Pierwsze wieści z frontu – Ars Independent

punk

 

Kilka słów o filmach wczoraj widzianych. Oczywiście już żałuję pierwszych wyborów, np. że zamiast na „Pytona” poszłam na „Piątą ewangelię Kaspara Hausera” i że stchórzyłam przed niemal trzygodzinnym japońskim „Saudade”, który jak sobie wmawiam ma tylko ładną nazwę (cytując za notką na stronie Ars Independent: „Saudade to trudne do przetłumaczenia portugalskie słowo, oznaczające specyficzny rodzaj nostalgii za czymś, co prawdopodobnie nigdy nie powróci”). Przypadkiem wybrane obrazy łączy ukazanie sztuki w kontekście politycznego systemu, oczywiście poza „Kasparem…”, który jest poza kategoriami.

 „Gustaw Kłucis. Dekonstrukcja konstruktywisty”, reż. Peteris Krilovs, 2008

Ciekawy formalnie dokument o łotewskim artyście, który zasłynął jako autor sowieckich plakatów propagandowych i fotomontaży. Ciekawy, gdyż fotomontaże artysty zostają wprowadzone w ruch, wycinki tworzą historię jego życia. Jedyne z czego bym zrezygnowała to stylizowane na starą pocztówkę inscenizacje odwzorowujące sceny z życia konstruktywisty, o ile w przypadku pokazania jak tworzył fotomontaże (sam do nich pozował i uczynił z żony modelkę, gdyż robotnicy niestety, nie chodzili z głową w górze i nie mieli zadowolonych min) takie inscenizacje są uzasadnione i są ważnym elementem portretu Kłucisa, to już sceny w których młody płynie z żoną statkiem za bardzo trącą telewizją.

Kłucis był przykładnym komunistą i nie za bardzo utożsamiał się z łotewskimi korzeniami, niemal całe dorosłe życie spędza po radzieckiej stronie. W stworzonym dokumencie jest pokazany jako totalny mitoman, który zdaje się być całkowicie nieświadomy, co dzieje się wokół niego. To, co sam myśli o swojej sztuce jest jak najbardziej szlachetne i artystyczne, jak pisze: sztuka powinna wychodzić poza rzeczywistość i tworzyć ją, a nie odwzorowywać (jaki surrealizm 😉 ), a jego celem jest poszukiwanie nowych dróg wypowiedzi, wejście poza malarstwo i dotychczasowe formy komunikacji. W efekcie myśląc, że tworzy awangardę tworzył bardzo dobrze odbieraną propagandę, w kraju, gdzie sztuka miała być niczym magnetofon, głośno docierający do mas (relacja z sekcją Głośniej?), a światowe wystawy traktuje się jak kolejne terytoria walki. Zresztą obok jego nazwiska wymienieni są także Eisenstein i Pudowkin, którzy jak wiadomo, także będąc przedstawicielami awangardy, tworzyli taki język kina, który byłby zrozumiały dla analfabetów i oddziaływał na jak największą rzeszę odbiorców.

Artysta był mitomanem także w życiu prywatnym. Jego żona nazywała go autorytarnym, niezdolnym do miłości narcyzem, gdy w jednym z listów narzeka na jego chłód, ten odpowiada, że wcale tak nie jest, że kochają się i będą się kochać aż do śmierci. Całkowite zamknięcie we własnym świecie i własnej bańce.

Gdy system przestaje potrzebować sztuki i zaczyna dostrzegać łotewskie korzenie Kłucisa oczywiście jesteśmy zniesmaczeni wielką niesprawiedliwością jaka ma miejsce, jednak łzy współczucia dla artysty nie wypalają nam oczu.

„Piąta Ewangelia Kaspara Hausera”,  reż. Alberto Gracia, 2013

Gdyby te 60 minut zostało skondensowane do kilkuminutowego teledysku byłoby całkiem ok. Niestety.

Ten film wygląda jakby autor wziął wszystkie ciekawe dokonania kultury: mit Kaspara Hausera, wideo, kino kontemplacyjne, ewangelię (tak, uważam, że ewangelia może być całkiem dobrym punktem wyjścia, wystarczy wspomnieć Pasoliniego czy nawet „Ewangelię według Harry’ego”), „Konia turyńskiego” włożył do jednego wora z postaciami takimi jak marynarz, Batman, karzeł i efemeryczna niewiasta doprawił sado-maso, bezsensownie zmieszał i wyrzygał na ekran.

Pewnie znajdą się fani tego filmu, których wyniesie on na nowe wyżyny elitarności. Pewnie znajdą się i tacy, którym będzie się chciało interpretować film: w zabarwionej na czerwono taśmie ukazującej ściekający mocz odnajdą przemienienie wody w wino, w wiszącym kawale mięcha zobaczą ciało Chrystusa. Ja nie mam takich potrzeb i szczerze cieszę się, że mam tak niedoskonałą pamięć, która w następnych dniach zostanie szczelnie zapełniona nowoodkrytymi filmami.

„Yangon Calling – Punk w Birmie”, reż. Alexander Dluzak, Carsten Piefke, 2012

Idealny film festiwalowy, na którym wszyscy dobrze się bawią, ale nie jest jedynie rozrywkowym odmóżdżaczem, gdyż ma też przekaz moralny mówiący: zobaczcie jak w Birmie mają przejebane. Oi mają.

Pokochałam wielce birmańskich punków, z ich prostotą i szczerością myślenia, zalewem okropnych tatuaży symbolizujących wolność, nienawiść i seks z wiązaniem. Szczególnie me serce podbił wiecznie zjarany blondyn, który przede wszystkim pije, trochę ćpa, spotyka się z przyjaciółmi i zawozi pranie do mamy. Punk rock jest młodzieży w Birmie potrzebny jak powietrze, a koncerty czy specyficzny ubiór narażają ich na ostre sankcje prawne, przede wszystkim najgorsze na świecie birmańskie więzienie.

Poza tym podoba mi się korelacja w jaką wchodzi festiwal z życiem miasta. I ta przemyślana, czyli powiązanie wystawy „Głośno” z sekcją „Głośniej” i ta przypadkowa czyli zalew fajerwerków (otwarcie katowickiej galerii, urodziny prezydenta?) podczas mowy otwierającej „Głośniej”. Przez pierwsze minuty filmu miałam wrażenie przebywania w bunkrze ochraniającym mnie przed wybuchami bomb – naprawdę głośne otwarcie.

Comments: 2 komentarze

  1. Ola Olek Wrzesień 22, 2013 Odpowiedz

    ja szczęśliwie obejrzałam Pytona :) który i tak się trochę dłużył, ale w podsumowaniu wychodzi całkiem nieźle :)

  2. nana_kleinfrankenheim Wrzesień 22, 2013 Odpowiedz

    Pochwalam dokonywanie lepszych wyborów, jestem po krótkich metrażach pani Laili i też wychodzą całkiem nieźle, naszkrobię o nich jutro :)

Join in: leave your comment