Narcyz i Psyche

psyche_3

 

Mój blog bez choćby krótkiej wzmianki o tym filmie byłby ubogi. Choć, nie oszukujmy się, film trwa cztery i pół godziny, więc wzmianka zbyt krótka być nie może. Zanim przejdę do sedna nadbuduję krótką historię dojścia do owego filmu, która zarysuje mój stan emocjonalny i wyobrażeniowy stworzony na podstawie jednego zdjęcia.

Był rok 2005, jesień, podczas wagarów zachwycałam się romantyzmem i gotykiem czy też gotycyzmem. Oczywiście film też stanowił ważny budulec moich ówczesnych myśli i właśnie podczas lektury jednego z wydań miesięcznika „Kino” natknęłam się na zdjęcie pary w XIX-wiecznych ubraniach, z przebijającym przez drzewa światłem w tle. Coś fantastycznego – z jednej strony jest tajemniczo i mrocznie, z drugiej – nieco kiczowato. No i podpis: „Narcyz i Psyche”. Idealna kombinacja, bowiem mitologia grecka stanowiła moją największą, preromantyczną fascynację, a mit o Psyche i Erosie należał do ulubionych. Wobec zastanej sytuacji stwierdziłam, że jest to po prostu film mojego życia i oglądam go, już teraz, zaraz. Odpaliłam niezmierzone bogactwo internetu, które negatywnie rozpatrzyło moją prośbę, wobec czego stłumiłam swoje popędy cierpliwie czekając na dzień, w którym dane mi będzie rozwinięcie uczuć przelanych na zdjęcie na całą długą fabułę. Czekałam osiem lat. Jest w tym też trochę mojego zagapienia, bo pewnie dałoby się go wyczarować wcześniej (jest na przykład na yt), w każdym razie nareszcie nadszedł ten moment i co najdziwniejsze – nie zawiodłam się.

Film to wielka opowieść o Psyche (Patricia Adriani- hiszpańska aktorka przypominająca Isabelle Adjani) i jej przyjacielu z dzieciństwa Narcyzie (Udo Kier) opowiedziana na przestrzeni 120 lat (bohaterowie w ogóle się nie starzeją, jedynie moda i tło historyczne się zmienia). Oboje zajmują się poezją – ją poznajemy przed ślubem z innym mężczyzną, jednak wszyscy zgodnie twierdzą, że Psyche jest dużo lepszą poetką niż jej narzeczony. Nie jest to jedyny problem – Psyche jest nimfomanką i oddaje się swoim żądzom nawet w obecności przyszłego męża. Do ślubu nie dochodzi, po wielu perturbacjach Psyche odnajduje w końcu Narcyza, który już choruje na syfilis, przez co para nie może się – w przenośni i dosłownie – zespolić.

Fabuła jak wiadomo nie odgrywa tu najznaczniejszej roli. To przede wszystkim epopeja o seksie i poezji, bardzo zmysłowa, podkreślająca fizyczność i duchowość zarazem. Akcja przenosi się z jednego europejskiego (i nie tylko) miasta w drugie, podczas scen erotycznych w tle widzimy wybuchające bomby i maszerujących żołnierzy, kolejne wojny. Pod względem duchowego pierwiastka film jest kwintesencją czego co uwielbiam w tym starym, wschodnioeuropejskim kinie – przypomina starą książkę, przesiąkniętą stęchlizną, która jednocześnie jest trochę nadpsuta, ale też obcowanie z nią otwiera przed nami jakiś wyższy sens świata, życia. Osadzenie akcji w XIX i początku XX wieku też buduje to poczucie oglądania świata, którego już nie ma, gdzie metafizyka przeplata się z rozkładem, seks z cyklem przyrody, po prostu mam na myśli wszystkie te niewyrażalne emocje, ten nastrój transcendencji, duszy zawartej w każdym przedmiocie czy miejscu. Używając innego porównania – ten film ma w sobie coś z jesieni albo mojego ulubionego dnia Wszystkich Świętych – jest przesiąknięty nostalgią, świadomością śmierci, przemijalności, ale też pogodzenia z tym faktem, zespolenia się, duchowo i cieleśnie, z cyklem przyrody.

Jednak tym, co mnie zaskoczyło jest forma. W tradycyjny film kostiumowy Body, który na video-arcie się znał (odsyłam do krótkiego tekstu Kluszczyńskiego, stworzonego na potrzeby 5. Nowych Horyzontów) wplótł mnóstwo postmodernistycznych, efektownych zabaw materiałem. Na przykład sceny erotyczne: wycinek pary nakładany na gwieździste niebo, gdzie po chwili gwiazdy zmieniają się w plemniki, by potem tworzyć rozpienioną wodę. Gwiazdy są też ważne nie tylko przez postać męża astronoma, pojawiają się po stłuczeniu przez Psyche lustra, ale także w tle, gdy oboje oglądają niebo przez teleskop (wtedy bardziej przypomina pulsującą „Gwieździstą noc” van Gogha). Film w ogóle jest bardzo malarski, nie tylko poprzez wszelki możliwe kolory kadru (czy też otoczenie go płomieniami) i odwołania do dzieł (kilka razy konkretny obraz znajduje się za bohaterem) ale przez to, że to opowieść stworzona z obrazów, to one opowiadają nastrój, emocje (tak, kino to przede wszystkim powinna być sztuka wizualna, obrazowa, ale jak wiemy, szala przechyla się często na stronę słowa i opowiadania historii).

„Narcyz i Psyche” to też eksperymenty z dźwiękiem, np. narracją z offu – męskie i kobiece głosy nakładają się na siebie, uzupełniając opowieść, czy muzyką, gdzie na klasyczne utwory jest naniesione węgierskie elektro.

No i aktorzy są naprawdę zjawiskowi i ultra seksowni – nawet Udo Kier na łożu śmierci (choć scena w której prosi Psyche o seks jest dla mnie przerażająca). Wersja, którą oglądałam to trzyodcinkowy serial (podobno cieszył się dużą popularnością), więc można sobie to ładnie rozłożyć w czasie. Poza tym nie należy się spodziewać samych wyżyn duchowych i intelektualnych – jest sporo drastycznych scen, jak np. leczenie Psyche u ginekologa (bardzo dalekie od ładnych obrazków znanych z „Morfiny” Bałabanowa) i też sami bohaterowie nie są wzorami miłości wzajemnej (jak to określa Psyche ich miłość jest równie narcystyczna co postać przyświecająca poezji jej przyjaciela) i przy każdej okazji Narcyz wyzywa Psyche od dziwek. Zresztą i tak uważam, że jestem za „mała” na ten film i chcę go obejrzeć jeszcze raz jak najszybciej, więc nie będę pisać żadnego zakończenia zostawiając drzwi „Narcyz i Psyche” nieustająco otwarte…

Comments: no replies

Join in: leave your comment