O dwóch takich

40372

 

W dzisiejszym odcinku będzie o dwóch filmach niezwiązanych żadną nicią podobieństwa (choć wiadomo, że człowiek we wszystkim może dopatrzyć się analogii, tutaj proponuję iść w stronę dość banalną – społecznej kontestacji w wykonaniu dwóch autorów, których dzieli wszystko), które obejrzał tak niewielki procent naszego gatunku, że niewątpliwie zasługują na rozpropagowanie.

„Pożegnanie z dniem wczorajszym” (1966) , reż. Alexander Kluge

Nie chcę absolutnie odbierać temu filmowi oryginalności i autonomii, ale dla mnie to troszkę niemiecka wersja „Żyć własnym życiem”. Bohaterką jest dwudziestodwuletnia Anita, brzydsza wersja Anny Kariny (w pewnej chwili nawet uczy się francuskiego), obca w nieznanych landach, zagubiona dziewczyna, która co prawda nie jest prostytutką, tylko kochanką, ale za to kradnie tu i ówdzie i ma już na koncie całkiem pokaźną listę grzechów ściganych przez policję. Co chwila zostaje skądś wyrzucona, niektóre miejsca opuszcza z własnej woli, w efekcie czego najczęściej można ją oglądać z dwoma walizkami i chęcią rozpoczęcia nowego życia. Anita nie ma wygórowanych ambicji, chce jedynie znaleźć dla siebie miejsce, jednak w zimnym i ksenofobicznym społeczeństwie, pełnym zasad, których nie rozumie, jedyne otwarte dla niej drzwi prowadzą do więzienia.

Kluge opowiada tę prostą opowieść jak rasowy nowofalowiec – zaburza linearną konstrukcję tworząc ciąg fragmentów z życia dziewczyny, przedzielony tablicami jak z kina niemego, na których zapisane są myśli Anity. Na jednej z ostatnich tablic widnieje myśl, że „wszyscy jesteśmy winni, lecz gdybyśmy uświadomili sobie tę winę świat byłby rajem na ziemi”. Być może jest to zbyt daleko idące porównanie, w każdym razie ja dostrzegam paralelę pomiędzy spostrzeżeniem Anity, a słynnym monologiem Nany o odpowiedzialności w filmie Godarda. Obie bohaterki są równie samotne i skazane na klęskę w chwili, gdy uświadamiają sobie swoją własną odrębność. Chęć życia własnym życiem jako powód wyrzucenia z ram społeczeństwa.

Poza tym Kluge niczym francuski reżyser eksperymentuje na całego wyłączając co jakiś czas dźwięk, wprowadzając wiele dziwnych zbliżeń, filmując ulice miasta kosztem głównej bohaterki, robiąc takie cięcia montażowe, których ja nigdy nie pojmę, ale które dla kogoś, kto się zna mogą być niezwykle inspirujące. Kluge zajmował/ zajmuje się video-artem i jest to bardzo widoczne w „Pożegnaniu z dniem wczorajszym” – gdzieś w okolicy połowy filmu historia zostaje zarzucona na rzecz ciągu niezwiązanych obrazów, wśród których pojawia się nawet uroczy, wcinający marchewkę króliczek. Szczerze mówiąc nie jestem zbyt dobra w wyławianiu symboli, nie wiem czy ten królik symbolizuje wysiedlenie i lud żydowski (Anita jest Żydówką, według mnie nie jest to bardzo ważne, w każdym razie pozdrawiam Aleksandrę, która ma tak bardzo kulturoznawczy umysł, że widzi w filmach takie rzeczy), na mnie zrobiło to czysto estetyczne wrażenie. Są też jakieś dziwne historie o produkcji filmu, w którym psy są super i potrafią wyzwolić kobiety z więzów – naprawdę nie można odmówić niemieckiemu twórcy wyobraźni, inwencji i artystycznego wyczucia. Wiadomo, że każdą ze scen można dowolnie interpretować i jest w tym filmie mnóstwo politycznej krytyki, jednak nie to stanowi główny jego walor. Przejmująca historia Anity, dzięki formie jaką nadał jej Kluge ze zwykłej opowieści została wyniesiona do rangi sztuki. Podsumowując jednak to moje porównanie z Godardem – nie sądzę, aby Kluge naprawdę się nim inspirował, wydaje mi się, że o podobieństwie decyduje po prostu duch tamtejszych czasów.

„Pożegnanie z dniem wczorajszym” zainicjowało cały ciąg zmian jakie nastąpiły w niemieckim kinie, przynosząc później dzieła takich wspaniałych reżyserów jak Fassbinder, Herzog czy Wenders, zgarnęło mnóstwo nagród w Wenecji w czasach, kiedy miały one jakieś znaczenie, więc naprawdę chciałoby się, żeby filmy pana Kluge były równie dostępne jak dzieła nowofalowców z innych krain. No, ale obejrzałam ten film w kinie i to za darmo, więc jest to dowód na to, że ktoś jeszcze takie kino szerzy.

 „Sitcom” (1998), reż. François Ozon

Kiedy pierwszy raz stykałam się z określeniem „francuska ekstrema” bardzo zdziwiła mnie obecność na liście parających się nią reżyserów Ozona. Znając jego późniejszą twórczość miałam go za typowo mieszczańskiego reżysera, który owszem, łamie zasady, krytykuje burżujów, ale wszystko to odbywa się w granicach normy i to w ładnej, dobrze skonstruowanej otoczce. Dopiero teraz zobaczyłam jego wczesne filmy: brutalnych i dziwacznych „Zbrodniczych kochanków”, chyba najbardziej nieokiełznaną i pojechaną wersją bajki o „Jasiu i Małgosi” no i „Sitcom”, który wydawał mi się dość znanym i docenionym filmem, a jednak statystyki mówią coś innego.

Tym, co mnie najbardziej uwiodło w „Sitcomie” jest hołd, który Ozon składa kinematografii. Oczywiście jest to element dostrzegalny w każdym z jego filmów, bo (jak to Francuz) Ozon jest przede wszystkim kinofilem, jednak tutaj pod względem filmowych odwołań trafia w mój gust całkowicie. Bo oprócz wychwyconego już przez wielu przede mną odwołania do „Teorematu” Pasoliniego, gdzie w „Sitcomie” seksownego Terence’a Stampa zastępuje demoniczny, czerwonooki szczur, Ozon robi też ładną zrzynkę z kina Buñuela, przede wszystkim „Widma wolności”. Najwyraźniejszym odwołaniem jest zamknięty pokój syna, do którego wchodzą wątpliwej cnoty goście. Ozon stopniuje napięcie tak jak hiszpański mistrz, rozciągając w czasie oczekiwanie na otwarcie drzwi, dodając kolejne podsycające ciekawość elementy, np. gdy córka zerka do pokoju przez dziurkę od klucza jej oczom ukazuje się rozległa pustynia –surrealizm w najszlachetniejszej postaci! SPOILER Tak jak w „Widmie wolności”, gdzie domniemana orgia okazała się być grą w karty, tak i tutaj bohaterowie niewinnie grają w ruletkę.

Duch hiszpańskiego twórcy jest dostrzegalny też w innych scenach, np. widzimy sen jednej bohaterki, z którego ona się budzi, co już jest snem jej matki, który niestety okazuje się być rzeczywistością. Taka szkatułkowa konstrukcja, w którą wplecione są sny też jest spadkiem po „Widmie wolności”. Zresztą sam sposób krytyki burżuazji przez skonwencjalizowanie jej do cna, po to, by przewrócić o 180 stopni zasady rządzące ich światem, doprawione odrobiną perwersji (w „Sitcomie” kazirodztwo i S/M) jest bardzo bunuelowski. Ale Buñuel i Pasolini to nie wszystko. „Sitcom”, co się rozumie samo przez się, jest stylizowany na telewizyjne, kiczowate produkcje i pod względem kampowości  i sztuczności przypomina dobre kino klasy B (szczególnie w scenie morderczej walki z gigantycznym szczurem). Jest też ukłon w stronę klasycznego, amerykańskiego kina – scena w której zaciemniona postać matki pojawia się w pokoju, by zabić szczura wygląda jak kadr z jednego z dzieł Hitchcocka. Film Ozona to kompilacja najpyszniejszych kawałków światowego kina doprawiona jego jeszcze kiełkującym wtedy stylem. Wracając do francuskiej ekstremy – „Sitcom” w żadnym wypadku nie jest tak brutalny jak „27 palm” czy tak odważny erotycznie jak kino Breillat, jednak jeśli przyjmiemy, że głównym wyznacznikiem stylu ekstremistów jest zainteresowanie i silne eksponowanie cielesności, obecność Ozona w owym zestawieniu przestaje dziwić.

Comments: no replies

Join in: leave your comment