Sen, który śni się we śnie

red-desert

Podczas tych miażdżących upałów czuję się jakbym ciągle przebywała na granicy jawy i snu. To zainspirowało mnie do stworzenia rankingu moich ulubionych filmowych mar. Sen, odkąd jako nastolatka natknęłam się na „Księgę snów” Borgesa, jest moim ulubionym motywem w kulturze. O tym, że film jest najbliższy snom wiadomo od dawna – fakt ten wykorzystywali psychoanalitycy, a w teorii filmu kategoria film-sen jest jedną z najbardziej dopracowanych (wystarczy wspomnieć na naszym podwórku opracowanie tematu przez Alicję Helman oraz jedną z moich ulubionych książek – „Film jest snem” Konrada Eberhardta). W związku z tym, że każdy film można uznać za sen, który możemy kupić za pieniądze w swoim rankingu nałożyłam sobie następujące ograniczenia: nie szukam snów przedstawionych w fabule, odrzucam „Sny” Kurosawy, „Jak we śnie” Gondry’ego, „Tam, gdzie rosną poziomki” Bergmana oraz „Dziecko wojny” Tarkowskiego. Poszukuję filmów, które całe są przesiąknięte tym nastrojem dziwności i cudowności jaki towarzyszy nam po przebudzeniu z najbardziej nieprawdopodobnego snu. Postaram się też nie iść na łatwiznę – owszem znajdzie się „Pies andaluzyjski” i Lynch, ale nie ma już miejsca dla Felliniego i innych od razu nasuwających się oczywistości w tym temacie – ustąpili miejsca mniej znanym perełkom. Kolejność przypadkowa.

  1. Człowiek, który kłamie (1968), reż. Alain Robbe-Grillet

Jan/ Borys próbuje opowiedzieć nam swoją historię. Za każdym razem zaczyna inaczej, zmienia swoje imię, fakty. Po wojnie wraca do miasteczka, w którym mieszkał jego przyjaciel, próbuje wytłumaczyć jego rodzinie i mieszkańcom, co się z nim stało i jak przeżyli wojnę. Każda z opowiadanych historii jest inna. To, co mnie zachwyca to trzy kobiety w domu zaginionego bohatera, które odgrywają pełne symboliki sceny, a z zasłoniętymi oczami przypominają greckie boginie. Każdy kadr z ich udziałem przypomina obraz czy surrealistyczną fotografię do granic naładowaną znaczeniem. Poza tym to film zupełnie zrywający z narracją przyczynowo-skutkową: tutaj wszystko jest dziwne, ludzie pojawiają się z nikąd i znikają, zastrzelony człowiek po chwili ożywa. W trakcie i po seansie czujemy się tak jak bohater: zagubieni w labiryncie lasu.

  1. Celine i Julie odpływają (1974), reż. Jacques Rivette

Ta ponad trzygodzinna oniryczna wyprawa to historia dwóch kobiet, które przypadkowo się poznają i zaprzyjaźniają. Pewnego dnia Julie odwiedza dom, w którym prawdopodobnie pracowała Celine; po powrocie z niego czuje się dziwnie, ma amnezję oraz wypluwa cukierka, który później będzie dla obu pań magicznym, wyjętym niemal z „Alicji z krainy czarów”, narzędziem, dzięki któremu mogą przenosić się do tajemniczego domu i próbować rozwikłać jego zagadkę. Oniryzm Rivette’a polega nie tylko na tajemniczości i zerwaniu z logiczną narracją – historia rozpoczyna się jak sen w niespodziewanym momencie, jest wiele urwanych wątków i powtórzeń. Szczególnie zakończenie, w którym kobiety zamieniają się rolami przypomina oniryczną pętlę, powracający sen.

  1. Czarny księżyc (1975), reż. Louis Malle

Ta historia dorastającej Lily jest dla mnie jednym z najstraszniejszych filmowych koszmarów. Dziewczyna, w czasie wojny między kobietami, a mężczyznami błądzi po tajemniczym domu, w którym dzieje się wiele dziwnych zdarzeń. Mnóstwo symboliki, która mnie zarówno zachwycała, jak i odpychała (staruszka przywiązana do łóżka, którą bohaterka karmi piersią). W filmie Malle’a jest dużo śmierci – rozdziobywane  zwłok, zabity borsuk czy natura kojarząca się z ziemią i rozkładem, jak gąsienice i węże. Jeżeli chodzi o podobieństwo filmu do struktury snu to „Czarny księżyc” jest jednym z największych arcydzieł tego rodzaju, reżyserowi udało się oddać całą niesamowitość, przypadkowość i symboliczność sennych wizji, snując przy tym szaloną wizję dorastania.

  1. Zeszłego roku w Marienbadzie (1961), reż. Alain Resnais

Warto dodać, iż autorem scenariusza jest Robbe-Grillet, odpowiedzialny za wspomnianego wcześniej „Człowieka, który kłamie”. Z wielką nieśmiałością podchodzę do opisu tego filmu – jest to arcydzieło tak wielkiego kalibru, że wszystko co napiszę będzie jedynie marnym banałem. Dlatego chyba przemilczę ten romans, kwestie zapominania, pamiętania i niezwykłych sytuacji rozgrywanych w onirycznych przestrzeniach barokowego hotelu. Trzeba zobaczyć koniecznie!

  1. Zagubiona autostrada (1997)/ Mulholland Drive (2001), reż. David Lynch

To chyba pierwsze surrealistyczne roszady, z którymi zetknęłam się na gruncie filmowym i jestem pewna, że naznaczyły mój gust do końca życia. Oba filmy opowiadają w sumie zbliżoną historię: człowieka, który zrobił coś złego i ukrywa się przed rzeczywistością w świat sennych mar i własnej wyobraźni. Lynch oczywiście nie daje tak prostych odpowiedzi, komplikuje narracje na tyle, że w ciemnej sali kinowej naprawdę śnimy na jawie. Oba dzieła są niepozbawione przerażających wizji: karłów, pełnych aberracji postaci czy tego, co na mnie działa najbardziej: muzyki, np. wywołującego po dziś dzień gęsią skórkę występu w Silencio.

  1. Pies andaluzyjski (1928), reż. Luis Bunuel

Prekursor przenoszenia snu w filmowy świat, dla mnie wciąż pozostaje jedną z najbardziej spontanicznych i wywrotowych wizji kina, dowodem na to, że sen może być drogą ku wolności – zerwaniem ze schematami, prawami logiki i dominującą ideologią. Tylko śniąc jesteśmy wolni. Pomimo tylu analiz, doszukiwania się symboliki w przecinanym oku, mrówkach i ścierwie na fortepianie dla mnie „Pies andaluzyjski” wciąż pozostaje czystą kompilacją wybranych snów Dalego i Bunuela. I przez to jest prztyczkiem w nos wszystkich intelektualistów i teoretyków świata.

  1. Rekonstrukcja (2003), reż. Christoffer Boe

To tylko film, konstrukcja, ale i tak boli. Był taki dobry okres skandynawskiego kina, w którym naznaczone surrealizmem historie, lepsze („Kłopotliwy człowiek”, „Historie kuchenne”) i gorsze („Hawaje, Oslo”) zdobywały europejskie kina. „Rekonstrukcja” jest z gatunku tych lepszych – historia miłosna, w której jawa miesza się ze snem, fikcja literacka z rzeczywistością i nie wiadomo nawet czy główni bohaterowie romansu w ogóle się znają. Trochę magii, trochę dymu i poczucie jakby życie było jedynie snem.

  1. Godzina wilka (1968), reż. Ingmar Bergman

Długo zastanawiałam się, który z obrazów tego władcy snów wybrać i zdecydowałam się na ten najmroczniejszy. Johana dręczą koszmary, atakujące go zarówno we śnie, jak i na jawie. Obserwowanie jego walki z demonami przypomina uczestniczenie w najgorszym z koszmarów, tym dotkliwszym, że podobne emocje i myśli dotyczą każdego z nas. Film przypomina połączenie ekspresjonistycznego kina grozy z bolesną psychoanalizą. Warto jednak wyśnić ten film, może chociaż nas wyzwoli z codziennych demonów.

  1. Waleria i tydzień cudów (1970), reż. Jaromil Jires

Kolejna, tym razem czeska, opowieść o dziewczęcym dorastaniu ujętym w formę snu. Bohaterka, której zazdrosna o jej młodość babcia zamienia się w młodą i zmysłową, żądną krwi wnuczki kobietę, musi walczyć o swoje życie z siłami nieczystymi. Seksualna symbolika, psychodeliczne postacie i fabuła stanowiąca połączenie sennego koszmaru i narkotycznych wizji – wszystko znajdziemy w tym niemal wampirycznym filmie.

  1. Czerwona pustynia (1964), reż. Michelangelo Antonioni

W sumie złamałam własne zasady, bo film nie jest w całości wykreowany na podobieństwo struktury snu. Jednak Guiliana, która wychodzi ze szpitala psychiatrycznego i próbuje poradzić sobie z własną neurozą jest bardzo oniryczną postacią, zawieszoną między rzeczywistością, a wyobrażeniem, która stopniowo, coraz bardziej opuszcza prawdziwy świat. Antonioni tworzy świat ze snu, pełen mgieł, niedopowiedzeń, odrealnionych sytuacji i poczucia, że nie uczestniczy się w życiu, nie ma się na nic wpływu, jest się tylko marionetką, jak we śnie. Portowe sceny są dla mnie jedynymi z najbardziej onirycznych w historii kina.

  1. Sieci popołudnia (1943), reż. Maya Deren

Kolejna po „Psie…” stricte oniryczna filmowa propozycja. Deren obrazuje sen w tak piękny, niezwykły i plastycznie wysmakowany sposób, że chciałabym się w nim zanurzyć na zawsze. Jest tajemnica: kwiat, klucze, nóż, lustro, kobieta, mężczyzna, widz nic nie wie, bohaterka też nie, po przebudzeniu z wizji Deren jesteśmy równie zdezorientowani, co po przebudzeniu z własnych sennych labiryntów.

  1. Gotyk (1986), reż. Ken Russell

Ta historia znalazła się tu nieco przypadkowo. Musiałam zamieścić jakiś horror, gdyż według mnie to ten gatunek najwięcej czerpie ze snu. Nie znajdując w moim zmęczonym umyśle lepszego przykładu zdecydowałam się na obejrzany wczoraj „Gotyk”, który jest pełen onirycznych obrazów, mar wyjętych z umysłu szaleńca, a trzon fabuły w całości przypomina koszmar senny. Piątka bohaterów przywołuje demony, które zmaterializują ich największe lęki, z którymi każdy z nich musi się skonfrontować (m.in. szczury, pogrzebanie żywcem, śmierć pierworodnego dziecka). A czymże innym jest dobry, terapeutyczny sen, jak nie konfrontacją z najgłębszym lękiem?

Comments: 3 komentarze

  1. Marcin Zembrzuski Wrzesień 1, 2013 Odpowiedz

    Ładna wyliczanka. Połowy tytułów nie widziałem, o kilku nigdy nie słyszałem, Bergmana się boję. Też zacząłem od "Zagubionej autostrady".
    Pozdro666

  2. nana_kleinfrankenheim Wrzesień 1, 2013 Odpowiedz

    Bunuel to punkrock, trudno, żeby się nie nabijał z tych egzaltowanych, erudycyjnych burżujów ;) A Bergmana nie trzeba się bać, mam skłonności do przesady

Join in: leave your comment