Ars Independent, rozdział trzeci

dlg5

Pierwszy jesienny poniedziałek okazał się najlepszym z dotychczasowych dni festiwalu pod względem jakości oglądanym filmów. Może po prostu nauczyłam się już dokonywać dobrych wyborów. Odnalazłam swoje nowe ulubione love story i dwa razy ruszyłam w drogę: z Łotwy do Estonii, gdzie zwrot „opary absurdu” może być uznany za eufemizm oraz wzdłuż japońskich plaż, melancholijną i pełną humoru zarazem.

„Wideodziennik zagubionej dziewczyny”, reż. Lindsay Denniberg, 2012

Największy dotychczasowy zachwyt i moja nowa ulubiona miłosna historia. Louise to pracująca w wypożyczalni dla dorosłych kinofilka, wyglądająca jak reinkarnacja Winony Ryder. Poza ironicznym poczuciem humoru, uwielbieniem dla horrorów i kina niemego,  ciągłym PMS-em i nienawiścią do randek Louise ma jeszcze jedną cechę szczególną – jest sukkubem, a konkretnie jedną z sióstr Lilith, potomkiń pierwszej żony Adama, które raz w miesiącu muszą uprawiać seks, by móc żyć wiecznie i nie wykrwawić się na śmierć. Żeby nie było za łatwo seks łączy się z koniecznością zabicia partnera (tzw. zerżnięcie na śmierć), przez co Louise poluje przede wszystkim na gwałcicieli i typy spod ciemnej gwiazdy (co podobno rzutuje na jej charakter, gdyż siostry przejmują trochę duszy swoich ofiar). Pewnego dnia wypożyczalnię Louise chcę okraść kolejne wcielenie jej pierwszej miłości – Charlie, mieszkający na cmentarzu wielbiciel filmów Romero. Niestety miłość jest w niebezpieczny sposób zespolona z seksem i Louise musi wybierać pomiędzy życiem ukochanego i trwaniem w białym związku, a spełnieniem ich wspólnych namiętności.

Film jest zlepiony z wspaniałych, uwielbianych przeze mnie elementów (może poza menstruacyjnymi wstawkami, przez które film zasługuje na łatkę „horror”): opowieść miłosna o parze dwóch kochających kino dziwaków, hołd złożony „Nosferatu”, filmom z Louise Brooks, horrorom czy nawet „Żyć własnym życiem” (choć chyba bardziej chodziło o„Męczeństwo Joanny d’Arc”). To niemiecki ekspresjonizm przeżuty przez estetykę wideo – neonowo kolorowe domy, wykoślawione okna, zamglone cmentarze. Jest też mnóstwo uwielbienia dla stylu lat 80. i 90.  – mieszkanie Louise to mix wyglądu zaświatów z „Soku z żuka” z wyklejonym plakatami pokojem ówczesnego nastolatka (albo Tarantino). Aktorstwo też jest wyjęte z video-artu – trochę teatralne, bardzo sztuczne, mi kojarzyło się z pracami Laurie Anderson. Zabawne dialogi, trochę jak z kina klasy B. Nigdy nie pomyślałam, że niemieckie nieme kino może współgrać z estetyką wideo poprzednich dekad – po czołówce w której kadry z „Puszki Pandory” (lub „Dusz bez steru”, te filmy zlewają mi się w jeden) są zestawione z ujęciami porno i wizualnymi eksperymentami (znowu różne kolory kadru, urwana taśmy, ekrany jak podczas odpalania magnetowidu etc.) zrozumiałam, że całe życie tkwiłam w błędzie. Poza tym – przegenialna, przefantastyczna muzyka, jeżeli ktoś mi powie jak ją odnaleźć to będę mu dozgonnie wdzięczna (mam też nadzieję, że nie będę na ten moment czekać 8 lat).

„Pizza”, reż. Laila Pakalnina, 2012

Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami opowieść o dwójce chłopców pracujących w pizzerii, którym kończy się budżet na alkohol, przez co okradają kasę. Widzi to jedna kobieta, która na kartce spisuje swoje zeznania i chowa je do sejfu. 18- latkowie kradną sejf wraz z gigantycznym lodem znajdującym się przed sklepem i ruszają w podróż do Estonii. Zawsze w kontekście opisywania kina drogi, w którym bohaterowie są młodzi mówi się o niesamowitych przygodach, specyficznych osobach spotkanych podczas wyprawy i w ogóle, że to wszystko jest niecodzienne i fantastyczne. W filmie Pakalniny te obowiązujące elementy posunięte są do granic – spotkanie skrzata, przebiegający wielbłąd, ekipa ślubna, dwie staruszki proszące o przykręcenie żarówki podczas okradania policjanta, surrealistyczne maszyny władające lasem w nocy i wiele wiele więcej aż do zjazdu na nartach po jednej z estońskich plaż. W tle łotewski hip-hop, z naprawdę urzekającymi tekstami – polecam. Podoba mi się w tym filmie sposób pokazywania historii – nie ma żadnych master shotów, najczęściej widzimy zbliżenia oczu postaci (albo tylko jednego oka), przy początkach kolejnych scen jesteśmy totalnie zdezorientowani, bo widzimy tylko kawałek twarzy bohatera albo zbliżenie na kolejne przedmioty i tego co się dzieje możemy się jedynie domyślać z dialogów (też niezwykle oszczędnych) lub cierpliwie czekać do finału sceny. Jak podsumowuje reżyserka: film pokazuje, że cokolwiek robimy w życiu zawsze znajdzie się ktoś, kto nas obserwuje. Warto mieć tę myśl na uwadze 😉

„Aria”, reż. Takushi Tsubokawa, 2007

Film uroczego japońskiego reżysera, który ma uroczego syna robiącego publiczności urocze zdjęcia. „Aria” niestety nie doczekała się jeszcze japońskiej premiery, a szkoda, bo to bardzo przyjemny film i staję w jego obronie, mimo tego, że nie zebrał zbyt dużej publiczności, a większość z widzów zasypiała ze znudzenia. „Aria” to również film drogi w której mamy trzech bohaterów: stroiciela pianin, będącego w ciągłej żałobie po śmierci żony, który szuka idealnej plaży do rozsypania jej prochów, poczciwego kierowcę, który ma prawo jazdy od miesiąca i jest humorystycznym elementem rozładowującym melancholijny charakter filmu oraz cichą dziewczynę, córkę mistrza kierowcy, która wyrusza z nimi, by odnaleźć pianino z fiołkami, należące kiedyś do jej ojca. „Aria” niczym nie zadziwia ale też nie rozczarowuje – to dobrze skrojony film, z odpowiednią dawką smutku i radości, poszukującymi bohaterami, który znowu jest bardziej doznaniem zmysłowym niż intelektualnym. Dużo wzruszeń i dużo ciepłych uczuć.

Comments: no replies

Join in: leave your comment