Emit remmus

Frantic-Doctor-Richard-Walker-2

Standardowe wakacje chylą się ku upadkowi, znów za szybko i znów z zaskoczenia. Z tej okazji chciałam polecić kilka filmów, które oglądałam w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, a które pozwalają pozostać w tych ostatnich chwilach sierpnia w nastroju beztroski i braku obowiązków. Nadałam sobie cezurę ostatnich dwóch miesięcy ponieważ:

  • coraz mniej pamiętam z filmów, które oglądałam wcześniej
  • gdybym zaczęła się naprawdę porządnie zastanawiać nad moimi ulubionymi produkcjami na wakacje zajęłoby mi to cały dzień, a czas niestety muszę poświęcić na pisanie pracy

Tym, co jeszcze przyświecało mi w doborze tych filmów było kryterium niezasypialności, nie grania w ziemniaka na telefonie z nudów, nie robienia podczas seansu dziwnych rzeczy ze swoją twarzą, brak niezmierzonej chęci śmierci zadanej sobie, bądź przypadkowej osobie (tak, kino ostatnio daje mi nieźle popalić), przy założeniu, że nie ma to być kino wybitne, nieco trudniejsze, artystyczne (przez co odpadł mi Szulkin i Bresson, a nawet Hartley ze swoimi dziwnymi, potencjalnymi filmami), a produkcje, które jednocześnie są interesujące, ale nie zmienią twojego życia i postrzegania świata. Poza tym to też taka pamiątka dla mnie z tych wakacji. Mam już początki jakiejś demencji starczej i fabuły ulatniają się z mojej pamięci szybciej niż gaz w kuchence Sylvii Plath, a po tych filmach chcę zostawić sobie miłe, zmaterializowane w piśmie wspomnienia.

  1. Rozpaczliwie poszukując Susan (1985)

Ten film z Madonną jest dla mnie kwintesencją wakacyjnej przyjemności. Gwiazda gra wyzwoloną punkówę, która umawia się z rockowym muzykiem poprzez nadawanie ogłoszeń w gazecie (rozpaczliwie poszukuję Susan, spotkajmy się tu i tu, o tej, wtedy) – w końcu jest zbyt wyzwolona i szalona, by wciągnąć się w stały związek. Jej przeciwieństwem jest kura domowa grana przez Rosannę Arquette (która wtedy miała wspaniały czas – w tym samym roku ukazało się genialne „Po godzinach” Scorsese), która śledzi owe ogłoszenia, coraz bardziej zafascynowana Susaną. Czego tu nie ma: utrata pamięci, kradzież osobowości, mafia, Aidan Queen, sprzedawca basenów, intryga z walizkami i wielki hit Madonny „Into the Groove”. Wszystko to zgrabnie połączone, bezpretensjonalne i naprawdę urocze.

Cytat: -Co ty masz na sobie?

– Kupiłam kurtkę. Podoba Ci się? Należała do Jimmiego Hendrixa.

– Co ty, kupujesz po innych? Nie stać nas na nowe ubrania?

  1. Frantic (1988)

Tutaj także mamy do czynienia z intrygą z walizkami (jakie to wakacyjne!), lecz  nastrój jest daleki komedii omyłek, a bliższy kafkowskiemu klimatowi. Choć też bez przesady – w filmie Polańskiego jest też sporo humoru (Harrison Ford zasłaniający swe przyrodzenie misiem- majstersztyk). Zresztą cały film jest dla mnie wybitnym daniem pod względem nastroju: jest dokładnie taki jak przewijający się w tle utwór Grace Jones „Libertango”- dziwny, niewyjaśniony, tajemniczy i przede wszystkim obcy (wszak Ford gubi swoją żonę w Paryżu, a sam nie zna francuskiego). Można zarzucić Polańskiemu, że ukazanie Amerykanina czującego się obco w Paryżu to samograj – wcale nie, wystarczy to porównać z dziwacznym tworem „Kobieta z 5. dzielnicy”. O ile poprzedni film ukazywał (wakacyjne) szalone przygody, ale też odnalezienie własnej tożsamości to „Frantic” przypomina zgubienie się w nieznanym mieście – to doświadczenie fascynujące i budzące niepokój zarazem

  1. 24 hour party people (2002)

Ten film jest odpowiednikiem okraszonej znakomitą muzyką letniej imprezy. Opowiada o manchesterskiej scenie muzycznej i tworzącej ją (jako wydawca i właściciel klubu Hacjenda) młodym dziennikarzu. Jest to jeden z ciekawszych filmów muzycznych: zawiera dokumentalne wstawki, a postacie o których opowiada grają epizodyczne role. Film nosi na swoich barkach Tony Wilson (grany przez Steve’a Coogana), który opowiada historię swoją i muzycznej sceny Manchesteru podobnie do swoich dziennikarskich reportaży (których kilka rekonstrukcji znajdziemy w filmie – są powalające). Myślę, że w tym filmie jest naprawdę dużo prawdy, opowiedzianej czasem w cyniczny sposób, jednak zarówno bohater jak i reżyser mają tego świadomość. Jeżeli coś jest podkoloryzowane to widz o tym wie- zresztą kto nie woli pięknego kłamstwa od nudnej prawdy? W każdym razie ten film to perła wśród muzycznych filmów. A muzyka Happy Mondays będzie się ciągnąć za wami wiele dni.

  1. Gra w serca (1998)

Są wakacje musi więc być romantycznie. Tytuł tego filmu brzmi bardzo źle, ale to tylko pozory. Jak u Altmana obserwujemy wielu bohaterów i różne oblicza miłości. Znudzona małżeństwem, zdradzająca żona, bojąca się związku kobieta po przejściach, absolutnie szalona młoda aktorka próbująca rozkochać w sobie nierandkowalnego i cichego chłopaka, matka i jej umierający na AIDS syn itd. Więzy bohaterów stopniowo zostają odkryte: z czasem dowiadujemy się kto jest kim dla kogo i z czego wynika jego zachowanie. Wisienką na torcie jest małżeństwo z 40 letnim stażem kreowane przez absolutnie cudownych, pięknych i znakomitych aktorów: Genę Rowlands i Seana Connery’ego. Poza tym jestem też absolutnie zakochana w bohaterce granej przez Angelinę Jolie, której wypowiedzi, zachowanie, emocjonalność i spontaniczność są rozbrajające. Film może wydać się nieco naiwny, jednak jest naprawdę rozczulającą i niegłupią propozycją na nieco chłodniejszy i spokojniejszy wieczór.

  1. Margot jedzie na ślub (2007)

W wakacje mamy podobno (niestety) trochę więcej czasu dla swojej rodziny. W tym filmie siostry grane przez cudowne Nicole Kidman i Jennifer Jason Leigh spotykają się po długim czasie wzajemnego milczenia z okazji ślubu jednej z nich. Szczerze mówiąc nie lubię filmów Baumbacha. Jego bohaterowie każdą rozmowę traktują jak seans psychoanalityczny, ciągle się oskarżają, wyrzygują z szybkością karabinu maszynowego swoje psychiczne niedole, nikogo nie lubią i w ogóle są zimni i neurotyczni zarazem. W „Margot…” też jest kilka tego typu scen, ale ten film, co jest dla mnie zaskoczeniem, całkowicie mnie zaangażował i spodobał mi się, co pewnie jest zasługą aktorek.Wydaje mi się, że w tym filmie jest dużo więcej humoru niż w innych jego produkcjach, albo jest to po prostu bardziej mój humor. Tak więc: jeśli boicie się konfrontacji ze swoją rodziną obejrzyjcie ten film. Poczujecie się oczyszczająco normalni i bezproblemowi. Poza tym jest to też jedyna okazja do zobaczenia Kidman wspinającej się na drzewo.

  1. Tokyo (2008)

Na koniec prawdziwie daleka podróż. Trzech reżyserów, jedno miasto. Carax, autor etiudy „Gówno” (kontynuowanej poniekąd w „Holy motors”) jest już wystarczająco uwielbiany, mnie ten segment nie zachwycił, więc pisać o tym nie będę. Za to dwie pozostałe etiudki – cudeńka. Gondry wraca do swoich stałych bohaterów: para: artysta i jego pomocnica, problemy z dorastaniem, twórczością, miłością, a przede wszystkim okropna praca. Dużo humoru i dużo cudowności. Joon-ho Bong zaproponował opowieść o mężczyźnie cierpiącym na hikikomori (coś dla fanów Zoli Jesus) – schorzenie, które całkowicie izoluje go od ludzi i nie pozwala wyjść z domu. Zakochuje się jednak w dziewczynie dostarczającej pizzę, która ma cudowne tatuaże- guziczki (love, sad, hate itp.) i sama także ma problem z kontaktami międzyludzkimi. Co to wszystko ma wspólnego z Tokio? Niewiele. Ale i tak jest znakomicie 🙂

Comments: no replies

Join in: leave your comment