Długa droga

2390

Notka będzie miała kształt wyliczankowy. Nie przepadam za tego typu tekstami, lecz w tym wypadku muszę wymienić kilkanaście filmów, aby skrytykować jeden. Temat będzie bardzo na czasie, bo o kinie drogi. Konkretnie – o kochankach w drodze.

Trudno o bardziej wytartą, ale jednak wciąż atrakcyjną kliszę filmową. Najczęściej są młodzi, piękni i zakochani, ale potrafią też być bezlitosnymi mordercami lub parą po przejściach, na życiowym zakręcie. Nieważne czy uciekają czy mają konkretny cel – pary w drodze zawsze są głosem swojego pokolenia, a identyfikacja z nimi przychodzi nad wyraz łatwo. Dla większej przejrzystości umieszczę te najpopularniejsze w konkretnych szufladach. W przypadku większości filmów skróty są przeokropne, jednak niezbędne, by nie wyszedł tekst-kobyła, a podstawowe idee zostały odnotowane.

Poza prawem

Pierwszym przykładem kochanków, którzy napadają na banki równie namiętnie jak w swoje ramiona są bohaterowie „Gun Crazy” (lub też „Deadly Is The Female”, 1955). Film o chłopaku z marginesu, niebezpiecznie zafascynowanym bronią palną, który poznaje kobietę żywcem wyjętą z filmu noir i razem biorą udział w napadach rabunkowych. Jego wybranka jest stuprocentową kobietą fatalną, zepsutą do szpiku kości, która sprowadza go na jeszcze gorszą drogę. W filmie wybrzmiewa ówczesna patriarchalna ideologia – kobieta jest przyczyną upadku mężczyzny, niezdolną do prawdziwej miłości, nastawioną jedynie na polepszenie swojego materialnego statusu. Zupełnie inaczej jest w „Bonnie i Clyde” (1967). Tych bohaterów kontrkultury nie trzeba nikomu przedstawiać – to atrakcyjne ikony wolności i życia bez kompromisu czy marazmu, świadomi powstawania własnej legendy igrają z mediami i policją. Co najważniejsze – ich miłość jest całkowicie autentyczna, dopiero razem z dwóch niezbyt ciekawych jednostek (kelnerka bez perspektyw, nie grzeszący inteligencją impotent) tworzą duet, będący w stanie przeciwstawić się całemu społeczeństwu. Cała ideologia młodych ludzi żyjący w latach 60. wypływa w Bonnie i Clydzie, są odpowiedzią nie tylko na ówczesny kryzys, ale też zrealizowanym pragnieniem wolności i miłości absolutnej.

Inaczej problem przedstawia Malick w „Badlands” (1973). Tutaj chłopak, wyraźnie zainspirowany historiami a la „Bonnie i Clyde” wciąga dziesięć lat młodszą dziewczynę w niebezpieczną eskapadę. Holly, grana przez Sissy Spacek, ma dopiero 15 lat, pochodzi z prowincji i jest coraz bardziej przerażona rozwojem wypadków. Miłość między nimi jest trudna do zdefiniowania – mieszkająca z ojcem Holly jest podporządkowana Kitowi i jest pewnie w równym stopniu nim zafascynowana, co przestraszona. Kit natomiast realizuje swoją wizję idealnego życia, związku, jego zachowanie jest psychopatyczne, nie można mu jednak odmówić uczucia do dziewczyny. „Badlands” to poważna i bardziej realistyczna wariacja na temat kochanków w drodze (najbardziej bliska autentycznym pierwowzorom wszelkich filmowych historii o kochankach-mordercach czyli: https://www.crimeinvestigation.pl/crime-files/charles-starkweather/biografia.html ), ukazująca całe niebezpieczeństwo płynące ze zderzenia wiodącej beznadziejne życie w biedzie jednostki z amerykańskim mitem wspaniałego życia poza prawem. Podobna jest wymowa późniejszych „Urodzonych morderców” (1994), gdzie Micky i Mallory są okropnymi dziećmi ery mass mediów i telewizji.

Postmodernizm i inne zabawy

Wiadomo, jest postmodernizm, nie można stworzyć nic nowego, więc wykorzystujmy wszystko, co ofiarowała nam dotychczasowa kultura i doprawmy autorskim lub pełnym przemocy sosem. Najjaskrawszy przykład to Lynch i „Dzikość serca” (1990), który poza całą paradą groteskowych postaci, budzących obrzydzenie, tudzież zachwyt scen, udowadnia, że miłość to jedyna wartość w tym schizofrenicznym, niebezpiecznym świecie. Tony Scott w „Prawdziwym romansie” (1993) również wierzy w miłość, jednak przede wszystkim serwuje znakomitą rozrywkę widzom, którzy trochę jak główny bohater, lepiej odnajdują się w świecie kina i komiksów, niż w codziennej rzeczywistości. W kontekście kochanków i morderców trzeba też wymienić „Kalifornię” (1993), gdzie liczba bohaterów zmultiplikowała się do dwóch par. Punkt ciężkości z filmu drogi jest przeniesiony na thriller dotyczący ludzkiej psychiki i drzemiących w człowieku instynktów. Dwie pary to wykształceni Brian i Carrie , którzy wyruszają w trasę w celu zebrania materiału do książki o najgorszych mordercach Ameryki, ci drudzy to przestępca Early i podległa mu Adele, stereotypowo marginalni w swoim zachowaniu.

Jednak nie tylko postmodernizm służy do zabawy schematem. „Szalony Piotruś” (1965) Godarda to idealny przykład złamania kina drogi (i wielu innych zasad przy okazji). Bohater jest znudzony swoim życiem, odnajduje dawną miłość, razem dokonują morderstwa i są zmuszeni do wspólnej ucieczki. Podróż przebiega komediowo, niekonwencjonalnie, są dziecięce piosenki, ale też kradzieże i mafia w tle. Film krytykuje ówczesny tryb życia, konsumpcjonizm, jednak nie daje nadziei na schronienie w miłości, skazując bohatera na samotność i jedno z najciekawszych samobójstw w historii kina.

W kinie jak w życiu

Oprócz filmów z gruntu filmowych, odnajdujących inspiracje bardziej w dorobku kultury niż w życiu, kliszę kochanków w drodze upodobało sobie też kino nieco bliższe codzienności. „Dwoje na drodze” (1967) to opowieść o małżeństwie z wieloletnim stażem, która wybiera się na wakacje do Francji. Wzajemne nieporozumienia i wypominanie urazów prowadzi do wspominania przez nich poprzednich podróży. Ta kronika związku w drodze jest cudowną opowieścią o przemijaniu i zmianach jakie zachodzą w każdej relacji. Zderzenie pięknych i zakochanych bohaterów w młodości z ich nieco przeżartą konsumpcjonizmem, pełną wzajemnego jadu wersją po latach. Nie jest to jednak druga wersja „Kto się boi Virginii Woolf”, to pokrzepiająca komedia o tym, że miłość nie jest przywilejem młodych i fajnych ludzi, ale zdarza się też czasem małżeństwom z długim stażem i wrednym charakterem.

Jedną z ostatnich produkcji o podobnym temacie jest „Para na życie” (2009) Mendesa. Mimo, że tytułowi kochankowie są z sobą od czasów studenckich informacja o ciąży Verony wstrząsa nimi, nie są przygotowani na taką odpowiedzialność. Wybierają się we wspólną podróż, przede wszystkim do znajomych i rodziny, aby zobaczyć wiele możliwych opcji wyglądu rodziny i wybrać swoją drogę. Chęć odnalezienia siebie kieruje też bohaterem „Exils” (2004), który zabiera swoją partnerkę w podróż do Algierii, skąd wywodzi się jego rodzina. Para nie jest ze sobą zbyt blisko, dziewczyna nie jest też zbyt zainteresowana Algierią, która jest także krajem jej rodziców, jednak wspólna podróż pozwala im odnaleźć siebie (końcowy, 15minutowy rytuał), swoją seksualność i tożsamość, przez co ich związek zyskuje nowy początek i możliwość prawdziwej bliskości i miłości.

Wersją ekstremalną pary w drodze jest „29 palm” (2003) Dumonta. To jest film, którego można zabić spojlerem, więc lepiej nie czytać następnych zdań. Modelka i fotograf udają się do Los Angeles w celu zrobienia zdjęć plenerowych. Przez półtorej godziny oglądamy bardzo naturalistyczne sceny seksu i napadów histerii kobiety, aż dochodzimy do punktu kulminacyjnego, w którym ma miejsce brutalny gwałt i morderstwo. O ile się nie mylę to jeden z filmów otwierających kino francuskiej ekstremy. I faktycznie, jest to ekstremalne przeżycie, wyciągające na wierzch cały mrok i psychozę współczesności.

For Lovers Only – czyli po co to wszystko

Nareszcie dobrnęliśmy do końca. Jak widać w tych jaskrawych przykładach przedstawienie kochanków w drodze zawsze jest narzędziem ideologii, wskazuje na ówczesny stan społeczeństwa, kultury. Bohaterowie wyrażają bunt jak w kinie kontrkultury lub poszukują własnej tożsamości w multikulturowej rzeczywistości.

Niedawno oglądałam niezależną (to wymaga podkreślenia) produkcję Polisha – „For lovers only” (2011). Film utkany z czarnobiałych kadrów ukazywał historią kobiety i mężczyzny, którzy niegdyś się rozstali, jednak po latach odnaleźli się znów w Paryżu i okazało się, że ich miłość nie wypłowiała. Oboje są artystami, są piękni i bogaci. Założyli już nowe rodziny, jednak namiętność każe im udać się we wspólną szaloną podróż. W czym problem? W tym, że film jest zlepkiem wszelkich kampanii reklamowych jakie dane jest mi znać lub nie znać. Po kilku ujęciach nad Sekwaną z winem, szalonej podróży Peugeotem i BMW, zbliżeń na Ray-Bany czy ciuchy z najnowszych kolekcji łatwo było przewidzieć kolejny ruch: jacht lub żaglówka, podróż skuterem ciasnymi ulicami starego miasta, koniecznie kąpiel w wannie. Konsumpcjonizm nie jest nowym zjawiskiem, jednak zawsze artyści, mimo, że sami stanowili część burżuazji, piętnowali je w swoich dziełach, wystarczy wymienić choćby Felliniego. Jeśli filmy drogi są portretami swoich czasów, to ten jest dla mnie naprawdę dołujący, gdyż wszystko, niczym u fenomenologów na głodzie, jest zepchnięte jedynie do sfery wyglądów. Świat przejawia się jedynie w wyglądach i w metkach, logach tych wyglądów. Nawet dla twórców „niezależnych”. Tak jakbym żyła w poszerzającej się cywilizacji szafiarek.

Comments: no replies

Join in: leave your comment