktorów kina nieśpiesznego daleka jest od hollywoodzkich kanonów, to najczęściej nadgryzione zębem czasu twarze, które same opowiadają historie, bez zbędnych słów. Płynnie przechodzimy do dialogów, które albo są bardzo powierzchowne, albo zakładają milczenie jednej ze stron. Nie wynika to jedynie z chęci pokazania miałkości międzyludzkich relacji, po prostu często słowa są zwyczajnie zbędne, jak w hicie Depeche Mode. Jeśli istnieje jakiś dramat to rozgrywa się on „między słowami”, często jednak sceny są po prostu stworzone w spokojnym, nieco ironicznym krakowskim stylu* (*- pisząc o tym stylu mam na myśli przyjęty w naszej kulturze, nieco już archaiczny wizerunek artystów siedzących milcząco przy piwie, którzy jak w anegdotce Nowickiego ograniczają swoje wypowiedzi do podsumowujących obserwację rzeczywistości zdań np. „O! Poszedł” po czym po paru godzinach wypowiadane jest zdanie „O! Wrócił”). Z drugiej strony kino nieśpieszne to też kino wspaniałych rozmów, przede wszystkim w kinie Rohmera (i innych Francuzów) oraz Linklatera, ale też u Wendersa w „Paris, Texas” czy w „Fałszywym ruchu”, gdzie bohaterowie opowiadają swoje sny. Nie są to wielkie dialogi filmowe, pełne haseł, które można wyciąć i wrzucić na swój profil, to zwyczajne rozmowy (których tak bardzo brakuje w teraźniejszym życiu codziennym) o filozofii, życiu, miłości, w których wszystkie strony są tak ciekawe i otwarte na dialog, że zawsze oglądające te filmy mam ochotę przysiąść się do nich i wtrącić swoje trzy grosze do dyskusji.

Jak widać zaliczam do kina nieśpiesznego różnorodnych twórców: Jarmuscha, Wendersa, Austera, Wanga, Linklatera, chwilami braci Coen, z bardziej prowincjonalnej strony trzeba dodać Kondratiuka, Kolskiego, Leszczyńskiego, adaptację powieści Stasiuka czyli „Wino truskawkowe” i wielu wielu innych twórców. Najważniejszą cechą łączącą te filmy jest właśnie czas, który staje się bohaterem („Z biegiem czasu” czy sceny ukazujące przemijanie np. pokryty pajęczyną Pieczka w „Jańcio Wodniku”), ale też jest zwolniony na tyle, by można było dostatecznie rozsmakować się w chwili, docenić całą poezję i piękno życia albo dojrzeć nudę i marność kryjącą się pod maską niezwykłości (tu prym wiedzie Jarmusch, m.in. przedstawiając mityczne miasto Elvisa, w którym nikt nie lubi Elvisa i które nie różni się od innych amerykańskich zapadłych dziur). Nie jestem językoznawcą, jednak wydaje mi się, że tylko w języku polskim słowo „wolny” oznacza jednocześnie nieśpieszność i niezależność, a „zwolniony” nie tylko wiąże się z utratą pracy, ale też ze spowolnieniem. Dalszą zabawę słowem „wolność” sobie daruje, jednak najważniejszym przekazem jest nierozerwalność tych dwóch pojęć, nie tylko językowa, ale też pojęciowa (przecież trudno wyścig szczurów kojarzyć z jednostkową wolnością), co zresztą wybrzmiewa też w częstym wykorzystywaniu przez tych reżyserów konwencji kina drogi.

I właśnie dzięki kinu drogi przechodzę do nowego filmu Alexandra Payne’a, który pomimo tego, że nikt w nim nie pali, doskonale wpisuje się w to, co nazwałam kinem nieśpiesznym. „Nebraska” jest opowiedzianym w niezwykłych, czarnobiałych kadrach (które bardzo kojarzą się z genialnymi zdjęciami do „Stanu rzeczy” i „Z biegiem czasu”) kinem drogi, którego bohaterem jest mężczyzna, zabierający swojego ojca w podróż po (nie)wygrany milion dolarów. Film przez wielu porównywany jest do „Prostej historii” Lyncha, co dziwne nie jest, bo w obu podejmowane są tematy drogi, starości i tzw. prostego życia, jednak uważam, że „Nebraska” jest zbyt dobrym filmem, by ograniczyć ją do tego porównania. Bohater grany przez Bruce’a Derna jest cierpiącym na demencję alkoholikiem, który nic w życiu nie osiągnął i nic nie dał swoim dzieciom, jego żona to stara zrzęda pokazująca krocze grobom swoich byłych-niedoszłych, natomiast ich dzieci to początkujący gwiazdor telewizji i główny bohater, nieradzący sobie ze związkami David, który chce nawiązać z ojcem wieź, dopóki ten jest jeszcze w stanie cokolwiek rozumieć. Ludzie, których mijają są tacy jak w życiu: albo to czyhające na pieniądze hieny (rodzina) albo dobrzy, prości ludzie (była dziewczyna Woody’ego, jego kumpel, państwo, którym ukradli kompresor). To, co niewątpliwie rozczula (i budzi u niektórych zarzut dotyczący sentymentalizmu, bądź naiwności) to fakt, że syn chce spełnić marzenia ojca, pomimo całej jego niedoskonałości (choć podkreśla się też jego szczodrość i prostoduszność). Woody otrzymuje nagrodę, na którą nie zasłużył, bo przecież nic nie zrobił, nie był wspaniałym ojcem, żył prostym, niewymuszonym życiem i sporo pił. Wyjęcie ludzi z obowiązku sukcesu i robienia wszystkiego idealnie, przedstawienie nieprzesadnie ładnych ludzi w zwyczajnych przestrzeniach wydaje mi się niezwykle odżywcze i wyzwalające. Kino nieśpieszne jest kinem niedoskonałości, przez co jest dla mnie źródłem czystej i nieskrępowanej przyjemności.

Comments: no replies

Join in: leave your comment