Cztery filmy, które odbiorą wam radość życia

Love-is-the-devil

Wydaje mi się, że każdy ma czasami taki stan przemożnego smutku, który nie pozwala mu w miarę normalnie funkcjonować. Jedynym wyjściem jest całkowite dobicie się: przypomnienie sobie wszystkich życiowych porażek, niespełnionych marzeń, braku miłości, marności egzystencji i spędzenie całego wieczoru na wypłakiwaniu się w poduszkę po to, by wstać w stanie jako takiego odrodzenia, albo chociaż błogiej ignorancji. Oczywiście czasem nie jest tak łatwo spaść na dno rozpaczy, dlatego, na całe szczęście, istnieje mnóstwo dobrej sztuki, która może każdego przepoczwarzyć w najsmutniejszą istotkę na ziemi. Oto mój ranking czterech filmów przez które będziecie bardziej nieszczęśliwi niż zwykle. Jak to z moimi zestawieniami bywa, oscylują wokół ostatnio obejrzanych, bo wiadomo – tych widzianych dawniej zbyt dobrze nie pamiętam.

  1. The Heart Is Deceitful Above All Things (2004), reż. Asia Argento

Może to już te problemy z pamięcią, ale naprawdę wydaje mi się, że nigdy nie widziałam obrazu, który wyrzuciłby na mnie tak niewyobrażalną dozę zła, już nawet „Malowany ptak” zawiera w sobie więcej światła.

Dramat córki jednego z najsłynniejszych twórców giallo powstał, podobnie jak wspomniany „Malowany ptak”,  na podstawie autobiograficznych nowel J.T.LeRoya, i tak jak w tamtym przypadku autobiografizm jest wielce dyskusyjny – parę lat temu pisarka Laura Albert (która współtworzyła m.in. scenariusz „Słonia”) przyznała, że obrała sobie taki pseudonim i cała historia ostro doświadczonego chłopaka dla którego pisanie jest formą terapii została zmyślona. Jednak już samo zasianie myśli, że to wszystko stało się naprawdę jeszcze bardziej potęguje płynący z ekranu mrok.

Przede wszystkim „The Heart…” to świetny przykład filmu, który pokazuje jak bardzo można rozwalić dziecku psychikę: chłopak, który żyje najpierw w całkiem normalnej rodzinie zastępczej zostaje z niej wyrwany przez młodą mamę – prostytutkę, narkomankę i punkówę (rewelacyjnie zagraną przez Argento), która, jak łatwo się domyślić, nie ma zbyt dobrych metod wychowawczych i m.in. bije go, przebiera w swoje sukienki, szprycuje dragami i zostawia ze swoimi wątpliwej cnoty partnerami łasymi na wdzięki chłopaka. W tym filmie zresztą nie ma dobrych dorosłych – jedynie policjanci wydają się odznaczać jakąś dozą empatii, ale Sara szybko wmawia synkowi, że gdy do nich przyjdzie to powieszą go na krzyżu, więc także oni są dla niego źródłem cierpień. Pielęgniarki są głupie, pani psycholog to agresywna służbistka, a dziadkowie do których trafia to zimni katole, w których domu panują zasady prawie tak surowe jak w szpitalu psychiatrycznym w „American Horror Story”. I nawet Marilyn Manson nie jest w tym filmie dobrym człowiekiem.

„The Heart…” to tak ciężki kaliber, że nawet sceny, w których dzieciak śpiewa dziadkowi „Anarchy in UK” Sex Pistols nie wywołują uśmiechu. Doskonały pod względem dobranych środków: muzy, aktorów, zdjęć obraz, jednak dość trudno mi go polecić, chyba, że ktoś lubi ekstremalne doznania.

  1. “Love is the Devil. Szkic do portretu Francisa Bacona” (1998), reż. John Mybury

Ten przypadek jest zdecydowanie mniej depresyjny, choć opowieść o destrukcyjnej miłości pomiędzy słynnym artystą a jego kochankiem może zdecydowanie obniżyć samopoczucie. Film Mybury’ego ociera się o arcydzieło – jest dla mnie jednym z nielicznych przykładów biografii malarza, która nie jest nudna, nie powiela schematów i przede wszystkim jest wizualnie doskonałym przeniesieniem obrazów Bacona na płaszczyznę filmową. Świat jest wykoślawiony, brudny, brzydki, zdegenerowany, ludzie marni, zapijaczeni i ohydni, a sam Bacon to egoistyczny kawał skurwysyna, masturbujący się własną sławą. Mybury’emu udało się przekazać całą dekadencję, artyzm i zgniliznę życia Bacona, ale warto zobaczyć  „Love is the Devil” też po to, żeby przypomnieć sobie jakim Daniel Craig był kiedyś wspaniałym aktorem – jako neurotyczny, nieustannie poniżany kochanek granego przez Dereka Jacobi malarza jest hipnotyzujący.

  1. „W kręgu miłości” (2012), reż. Felix Van Groeningen

Czy istnieją słowa klucze, które bardziej zniechęcają do obejrzenia filmu niż rodzinny melodramat i muzyka country (bluegrass, niech będzie)? Według mnie nie, a jednak skusiłam się na obraz van Groeningena i naprawdę okazał się emocjonalnym mózgojebem. Małżeństwo, którego córeczka jest chora na raka, a ich związek chyli się ku upadkowi to temat, który nie miałby prawa już nikogo wzruszyć, gdyby nie fakt, że belgijski reżyser przedstawia dwójkę tak cudownych bohaterów, że nie sposób im nie kibicować. Poza tym ten film jest tak cholernie życiowy – choć według mnie filmy wcale nie powinny być życiowe, ale to jest ten urok, małych, europejskich produkcji, które tak realistycznie przedstawiają rzeczywistość – że rozwala wnętrzności i naprawdę widz po seansie czuje się trochę jakby ktoś wywiercił mu dziurę w sercu. I serio, nawet piosenki przeplatające akcję co kilka chwil nie są tandetne.

  1. „Harvie Krumpet” (2003), reż. Adam Elliot

Na koniec animacja, która mnie po prostu zabiła, choć wiem, że istnieją ludzie uważający ją za całkiem sympatyczną. O ile „Max i Mary” było filmem wywarzającym samotność i przygnębienie z przyjaźnią i miłymi uczuciami to historia samego Krumpeta jest opowieścią o bezcelowym, smutnym, samotnym i pełnym nieszczęść życiu emigranta z Polski, który podobno jest optymistą, ale według mnie jest po prostu zaburzony i jego życie jest zaburzone i w ogóle wszystko w tym filmie jest tak przygnębiające, że wróciłam po zobaczeniu go do zgubnego nałogu, jakim jest palenie papierosów. No, ale tak jak mówię, dla wielu jest to bardzo miła, ładnie zrobiona historia, więc nie obiecuję, że uda się dzięki niej spaść w otchłań melancholii, no, chyba, że na kacu, kiedy nawet reklamy mogą zmuszać do płaczu.

Comments: no replies

Join in: leave your comment