Niezależnie od wszystkiego…czyli zapowiedź 3. edycji Festiwalu Ars Independent

0

Ostatnie dwie godziny spędziłam na wertowaniu programu Ars Independent, który już od piątku wypełni lwią część mojego czasu. Na szczęście mogę wybierać seanse całkowicie egoistycznie, kierując się jedynie własnym gustem, który mruczy z zadowolenia. To dopiero trzecia edycja tego festiwalu, pierwsza niestety mnie ominęła (trwała tylko cztery dni, więc nie było to trudne), choć do dziś żałuję, że w dylemacie: Bela Tarr vs. egzamin wybrałam studenckie obowiązki. Wybór tym głupszy, że rok później Tarr ogłosił zakończenie swojej reżyserskiej kariery, a jak wszyscy wiemy na studiach nigdy nie ma terminów ostatecznych i pewnie znalazłabym wiele okazji do zaliczenia przedmiotu. Druga edycja przyniosła mi dwa odkrycia: wspaniały „Atomowy wiek” i „Fantomową miłość” Niny Menkes, która co prawda trochę mnie zawiodła, ale i tak sprawiła mi dużą, surrealistyczną przyjemność.

W tym roku program ugina się od atrakcji: są koncerty (zdjęcie Sjoerda zdobi mój pulpit od paru dni), sekcje poświęcone grom czy LOMO, które ogranie nie tylko kina, ale też  ściany knajpy KATO, fora dla branżowców dotyczące festiwali filmowych no i master classy z reżyserami, którym poświęcone są retrospektywy czyli z Piotrem Dumałą, Lailą Pakalniną i Liorem Shamrizem. Oczywiście wszystko to jest wspaniałe i cieszę się, że Katowice tak tętnią kulturą (w ogóle wyrastają na coś w rodzaju polskiej stolicy niezalu, albo jak kto woli – alternatywnej stolicy kultury), jednak jedyne czym można mnie kupić jest kino i pod tym względem nie mam na co narzekać. Ars Independent reklamował się niegdyś hasłem, iż filmów pokazywanych na tym festiwalu nie zobaczymy nigdzie indziej. W tym roku również jest mnóstwo takich perełek, ale przez obecność retrospektywy Dumały czy „Płynących wieżowców”, które są konieczną propozycją każdego z ostatnich polskich festiwali, Ars Independent bardziej otwarło się na ludzi, którzy lubią znać/ wiedzieć/ kojarzyć na co idą do kina. Tym, co najbardziej cenię w programie jest fakt, że nie ma w nim filmów dla normalnych ludzi, prostych narracji, znanych historii. Oczywiście jest kino społeczne, dokumenty, portrety młodych (przede wszystkim w Panoramie 1,2,3 czyli debiutach oraz drugich i trzecich filmach mniej znanych reżyserów) i starych ludzi (pod tym względem wygrywa Laila Pakalnina), ale jednak wszystkie propozycje są nastawione na widza bardziej świadomego, takiego, który ma już konkretne preferencje i lubi, kiedy twórcy filmowi też je mają. Na tę chwilę nie mogę się doczekać seansu „Spotkania po północy”, o którym wspomniałam przy okazji Beatrice Dalle – widomo, łatwo mnie podejść obietnicą seks-imprezy. Poza tym z konkursu dobrze zapowiada się „Oczekiwanie”, (cokolwiek myślicie o „Brown Bunny” według mnie Chloe Sevigny nie mogłaby zagrać w złym filmie) i nieco absurdalny „Uzumasa Jacopetti”. Laila Pakalnina intryguje mnie (jak łatwo się domyślić) bardziej w kontekście surrealistycznych historii niż dokumentów o życiu Łotyszy, więc wybieram jej krótkie metraże takie jak „Kamienie”, „Cisza” i „Woda”, ale też długometrażową trawestacje opowieści o Kopciuszku – „Pantofelek”. Lior Shamriz to też człowiek dla mnie, szczególnie „Mitologia prostego życia” i „Saturn powraca”. Poza tym są niezależne filmy z Japonii (poetycka „Aria” obok  niegrzecznego „Off Highway 20”), dokumenty o twórcach („Gustaw Kłucis, dekonstrukcja konstruktywisty”, koniecznie!) czy sekcja muzyczna gdzie punk rock („Yangon Calling”) miesza się z hip hopem („Dragon Style”). W skrócie: program jest przebogaty, trochę żałuję, że nie gram w gry, bo byłabym już półżywa ze szczęścia. Nawet konkurs animacji, który zazwyczaj nie zwracał mojej uwagi teraz kusi opowieścią o Kiki de Montparnasse czy „Cantarellą” będącą połączeniem dzieł malarskich van Gogha czy Muncha. Będę opisywać kolejne filmy na łamach tego bloga, więc zwolnione tempo zawarte w tytule trochę przyśpieszy obroty. Nie będę za to nikogo zachęcać, bo wiadomo, że Ars Independent to świetna sprawa dla fanów niezależnych i nieszablonowych produkcji, a w ramach podsumowania coś z zupełnie nie mojej beczki czyli trailer „Wideodziennika zagubionej dziewczyny”. Festiwal z takimi filmami to nie może być zły festiwal.

Comments: no replies

Join in: leave your comment