Twarze na sprzedaż (1966)

seconds

Możecie psioczyć ile chcecie na nowego Żiżka – i tak uważam, że lektura lub oglądanie jego wywodów to dobra rzecz, zawsze można odkryć coś, co umyka widzowi żyjącemu w kulturze nadmiaru. Dzięki Perwersyjnemu przewodnikowi po ideologiach ja odkryłam zapomniane amerykańskie arcydzieło – film Twarze na sprzedaż Johna Frankenheimera.

Dlaczego porywam się na tak duże słowo jak arcydzieło? Ano dlatego, że film Frankenheimera przejawia wszystkie cechy, które zwykło się przypisywać arcyfilmom: wielopłaszczyznowość, otwartość na kilka interpretacji, nowatorska forma, ciekawy pomysł i kilka przełomowych scen. W dwóch pierwszych, dość banalnych cechach, chodzi mi o to, iż Twarze na sprzedaż są równie ciekawe jeśli prześledzi się je na zasadzie historii s-f, ale też jeśli dojrzy się w niej opowieść jednostkową, uniwersalną, społeczną czy jak chce Żiżek – ukrytą ideologię. Film ten, jak inne amerykańskie klasyki, jest bardzo otwarty na wszelkie kulturoznawcze analizy: można przyłożyć do niego mnóstwo matryc, przede wszystkim z psychoanalitycznego podwórka: budowanie podmiotowości, lacanowska faza zwierciadła (w ogóle uwielbiam te dawne trójdzielne lustra, w których człowiek od razu jest podzielony wzorem swej osobowości na id, ego i superego), ale też pytania o relacje z Innym itp. Z racji niesamowitej, neurotycznej formy tego filmu, w jego opisywaniu wesprę się audiowizualną pomocą, co pozwoli na wczucie się w iście kafkowski nastrój Twarzy na sprzedaż.

Czołówka, oprócz idealnego wprowadzenia w późniejszą, dziwaczną podróż, wspaniale odnajduje się w kontekście kinowej historii oka obok fragmentów Psa Andaluzyjskiego, Wstrętu czy dowolnego giallo. Muzyka Jerry’ego Goldsmitha i pełen zniekształceń, psychodeliczny obraz już we wstępie wprowadzają widza w nastrój niepokoju, zintensyfikowany przez następujący po napisach początek. A na początku był dworzec: plan ogólny przeplata się ze zbliżeniami pewnej spoconej twarzy mężczyzny, którego śledzimy. Czasem kamera znajduje się tuż za jego plecami, czasem widać tylko nogawki spodni, czasem autor pokazuje POV śledzącego bohatera człowieka, a czasem używa szerokokątnego obiektywu pokazując główną, znerwicowaną postać, co potęguje wrażenie osaczenia.

W części dworcowej pojawia się też bardzo fajny smaczek: pociąg, którym jedzie bohater ma numer 2046, co jest również numerem pokoju bohaterów Wong Kar-Waia i zarazem tytułem jednego z jego filmów. Zdjęcia zaczerpnięte z tegoż bloga, gdzie można też znaleźć punkty wspólne pomiędzy Twarzami na sprzedaż i 2046.

Trochę o samej historii: urzędnik bankowy odbiera telefon od dawnego przyjaciela, o którego śmierci jest przekonany. Ten, udowadniając swoją prawdziwość, namawia starego kumpla do odwiedzenia pewnego miejsca. Urzędnik, którego życie i małżeńskie relacje cechuje chłód i milczenie, po długim czasie wahania udaje się w owe miejsce pod przybranym nazwiskiem. I tu znowu pojawiają się niezwykłe pomysł, jak z Terry’ego Gilliama (może to mylny trop, w każdym razie chodzi mi o wszechobecny absurd), bo aby dostać się do gabinetu dyrektora bohater musi przemierzyć m.in. pełną mięsa rzeźnię i pokój pełen oczekujących i milczących ludzi. W trakcie czekania następuje też arcyciekawa scena halucynacji/ narkotycznej rzeczywistości bohatera, przypominająca jeden z ekspresjonistycznych snów. Niestety, mogę posłużyć się jedynie nieruchomymi obrazami do jej zilustrowania, w ruchomej wersji nabiera jeszcze więcej surrealistycznego wigoru, dziwnych perspektyw i aberracji.

Okazuje się, że firma, którą odwiedza bohater zajmuje się oferowaniem nowego życia. Sfinguje się śmierć klienta, robi operację plastyczną i wrzuca go w nowy, wymarzony świat. Pomysł jest niezwykły: chyba każdy choć raz marzył o porzuceniu swojej dotychczasowej egzystencji, tym bardziej, że w tym filmie główna postać jest nudnym, grubym urzędnikiem, który od wielu lat nie uprawiał seksu, co czyni z niej wręcz wzorcowy przykład osoby wiodącej beznadziejne i zmarnowane życie. Bohater przyjmuje więc postać przystojnego Rocka Hudsona, staje się malarzem mieszkającym na rajskiej plaży, bierze udział w dionizyjskiej orgii (niezwykła scena pełna nagich ciał ugniatających winogrona w ogromnej beczce), zakochuje się i upija czasem (nieznośnie długa, ale i sugestywna scena imprezy – aż boli). Jednak w swoim nowym, podobno wymarzonym życiu bohater też nie tryska szczęśliwością – okazuje się, że w jego wypadku zarówno mieć jak i być nie zdaje egzaminu.

Największą zaletą Twarzy na sprzedaż jest brak łopatologiczności, nachalności. Frankenheimer już u początku nie zdradza nam wszystkiego (wiemy nawet mniej niż bohater) i też do samego końca nie tłumaczy wszystkiego w jakiś okropny sposób, np. zaraz po operacji, na lotnisku bohatera zaczepia jakiś irlandzki brodacz, opowiadający o modelkach, wspólnych imprezach i tym, że muszą kiedyś skoczyć na piwo. W złym filmie w kolejnej scenie lub w scenie ostatniej ktoś wytłumaczyłby bohaterowi dlaczego Irlandczyk znał jego imię i kim był. Tutaj bardzo łatwo można domyślić się o co chodzi (spokojnie, spoilerów nie będzie), nie jest to wszak nowy arthousowy film, w którym im więcej niewiadomych, tym lepiej, jednak uważam, że to prawdziwa przyjemność samemu złożyć sobie ten i inne klocki (wypowiedź żony, ostatnią rozmowę z dawnym przyjacielem) w całość. Wypowiedź reżysera pozostaje spójna i klarowna, a inteligencja widza nie jest przesadnie obrażana.

Twarze na sprzedaż, tak jak każde dobre s-f, jest nie tylko bardzo ciekawą historią, fajną formą, ale też ma duży egzystencjalny potencjał. Nie chcę tu pisać o tym, co film dla mnie znaczy, bo w jakiś sposób narzucę wtedy swoje myślenie osobom, które jeszcze nie miały okazji zobaczyć filmu – co, jak zapewniam, trzeba zrobić koniecznie!

Comments: no replies

Join in: leave your comment