This is the end – Ars Independent

Autobuss-TheBus-driver-Foto-Vahur-Puik-C2A9Acuba-Film-Hargla-Kompanija-1024x678
  1. edycja Ars Independent przeszła do historii, wobec czego przyszła pora na podsumowanie. Dzięki festiwalowi upewniłam się, że naprawdę jestem totalnym filmowym świrem i mogłabym spędzić całe życie na dużej sali kina Światowid. Oczywiście, gdyby filmy trzymały taki poziom jak na Ars, który dał mi wiele cudownych kinowych doznań, przede wszystkim dzięki retrospektywom. Piotr Dumała – niestety nie byłam na ani jednym pokazie ze względu na to, że dobrze znam jego twórczość, a chciałam odkrywać nowe rzeczy. Niemniej jednak to fantastycznie, że na festiwalu jednym z bohaterów był polski twórca, w dodatku robiący tak wyjątkowe animacje (i nie tylko). Laila Pakalnina – nie jest to do końca moje kino, ale obcowałam z jej filmami z wielką przyjemnością. Mnóstwo absurdu, kino bardzo autorskie, wyciszone, ale jednocześnie pełne humoru i społecznego zaangażowania. No i przede wszystkim jakie ciekawe rozwiązania formalne – nawet najbanalniejsza historia opowiedziana przez reżyserkę staje się nietrywialną zagwostką, każda ze scen każe się zastanowić nie tylko nad jej znaczeniem, ale też nad tym, co właściwie jest pokazane na ekranie. Rzeczywistość ukazana z zupełnie nowej perspektywy. No i przede wszystkim Lior Shamriz – mój numer jeden. Jego kino serwuje mi wszystko, czego potrzebuję – kinofilię, queer, wielokulturową bohemę, świetne dialogi, przesiąknięte dymem rozmowy, dobrą muzykę, dużo sztuki i bohaterów, którzy są równie niedojrzali i dziwni jak ja. Wszystkie porównania Shamriza do nowoczesnego Godarda są jak najbardziej prawidłowe, choć mogą reżysera trochę ograniczać, co jest zupełnie niepotrzebne, bo robi naprawdę dobre, autorskie kino. No i ile w jego filmach młodości: zerwań przy supermarketowej kasie, alienacji, przeintelektualizowania, tworzenia nadmiernie egzaltowanej sztuki, niemożności sprostania społecznym wymogom ani radzenia sobie z własnymi uczuciami itp. Jak już pisałam – kino skrojone na mnie. Podobnie jak rockandrollowy „Wideodziennik zagubionej dziewczyny” – zresztą uważam, że większość filmów prezentowana w ramach Panoramy była dużo ciekawsza niż te biorące udział w konkursie o Czarnego Konia. Nie widziałam wszystkich, więc trochę głupio się wypowiadać, no, ale co tam – filmy konkursowe wydają mi się całkowicie wyprane z oryginalności i zebrane według wzoru na idealny zestaw filmów festiwalowych – musi być coś długiego i nudnego, gdzie prawie nic się nie dzieje i nikt nic nie mówi, musi być trochę seksu i trochę kampu, trochę rodziny, trochę związków, tożsamość, dokument, społeczeństwo itp. W sumie nic w tym złego – w końcu filmy konkursowe są przeznaczone chyba dla największej części publiczności, więc powinny być na tyle neutralne i bezosobowe, żeby każdy mógł je wchłonąć chłodnym okiem i przemielić, a także żeby mogły być dobrym zaczynem do rozmów.

Konkurs animacji wygrało „Wokół jeziora”, co według mnie jest naprawdę odważnym i szalonym wyborem – świetnie, że jury nie bało się wyróżnić czegoś tak ekspresyjnego i nie oszukujmy się, nieco schizofrenicznego filmu. Większość animacji, gier jak i branżowych melanży mnie ominęła, więc nie będę tych tematów poruszać – ale podobno było dobrze. Nie widziałam też nic związanego z Lomo, czego naprawdę żałuję, bo zapowiadało się świetnie.

Niezłym pomysłem były sekcja o twórcach i Głośno – dobrze zrobione dokumenty były fajnym przerywnikiem pomiędzy kolejnymi fabułami. Z kolei z Japan Independent widziałam tylko „Arię”, za to z udziałem reżysera – i tu pojawia się mój jedyny zarzut, w sumie nie tyle do organizatorów, co do świata po prostu. W Ars Independent ujęło mnie to, że robi to zgraja zapaleńców, która kocha niszowe kino i po prostu chce się nim dzielić. Robi to bardzo profesjonalnie: program jest doskonale ułożony, informatory, gadżety, spotkania z twórcami czy wydarzenia specjalne – no po prostu wszystko jest tak jak być powinno. Niestety, Katowice chyba nie dorosły do takiego festiwalu, a może po prostu jest to kwestia dopiero trzeciej edycji, w każdym razie pustki na salach były nieznośne. Musiało być to dość przykre dla reżyserów, którzy przyjeżdżają z miejsc dalekich, a na swoim filmie widzą garstkę osób, z czego na rozmowie pozostaje ich już tylko cztery czy pięć. No, ale to jest jak mówiłam zarzut wobec świata. Innym zarzutem jest to, że nadal nie mogę namierzyć soundtracku do „Wideodziennika…”. Mniejsza z zarzutami, ważne, by pamiętać, że Ars Independent to naprawdę mnóstwo przyjemności, punk rock, wideo i wszystko co najlepsze.

Nienawidzę pożegnań, zakończeń dobrych rzeczy, powrotów do rzeczywistości. Nie potrafię znaleźć sobie teraz miejsca, filmy które oglądam w domu wydają mi się zbyt zwykłe i normalne. Łatwo wpadam w nałogi, więc to pewnie typowy syndrom odstawienia. Zresztą festiwal wymęczył trochę moją percepcję – gdy wracałam z ostatniego seansu, mój autobus był pełen dziwnych, prawie filmowych postaci. Te najbardziej oryginalne ocierały się już o bohaterów Lyncha – Perditę Durango i Bobby’ego Peru. Oczekiwanie na czerwonym świetle widzianym zza wszystkich zaparowanych szyb było iście upiorne i magiczne zarazem. Gdy oglądałam te twarze święcące na czerwono myślałam, że kompletnie zwariowałam i to już jest totalne zmęczenie materiału. Dopiero potem skonstatowałam, że jadę przecież do Sosnowca. Co nie zmienia faktu, że wiele obrazów z festiwalowych dzieł zostanie mi w głowie i zmieni mi na pewno postrzeganie rzeczywistości.

Tymczasem z niecierpliwością czekam na 4. edycję i na powrót zwalniam tempo. Na koniec utwór, który ma niewiele wspólnego z Ars Independent (chociaż na upartego – seks, inspiracja kinem, niezależność, sztuka, emocjonalność – czyli tematy obecne w większości prezentowanych filmów), ale przypomniał mi się podczas dziwacznej, autobusowej podróży.

Comments: no replies

Join in: leave your comment