Drugie wyjście z mroku – Ars Independent

bettyblues05415_1

Festiwalowa niedziela minęła mi przede wszystkim na oglądaniu mikroform: krótkich metraży i animacji, choć znalazło się też miejsce dla całkiem sympatycznej fabuły. Bez zbędnych wstępów i wynurzeń przechodzę do omawiania.

Konkurs Czarny Koń Animacji, set 1

„Danse macabre”, reż. Małgorzata Rżanek, 2013

Średniowieczny taniec śmierci ukazany jako maszynowa produkcja kościotrupów. I dobrze, technika idzie do przodu, więc też przedstawienie danse macabre musi ewoluować.

„Tajemnica góry Malakka”, reż. Jakub Wroński, 2011

Cudowny humor i całkiem fajna fabuła o chłopcu, który stara się rozwikłać tajemnicę swojego ojca. Jest niegrzeczny humor: nasz sześciolatek pali papierosy i nie potrafi oprzeć się urokowi azjatyckich prostytutek, ale są też ciepłe, rodzinne emocje. Puenta jest podobna jak u Antonioniego: jedną tajemnicę można znieść i jak dodaje Wroński, wcale nie musimy wiedzieć wszystkiego o naszych bliskich. Wizualnie ładnie zrobione, choć ja akurat nie przepadam za malarstwem naiwnym, którym wyraźnie inspirował się autor.

„Cantarella”, reż. Diego Dada, 2013

Troszkę zawód. Owszem pojawiają się moje ulubione obrazy Muncha i van Gogha, owszem, fajnie się ogląda pogrzebowy marsz na którym jest i Dali i Hitchcock i nawet Chaplin, owszem, też uważam, że brakuje tej dekadenckiej muzy w dzisiejszej sztuce i tak, bardzo humorystyczne zakończenie, ale to jednak za mało żeby mnie zadowolić. Choć lot balonem pomiędzy mężczyznami z obrazu Magritte’a i strącanie ich to fragment zmiękczający moje serce.

„Na zewnątrz”, reż. Greta Stančiauskaitė, 2012

Rozlany tusz i bijące serce – to jedyne co pamiętam z tej animacji. Nie wiem dlaczego, jest mi przykro, bo opis na festiwalowej stronie jest naprawdę ładny, ale mi musiało się wyłączyć zasilanie akurat na te osiem minut.

„Wina”, reż. Reda Tomingas, 2013

Psychoanalityczna opowieść o pani Lis, którą dręczy poczucie winy. I dobrze zrobione i z sensem, podobało mi się.

„Zaginiona”, reż. Cristian Wiesenfeld, 2011

Świetna animacja będąca alternatywną odpowiedzią na to skąd bierze się Droga Mleczna. Dla fanów sf i nie tylko.

„Wokół jeziora”, reż. Noemie Marsily, Carl Roosens, 2013

Myślę, że moja frankofilia wzięła górę nad rozumem, ale niesamowicie ujął mnie ten film, chociaż bardziej przez piosenkę i emocje w niej zawarte – sfrustrowany, zmęczony pan biega dookoła jeziora i opisuje wszystko co widzi i czuje. Animacja przypomina dziecięce rysunki, na których przeważającym kolorem jest biel kartki, przez co całość jest naprawdę psychodeliczna.

„Menu”, reż. Michael Blackman, 2013

Ostre kreski, kwadraty, prostokąty i trójkąty – jak w geometrycznych awangardach. Krótki film przede wszystkim o konsumpcji, doprowadzonej do granic.

„Dla Katy”, reż. Natalia Biegaj, 2012

Ciekawie pokazana opowieść o gwałcie, oparta na prawdziwych wydarzeniach.

„Betty’s Blues”, reż. Rémi Vandenitte, 2013

Mój numer jeden i to wcale nie z powodu słabości do „Betty Blue”. Film zrobiony w dwóch rodzajach animacji, pierwsza – lalkowa – rozgrywa się w knajpce w której muzyk gra swoją piosenkę o miłości i zemście, druga – rysunkowa – jest ilustracją tekstu utworu. Animacja jest naprawdę przepiękna, pulsująca, wspaniała itd. Historia też nie pozostawia obojętnym – ku klux klan, utrata ukochanej, wszystko doprawione cudownym blusem. Pod względem oddziaływania na wiele zmysłów przypomina mi widziane niedawno „W kręgu miłości” – w obu konstrukcja filmu przypomina konstrukcję piosenki. Co dziwne – zarówno bluegrass jak i blues to unikane przeze mnie muzyczne gatunki, lecz w obu filmach piosenki całkowicie mnie zachwycają.

Panorama 1,2, 3

„Pierwszy raz Evy van End”, reż. Michiel ten Horn, 2012

Ten film to taki „Teoremat” w komediodramatycznej otoczce. Do specyficznej holenderskiej rodziny (przede wszystkim do Evy, brzydkiej i zamkniętej w sobie nastolatki) na wymianę uczniowską przyjeżdża Veit z Niemiec. Piękny jak cherubinek, odziany w białe szaty aż promieniuje blaskiem i uwodzi każdego członka rodziny, prócz zbuntowanego Manuela. Matka zaczyna przez niego medytować, ojciec chce pomagać biednemu chłopcu z Afryki, twarz córki zostaje wzbogacona o agresywny makijaż, a syn próbuje zwalczyć trądzik spermą. Wiele osób porównuje ten film do Solondza i trudno mi się z nimi nie zgodzić – jednak nie jest aż tak patologicznie i odrażająco. To taki typ niegrzecznego, ale ciepłego indie europejskiego filmu, który obfituje w zabawne i nieco obrzydliwe momenty, ale ma przy tym pozytywny przekaz i nie ma pretensji, by być czymś więcej niż niedzielnym, rodzinnym (!) filmem. Co nie zmienia faktu, że to naprawdę dobrze spędzone 98 minut: film jest świetnie zrobiony, fajnie kadrowany, muzyczka i portrety bohaterów niczego sobie, jedyne, czego szkoda to białego królika pogrzebanego na końcu, ale wierzę, że żadne zwierzę nie ucierpiało podczas produkcji tego filmu.

Laila Pakalnina, krótkie metraże: „Cisza” 2009, „Kamienie” 2008, „Pożar” („Ogień”) 2007, „Woda” 2006

Pierwsza konfrontacja z kinem Pakalniny to naprawdę ciekawe przeżycie. Dla mnie zdecydowanie na plus, choć póki co łotewska reżyserka nie poszerzyła grona moich ulubionych twórców. Fajne jest to, że wszystkie krótkie metraże są ściśle ze sobą połączone: padają te same zdania („Boga nie ma”, „Jest pięć po piątej”, „Chcesz się napić wody?”) i powtarzają się pewne motywy, przede wszystkim w każdym z filmów ważne są kranowe kurki: w „Ciszy” jeden z nich zostaje w ręce bohaterki, w drugim przy odkręcaniu wody, gdy zauważa, że coś nie działa mówi: „Znowu” odwołując się do poprzedniej etiudy (co też jest ciekawe, bo jest o rok późniejsza, zresztą cztery filmy zostały pokazane w odwrotnej kolejności: od najnowszego do najstarszego). Jest ta sama aktorka, w chyba każdym z filmów słyszymy uciszający kogoś głos. Co poza tą jawną autorskością? Dla mnie to bardziej kino absurdu niż kino surrealistyczne. „Cisza” najbardziej ze wszystkich czterech filmów przypomina sen: bohaterka gubi się między obrazami, biegnie, ucieka, aż w końcu drzwi do jednej z sal zostają przed nią zamknięte (jak u Kafki 😉 ). „Kamienie” na początku wydawały mi się odwołaniem do mitu o Syzyfie, albo zaproponowaniem jakiejś okrutnej gry w której ludzie będą strącani ogromnymi głazami.  Jednak Pakalnina ma dużo bardziej rozwiniętą wyobraźnię, choć puenta filmu również głosi bezsensowność wszystkiego. W sumie brak sensu, absurd, świat, który jest przeciwny jednostce (wszyscy bohaterowie są do czegoś zmuszani, muszą uciekać, są niemile widziani w miejscu w którym są albo zwyczajnie dokucza im złośliwość rzeczy martwych) i ciągle pojawiające się zdanie „Boga nie ma” to chyba główne myśli płynące z kina Łotyszki. Forma filmów też bardzo mi się podoba, nawet takie małe rzeczy jak zaczynanie filmu „Ogień” pokazaniem wody, a „Wody” ujęciem ognia. Przede mną jeszcze dwa seanse, więc temat kina Pakalniny pozostawiam otwarty. Aha, w kwestii krótkich metraży: uwielbiam scenę z „Ognia”, w której dziewczynka niezadowolona z otrzymanej na święta lalki oddaje ją Świętemu Mikołajowi, a wtedy zaczyna się za nim palić choinka, potem jego broda itd. Po prostu moje dziecięce marzenia o ukaraniu Mikołaja za chybiony prezent w końcu zmaterializowały się w przestrzeni filmowej za co reżyserce szczerze dziękuję.

Comments: no replies

Join in: leave your comment