Zaduszki

post-tenebras-lux-otras4

Zamiast o duchach będzie o duszy. Nie o duchowości, która jest dość popularnym tematem, ale właśnie o tym, mówiąc za Dariuszem Czają, wstydliwym słowie z minionej epoki dzieciństwa intelektu (ze szczególnym naciskiem na dzieciństwo). Temat jest więc sam w sobie wielkim faux pas, bo wiadomo, że dorośli, inteligentni ludzie nie rozprawiają o czymś tak mglistym, wyjętym ze świata mitów i legend, lepiej już pisać o śmierci i zaświatach, tu chociaż łatwo można przyjąć bezpieczny dystans i sprowadzić siebie do poziomu obiektywnego odbiorcy analizującego wszystko chłodnym okiem. Przy duszy trzeba się już bardziej odsłonić, być bardziej subiektywnym i nieco ekshibicjonistycznym, a i tak wszystko co się napisze jest niezrozumiałe, ocierające się o banał, chaotyczne i po prostu niedostępne dla ludzi, którzy nie są autorem. Dusza, nie dość, że niemodna i pewnie nieistniejąca, nie jest też w dzisiejszych czasach nikomu za bardzo potrzebna. Trudno ją zdefiniować, nie jest tak jak ciało, psychika czy intelekt dostępna wszystkim, a dodatkowo jest nierozerwalnie kojarzona z religią, co też nie robi jej dobrze. Wydawało by się, że sztuka jest stworzona dla duszy, lecz mimo to przypadki dzieł, które naprawdę, jak pisze Kandyński (w 1912 roku – to kolejny dowód na archaiczność mojego myślenia), mogą nakarmić duszę są marginalne. Sztuka zazwyczaj jest po prostu dzieckiem swojej epoki, tekstem kultury, dzięki któremu można sobie przeanalizować jej stan na dany moment: relacje, napięcia itd. Ja jednak pielęgnuję swoje wewnętrzne dziecko i trochę miejsca poświęcę temu niewdzięcznemu tematowi, tym bardziej, że czas w roku jest temu niezwykle sprzyjający.

Kiedy myślę o przykładach przeniesienia duszy na język sztuki lub prób jej badania na gorąco, pierwszym o czym myślę jest literatura i jej introspektywny, introwertyczny odłam.  Najjaskrawszy przykład: „Księga niepokoju” Pessoi, złożona z odłamków duszy: fragmentów, przemyśleń, snów, wyobrażeń, wrażeń. Czytając „Księgę niepokoju” nie tylko można dotknąć duszy autora, obserwować jego poszukiwania metafizyki, wewnętrzne podróże, odnajdywanie sensu wszystkiego i tracenie go, ale też łatwo wyłowić w niej swoje myśli, odłamki własnej animy – działa to trochę na zasadzie zlewania się w jedno czy brutalniej – zawłaszczania elementów Pessoi jako własnych. Podobnie, choć w mniejszym stopniu jest ze wszystkimi opowieściami tymczasowych lub całożyciowych outsiderów: „Notatkami z podziemia” Dostojewskiego, „Samotnikiem” Ionesco, „Tunelem” Sabato, „Nocami bez nocy i kilkoma dniami bez dnia” Leirisa, krótkimi formami Blanchota no i przede wszystkim Kafką, jego miniaturami i „Ośmioma notatnikami”. Wszyscy oni szperali we własnym wnętrzu, swoich snach, marzeniach, imaginacjach i wewnętrznych przeżyciach, rezygnując na jakiś czas z życia światem zewnętrznym. Dzięki temu robią badania na żywym organizmie, zbliżają się do ujęcia czegoś tak nieuchwytnego jak dusza, a czytelnik podczas lektury może z zebranych odłamków skleić własną mozaikę, doprawioną swoimi obrazami mentalnymi, wspomnieniami i doświadczeniami, która tworzy jego własną wizję duszy (zresztą to niezwykle ciekawe, że w moim myśleniu o duszy ciągle  dominuje aspekt wizualności, jakbym chciała wpakować niewidzialną esencję do tego nadużywanego pudełka z napisem OBRAZ). Kluczem do zapisania duszy na papierze jest autobiografizm: tylko wtedy kiedy autor jest na tyle odważny, aby ukazać swoje najgłębsze i najbardziej trudne do przekazania przeżycia możliwe jest zarejestrowanie, a później już w umyśle czytelnika zrekonstruowanie ludzkiej duszy. To nie jest zwykły, tak popularny teraz ekshibicjonizm, ale grzebanie w najdelikatniejszej materii, trudnym jest robienie tego bez jakiegoś wentylu bezpieczeństwa, stąd też zasłanianie się alter ego, wkładanie siebie w ramy wymyślonej historii czy w ekstremalnym przypadku „Człowieka, który śpi” Pereca opowiadanie o własnej depresji poprzez słowa innych autorów (plotka głosi, że powieść w całości składa się z cytatów, choć kumple Pereca z OuLiPo stanowczo ją dementują). Takie wywalanie bebechów jest zazwyczaj krytykowane jako cecha złej sztuki. Z jednej strony rozumiem podejście: co mnie obchodzą emocjonalne rozterki kogoś tam, sztuką jest wymyślenie czegoś, stworzenie z idealnie skrojonych elementów, z drugiej myślę, że tylko taka czysta forma zapisu, nieważne czy bardziej metafizyczna czy emocjonalno-psychiczna jak dramaty Sary Kane, są jedyną możliwością poznania materii człowieka, jego życia wewnętrznego i dzięki przematrycowaniu tej treści na odbiorcę jedyną możliwością wewnętrznego autopoznania czytelnika. No banały, banały, ale zaznaczyłam na początku, że w tym tekście będę pielęgnować w sobie naiwne spojrzenie dziecka.

Z filmem jest dużo trudniej niż z literaturą. Przede wszystkim, czyjeś myśli nie przesączają się bezpośrednio przez mózg, nie skleja się liter własnym głosem, widza z autorem dzieli cykl konkretnych obrazów, świat przedstawiony, który zazwyczaj utrudnia odbiorcy wchłonięcie czyjegoś pejzażu wewnętrznego, bo ów widz skupia się tylko na tym, co widzi, co może zmierzyć/opisać. Znam chyba tylko dwa filmowe przykłady, jak to ktoś określił, zapisania duszy na taśmie filmowej. Pierwszym jest „Zwierciadło” Tarkowskiego, doskonale znany film, który najczęściej jest określany słowami: trudny i piękne zdjęcia. Podobnie jak w przypadku wymienionych przeze mnie książek, tutaj również punktem wyjścia jest autobiograficzna historia złożona z obrazów, która jest nie tylko zapisem konkretnej duszy Tarkowskiego, ale duszy w ogóle (gdyby tak nie było niemożliwe byłoby tak łatwe dla mnie zjednoczenie się z tym filmem, stwierdzenie, że tak, ten film to część mnie). Drugi to film nowy, dość podobny do rosyjskiego obrazu, mianowicie „Post tenebras lux” Carlosa Reygadasa. Jak można przeczytać w wywiadach z autorem również silnie autobiograficzny, tak jak „Zwierciadło” może być odbierany jako historia człowieka, który przed śmiercią patrzy z dystansu na własne życie. Zresztą sama forma – użycie soczewek subiektywizujących obraz, które reżyser nazywa spojrzeniem wewnętrznego oka ( www.nowehoryzonty.pl/artykul.do?id=1575 ) – świadczy o tym, że film jest równie autotematyczny, spoglądający w głąb człowieka jak introspektywne książki dawnych mistrzów. Punkt ciężkości (w obu dziełach, choć bardziej w „PTL”) jest nałożony na dzieciństwo jako czas, w którym ludzka dusza jest czyta i najdoskonalsza, wszystko jest jasne, a granica między życiem a śmiercią, światem realnym a światem demonów jest zniesiona. Hesse w jednej z opowieści zawartej w cyklu „Baśnie” zwraca uwagę na to, że w dzieciństwie człowiek jest najbliżej Boga, najwięcej rozumie, podejmuje najlepsze decyzje i jest w pełni zjednoczony ze światem, cieszy się życiem. Stopniowo w czasie dorastania, kiedy przyjmuje na siebie społeczne wymogi oddala się od ideału, gubi, nie potrafi znaleźć drogi do szczęścia. Tę samą myśl przemyca Reygadas: u niego i u Hessego ważnym aspektem jest też przyroda, która w dzieciństwie stanowi dla człowieka źródło radości, ważną część świata, a później zostaje zapomniana. Reygadas też w doskonały, nieco groteskowy sposób pokazuje jak dzieci odczuwają zło, dziejące się wokół nich (czerwony diabełek przechadzający się po domu). Poza tym może zadziałał fakt, że kilka moich zdjęć z dzieciństwa przypomina ujęcie otwierające film, może to ten południowoamerykański, dość krwawy mistycyzm, ale „Post tenebras lux” rozgrywający się w znacznej części podczas zachodów słońca, zmroków, świtów, nieba przed i w trakcie burzy jest niemal magiczny w bardzo mroczny, tajemniczy sposób.

Dlaczego jest mi potrzebne słowo dusza jako łączące te wszystkie dzieła, a nie wystarczy mi tylko zbiór pojęć takich jak osobowość, psychika, autotematyzm, spojrzenie człowieka na siebie? Bo wydaje mi się, że u wszystkich tych panów refleksja jest wyraźnie pogłębiona i nie jednowymiarowa, dotykająca czegoś więcej niż (jakkolwiek źle to brzmi) życie doczesne. Każdy z tak modnych teraz dzienników, czy to Marylin Monroe czy Susan Sontag zawiera w sobie ten cały autoanalityczny bagaż, spojrzenie na siebie z boku, jednak sztuka wymienionych przeze mnie autorów różni się tym, że potrafili w niej wykrystalizować życie wewnętrzne człowieka, bez kontekstu jego życia zewnętrznego, relacji społecznych itp. (co oczywiście istnieje w każdym z tekstów, jednak tylko w ich dziełach znalazłam fragmenty czegoś w rodzaju epifanii duszy).

Aby przewietrzyć nieco ten duszny nastrój, ogłoszenie niesponsorowane: od połowy listopada w 9 miastach Polski odbędzie się Przegląd Nowego Kina Portugalskiego. Pomysł sam w sobie jest ciekawy, bo kino portugalskie kojarzy mi się przede wszystkim z najstarszym tworzącym reżyserem, którego filmów pewnie nigdy nie zobaczę i z nudnym, acz docenionym przez krytykę „Tabu”, więc dobrze by było poszerzyć sobie ten horyzont. Na przeglądzie będzie można zobaczyć obraz powstały na podstawie książki Pessoi – „Film niepokoju”. Z jednej strony zdjęcia wskazują, że mogło nie wyjść za dobrze, z drugiej intuicja podpowiada mi, że może to być perełka w stylu „Złej godziny”, widzianej raz sześć lat temu, a będącej pokarmem dla snów do teraz. W każdym razie polecam, porządne rozczarowanie też jest od czasu do czasu potrzebne.

Comments: 1 reply added

Join in: leave your comment