Seksem spętani

AnatomyofHell200402042017-35-28

Przeglądając ostatnio zdjęcia zamieszczone na fejsbukowym profilu mego bloga doszłam do wniosku, że kobiety wyraźnie zdominowały jego treść. Trochę mnie to dziwi, bo blog nigdy nie miał jakichś feministycznych aspiracji, a ja sama w sobie, mimo częstego praktykowania szczucia cycem uważam, że jest tysiąc rzeczy, które bardziej wpływają na moją osobowość niż płeć i związane z nią role społeczne (o ile takowe jeszcze istnieją). Wobec tych jakże niezwykłych przemyśleń zdecydowałam się dzisiejszy odcinek poświęcić kwestiom płci, seksualności no i seksowi samemu w sobie. W kinie oczywiście.

W przeważającej ilości oglądanych przeze mnie filmów płeć bohatera nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Jak w życiu, są to po prostu postaci, osobowości, z którymi czuję się bardziej lub mniej związana. Podział na męskie/żeńskie pojawia się dopiero, gdy w grę wchodzą treści około erotyczne, a i to nie zawsze, bo naprawdę trudno w filmach o dobre sceny łóżkowe. Albo są zbyt bliskie życiu jak w całej masie europejskich i nowych amerykańskich obrazów (z „Blue valentine” na czele”) albo bardziej przemawiają do intelektu (psychiki?) niż zmysłów, jak na przykład w konwulsyjnych scenach u Żuławskiego albo po prostu są ładnymi obrazkami jak u Bertolucciego, które nic mi nie robią albo wręcz, jak w przypadku „Wstydu” czy egzaltowanego „Ogrodu rozkoszy ziemskich” skłaniają do podjęcia decyzji o tymczasowym celibacie. Kiedy tak już zastanawiam się nad własną oziębłością z pomocą mogą przyjść mi jedynie teorie feministyczne, z Laurą Mulvey na czele. Mulvey w swoim najsłynniejszym tekście „Przyjemność wzrokowa a kino narracyjne” wnioskuje, że film zawsze znajduje się pod władzą obecnie dominującej ideologii, konkretnie pod wpływem ideologii patriarchalnej, która czyni z kobiety w kinie jedynie fetysz, obiekt męskiego spojrzenia. Tekst oczywiście jest dużo głębszy niż to naprędce opisuję, pod względem dyskryminacji (co też jest mega uproszczeniem, bo ideologia w tekście Mulvey nie krąży tylko wokół tych genderowych spraw) kobiet w kinie nadal aktualny – wystarczy się odwołać do testu feministycznego, w którym wystarczy odpowiedzieć na dwa proste pytania: 1) czy w filmie pojawiają się dwie przedstawione z imienia kobiety 2) czy rozmawiają o czymś innym niż mężczyźni – sama jestem zaskoczona, że tak niewiele filmów, także reżyserowanego przez kobiety, zdaje ten tekst. Ale do rzeczy. Mam więc skromną tezę, że sceny erotyczne tworzone z perspektywy męskiego spojrzenia mogą być dla mnie nieatrakcyjne, gdyż patrzę na sprawę z innej strony. Wobec tego przenoszę się na chwilę do kina feministycznego, po którym zdecydowanie jest mi jeszcze gorzej.

Kino kobiet nie jest moją mocną stroną, wobec czego skupię się na dwóch, dość jaskrawych przykładach – Claire Denis i Cathrine Breillat. Kino Denis uwielbiam i jest mi zdecydowanie bliższe, jednak uważam, że w jej wypadku płeć nie jest przesadnie determinującym czynnikiem. Owszem, stworzyła taki film jak „Piękna praca”, który w niezwykle sensualny sposób fetyszyzuje męskie ciało i być może to właśnie taka stereotypowo kobieca zmysłowość i uczuciowość pozwoliła jej wykreować jak sugestywne obrazy jak subtelne, lecz uginające się od podskórnych doznań „35 kieliczków rumu” czy „Biała Afryka” – w której płeć ogrywa już niebagatelne znaczenie, a bohaterka kreowana przez Isabelle Huppert musi walczyć o swoją plantację w skrajnie męskim świecie, w którym jednak jest najsilniejsza, gdyż przedstawiciele drugiej płci są albo przeżarci testosteronem albo leniwi, słabi i nie przydatni do niczego (choć jest chyba jeden wyjątek, nie potwierdzam, nie zaprzeczam). Wracając do samego seksu – faktycznie, zarówno w zwyczajnej „Piątkowej nocy” jak i w ekstremalnym „Głodzie miłości” nie mam powodów do marudzenia, jednak jest to tak marginalny element jej dzieł (może poza „Głodem…”), że też za bardzo nie ma o czym gadać. Inaczej jest z Breillat, która z seksu, seksualności, kobiecości uczyniła główny temat swojej twórczości. Szczerze mówiąc moje mierzenie się z kinem Breillat (Breji?) nie przebiegało zbyt łatwo. Są ekranizacje baśni takich jak „Śpiąca królewna” czy „Sinobrody”, który reżyserka zrealizowała dla francuskiej telewizji, a które są bardzo ładne i dość przyjemne w przyswajaniu. W obcowaniu z resztą obecność alkoholu jest niezbędna. Darując sobie omawianie wszystkiego, co byłoby stratą liter skupię się jedynie na dwóch jej najważniejszych filmach – „Romance X” i „Anatomia piekła”. Te filmy są bardzo intelektualne, postacie, historia istnieją tylko po to, aby zobrazować jakąś tezę. Oddając sprawiedliwość – uważam, że filmy Breillat są genialne do analizy, interpretacji, naprawdę można o nich mnóstwo napisać, mnóstwo z nich wziąć i mnóstwo do nich dodać od siebie, jednak jako dla widza są trudne do zniesienia, gdyż są ekstremalnie pretensjonalne. W „Romance X” bohaterką jest piękna dziewczyna, z którą facet nie chce się kochać, wobec czego szuka ona zaspokojenia na innych frontach. Oczywiście mężczyźni są przedstawieni jako niewiele myślące, agresywne seks-roboty, z wyjątkiem profesora, który miał wiele kobiet, stąd też wiele w nim empatii, mądrych myśli, zrozumienia itd. Do rzeczy – podczas niemal wszystkich aktów (i nie tylko) bohaterka wyrzuca z siebie swoje przemyślenia dotyczące seksu, roli kobiet w społeczeństwie itd., a wszystkie one są bardzo głębokie i uniwersalne, np.:

Chcę być dziurą, przepaścią. Im bardziej ziejącą…bardziej nieprzyzwoitą…im bardziej to jestem ja, moja intymność, tym bardziej się cofam. To metafizyka: pogrążam się proporcjonalnie do wielkości fiuta, który rzekomo mnie posiada. Stałam się pusta. To moja czystość.

Coś pięknego. Za to przyjemność z seansu zapewnia Rocco Siffredi, znany aktor porno, który jest niewyobrażalnie (lecz niestety nie celowo) zabawny w scenach, gdy okazuje uczucia lub co gorsza ma coś przemyśleć. Natomiast „Anatomia piekła” to jeszcze poważniejszy esej dotyczący roli płci w kulturze, znowu z Rocco, który gra geja wynajętego po to, by słuchał i oglądał przez kilka dni kobietę w całym jej bezwstydzie i słabości. Są sceny jak z „Mrocznego przedmiotu pożądania” – gdy bohaterka rozbiera się za nią znajduje się krzyż, symbolizujący chrześcijaństwo, które jak wiadomo spętało kobiecą seksualność. Owe spętanie jest wyrażone także bliznami po bieliźnie. Najdziwniejsza scena: Rocco zatykający bohaterkę mającą okres motyką.

Filmy Braillat, jak wspomniałam odwołują się do intelektu, nie do zmysłów, są z definicji antypornograficzne czyli sceny erotyczne w nich zawarte nie mogą budzić podniecenia. Wszystko to rozumiem i naprawdę jej kino doskonale się broni, co nie zmienia faktu, że udowadnia, że w kinie feministycznym też nie ma co liczyć na erotyczne wzloty.

Co mi pozostaje? Kino gejowskie. I przyznam – jest to strzał w dziesiątkę i naprawdę całkowite, sensualne spełnienie. „Pieśni miłości” Jeana Geneta – wspaniały portret samotności i pożądania wśród francuskich więźniów, gdzie każdy z nich po prostu ocieka seksapilem, nie mówiąc już o scenie wspólnego palenia przez dziurę w ścianie. Jest i zmysłowo, i dosadnie, ale też Genet pozostawia pole dla wyobraźni odbiorcy. W kontekście Geneta lubię też (oprócz jego dokonań literackich, które też są świetne, przede wszystkim „Dziennik złodzieja”) „Querelle” – jeden z gorszych filmów genialnego filmoroba Fassbindera, który absolutnie mnie urzekł i teatralnością i dziwacznością i ładnymi panami w marynarskich ubrankach. Tak, „Querelle” całkowicie spełnia postulat o podniecającej funkcji spektaklu filmowego. Dalej – kino Dereka Jarmana – tak idealnie zmysłowe, że jestem mu w stanie wybaczyć naciąganie biografii Wittgensteina o związek fizyczny (choć podobno przeżył życie w czystości).  I coś bardziej nowego – „Zupełnie inny weekend”, który jest doskonały nie tylko pod względem sugestywnych scen miłosnych, ale też na poziomie samej opowieści. Łukasz Maciejewski porównał klimat filmu do kina Rohmera i nie wypada mi się z nim nie zgodzić – dwoje głównych bohaterów to naprawdę wspaniałe postacie, które poza seksem potrafią prowadzić niezwykle ciekawe rozmowy. No i są jeszcze uwielbiani przeze mnie transwestyci, ale to już chyba temat na zupełnie inną bajkę…

Comments: no replies

Join in: leave your comment